FANDOM


Autor: Mustafar29
Alternatywy
alternatywy
Real
Świat rzeczywisty
Dawno dawno temu, w odległej galaktyce…
Sw logo

Łowcy Światła: Ważny egzamin

Część 4

Old koth

Eeth Koth w 17 BBY.


Cała trójka skradała się po cichu, wręcz za cicho. Taigon, Dashit i Prime zjawili się tutaj w celu odbicia trzech Jedi, o których była mowa. Teraz wiedzieli, że to prawda.
Ukrywali się za skrzyniami. Nawet nie wiedzieli co było w środku. Wpatrywali się tylko. Udało im się dostrzec zaledwie jednego inkwizytora, tego, którego poznali już wcześniej na Alderaanie.
– To przywódca Inkwizycji – wyszeptał Cos. – On może wszystko. Odpowiada jedynie przed Vaderem.
Taigan popatrzył jeszcze chwilę na Pau'anina.
– A ten Vader jest groźniejszy? – spytał.
– Człowieku, jeszcze nikt nigdy nie przeżył spotkania z Vaderem – Dashit uniósł się, po czym jednak przyciszył ton mowy. – Mawiają, że jest Lordem Sithów. Ja go osobiście na szczęście nie widziałem.
Rozmowa zakończyła się wraz z lądowaniem wielkiego transportowca więziennego. Hałas był nie do zniesienia. Kiedy stanął już na równym terenie, wyszło z niego dwóch inkwizytorów. Za nimi zaś szło trzech Jedi. Cos przypatrywał się chwilę każdemu. Oczywiście od razu rozpoznał twarz swojego dawnego mistrza, Eetha Kotha, jednak początkowo myślał, że się najzwyczajniej w świecie pomylił. Ten zabracki mężczyzna zajmował miejsce po środku. Miał skute ręce i musiał je trzymać na szyi. Za nim stał Ithorianin, który żadnemu z przebywających tam łowców nie wydawał się znajomy. Przed nim natomiast szedł człowiek, Dashit również poznał. Był to Sophjet Jossal – najlepszy przyjaciel Kotha. To razem z nim Eeth zaginął w czasie trwania wojny.
– Zostawcie tych Jedi pod moją opieką – rozległ się głos Wielkiego Inkwizytora. – W tył zwrot, dam sobie radę sam.
Choć członkowie Inkwizycji nie rozumieli postępowania swojego przywódcy, potulnie wykonywali rozkazy. Wsiedli na pokład promu. Po chwili hałas rozległ się znowu z tym, że tym razem podmuch wiatru obrał inny kierunek.
Taigon nie był pewien, czy dobrze zrobili. Popatrzył na swoich przyjaciół przez chwilkę, potem zaczął z nimi poważną rozmowę.
– Jacken – powiedział. – To zasadzka. Przepraszam, ale ja tak nie mogę. Spodziewają nas się tu, przecież komunikat nadano z niejasnego źródła. Ja się poddaję. Nie idę tam do nich.
Jacken zdawał się niewyraźny. Był zdziwiony. Obrócił się w prawo, popatrzył na Cosa. Miał zupełnie taki sam wyraz twarzy.
– Taigon – odpowiedział Dashit – ten Zabrak to mój mistrz. Nie zostawię go tu. On potrafiłby oddać swoje życie dla mnie, ja dla niego też.
Jacken obrócił się z powrotem w lewą stronę. Taigon zasłonił twarz rękami.
– No dobra – zgodził się. – Mam nadzieję, że chociaż niektórym z nas uda się przeżyć.

Sophjet jossal

Sophjet Jossal (w Legendach zwany Sephjetem).


– Uda się wszystkim – zapewnił z kolei Jacken. – Ty zrobisz dywersję. Odciągniesz tego białego, a wtedy Cos i ja będziemy mogli bez przeszkód zająć się szturmowcami. Tamci trzej to Jedi, pomogą nam.
– Tak, a ja nawet znam dwóch z nich – zauważył Dashit roześmiany.
Jak się miało stać, tak się stało. Dashit i Jacken przemieszczali się niezauważalnie między wielkimi skrzyniami. Jedi prowadzono po lewej stronie wielkiego białego budynku więziennego. Ważny był atak na szturmowców z zaskoczenia, jednak do tego potrzebny był Taigon, który miał odciągnąć inkwizytora.
– Czy myśmy się już nie widzieli? – rozległ się głos doświadczonego rycerza, na Dashit i Prime odwrócili głowy.
Inkwizytor uśmiechnął się. Czuł pewnie, że jego plan powoli się spełnia.
– Widziałem cię po raz pierwszy, zobaczę i po raz ostatni – zaśmiał się Mroczny Jedi, zapalił obie klingi swojego obrotowego miecza świetlnego i uniósł się chwilowo w powietrzu, lądując tuż przed wrogiem. O dziwo, nie zaatakował go. – Niech pan uderzy pierwszy – powiedział.
Taigonowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jego miecz świetlny żwawo odbijał się o lśniące klingi Wielkiego Inkwizytora. W walce doświadczony rycerz dorównywał niejednemu z dawnych Jedi.
Tymczasem za skrzyniami Cos i Jacken przemieszczali się na czworaka. Zatrzymali się na wysokości ściany budynku. Od drzwi dzieliło ich może kilkanaście metrów – był to idealny czas na atak. W więzieniu czekało kilkudziesięciu oficerów – z nimi trzech Łowców na pewno nie dałoby sobie rady.
– Ej, Cos – zaczął Jacken po cichu – pójdziesz zamknąć drzwi do więzienia. Ja uwolnię tych Jedi.
– Nie – zaprzeczył. – Ja chcę iść do mojego mistrza. Pójdź zamknąć drzwi, a to ja ich uwolnię.
Jacken namyślał się jeszcze kilka sekund, po czym stwierdził, iż chciał wziąć na siebie ryzykowniejsze zadanie. Ostatecznie jednak przystał na propozycję przyjaciela.
Kiedy Prime udał się w kierunku grodzi, Cos podszedł do szturmowców.
– Przepraszam – zaczął. – Dokąd państwo transportują tych rycerzy Jedi?
– Do doku jedenastego – odparł jeden z nich. Po pancerzu widać było od razu, iż miał on stopień komandora.
Dawny inkwizytor nie miał zamiaru kontynuować tej rozmowy. Czym prędzej sięgnął po swój miecz świetlny, a następnie zabił wszystkich czterech szturmowców. To właśnie różniło Jedi od Łowców Światła.
– Mistrzu! – rozradował się Dashit. – To ja, Cos Dashit, twój dawny uczeń!
Eeth Koth spojrzał na chłopaka i nie musiał nawet nic mówić. Obaj wpadli w swoje ramiona, oczywiście na tyle, ile mogli – Koth wciąż miał skute ręce. W ciągu kolejnych sekund podbiegł do nich Jacken, który pomógł Cosowi oswobodzić porwanych.
– Cos – wysapał Koth, posiadający się ze szczęścia – to jest Sophjet Jossal, kojarzysz go zapewne. A to jest Nogata – spojrzał na ithoriańskiego mistrza Jedi. – Uciekał przez rozkazem 66, po czym został znaleziony przez inkwizytorów.
Podczas rozmowy, cała piątka zapomniała prawie o tym, co działo się parę metrów od nich. Wielki Inkwizytor żwawo zdawał się pokonywać Taigona. W pewnym momencie obrócił swój miecz świetlny o sto osiemdziesiąt stopni – Łowcy Światła nie analizowali nigdy budowy broni przeciwnika. Gdy Pau'anin powtórzył czynność, Taigon został pozbawiony obu dłoni. Rozległ się przerażający krzyk.
Koth odwrócił się także. Widząc, jak przywódca Inkwizycji odcina głowę mężczyzny, w okamgnieniu sięgnął po jego miecz świetlny i zapalił jasnozieloną klingę.
– Dashit, wracajcie na statek – wykrzyknął.
– Zwariowałeś? – dopowiedział Sophjet. – Walczymy z tobą.
– Nie dacie rady! – Zabrak próbował przekonywać przyjaciół niedoli. – Jestem w najlepszej formie. Ten Pau'anin zabije was przy pierwszej okazji.
– Ale...

Eeth Koth walczy

Pojedynek.


– Cos – powiedział Koth. – Moja misja będzie miała cel, jeżeli umożliwię wam ucieczkę. Proszę, to nie rozkaz. To prośba. Weź Nogatę i Jossala na statek. Już jednego straciliśmy.
– Będziemy czekać na statku – powiedział Jacken.
– Nie – odparł Koth. – Rozsądniej będzie, jeżeli polecicie beze mnie.
– Szukaj nas na Geonosis – krzyknął Dashit.
Kiedy Jedi w towarzystwie Jackena i Cosa wsiadali na okręt, Koth podszedł do Pau'anina. Co dziwne, mężczyzna nawet nie wysłał w pościg za nimi żadnego oddziału.
– Nie zdobędziesz nikogo – wyszeptał Zabrak.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.