Star Wars Fanonpedia

Szablon:Autor przechodzi restrukturyzację!
Za dyskomfort stylistyczno-wizualny przepraszamy

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Srebrny puchar (30 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
48575 bajtów • Nieco ponad godzina czytania

Kai Teck siedział za sterami samodzielnie zrekonstruowanej kanonierki. Nie działał wtedy racjonalnie, a raczej znajdował się pod wpływem bliżej niesprecyzowanych emocji: poniekąd gniewu w stronę ojca, poniekąd zaś żalu za to, jak kiedyś potraktował Braw Necka.

— Gdybym teraz wiedział, że żyje, uwierzcie mi, że sam bym poleciał tym statkiem jemu na pomoc. Choćby ryzykując własne życie… — chłopak odtwarzał to nagranie w kółko, wsłuchując się w głos dawnego mistrza Jedi z coraz to większą intensywnością.

Ale słuchał też głosu Gienny, której stanowisko w chwili obecnej o wiele bardziej do niego przemawiało.

— A weź ty tam, kawalerze, za przeproszeniem nie Cenzura.png — mówiła starsza pani. — Nasza wina, że wszędzie za nami polezą? Co żeśmy im zawinili? Zabiją każdego Dżedaj. Każdego! W tym ciebie i każdego innego, którego spotkają te zbóje. Przeca to oni rozwalili Zuomiarrę, nie? A co, może tę stację Uncontainerable myśmy rozwalili? Nie plećta tam bzdur. Imperium niszczy każdego i wszystkich, wybija bezbronnych — kontynuowała. — Pomyślta no może o tych wszystkich mieszkańcach tamtego wysypiska śmieci, których te niszczyciele zabiły. Dranie!

Młodzieńczy umysł Kaia zdawał się wtedy nie pojmować złożoności samej sprawy. Tak jak jeszcze parę dni temu wierzył w winę Jedi, tak teraz, głównie z powodu tego, jak Barr potraktował jego matkę, nie widział w nim żadnej odpowiedzialności, a wszystko, co złe, zrzucał na Imperium — ze swoim ojcem na czele.

Pomimo jego atypowego stanu emocjonalnego statkiem kierowało mu się niesamowicie dobrze, i to bez względu na uniedogodnienia, jak chociażby brak osłon, straconych w czasie ucieczki z Unconquerable. Był w to w zasadzie pierwszy raz, kiedy mógł wznieść Potwora ponad powierzchnię planety, bowiem nigdy wcześniej nie siedział za jego sterami w kosmosie.

Border.png

Dzień wcześniej, Sandau

Braw Neck właśnie zaparzył dwie porcje herbaty, po czym podszedł do zajmującego stanowisko pierwszego pilota Luca, by wręczyć mu kubek. Na zewnątrz już się ściemniało, w związku z czym za późno było na kawę.

— Dziwna ta sytuacja, nie? — Jedi spytał towarzysza retorycznie, siadając na fotelu drugiego pilota i biorąc pierwszy łyk napoju.

— Ale że co, hę? — odparł zdziwiony Luc, nie do końca wiedząc, o co chodzić mogło jego współrozmówcy.

— No wiesz — kontynuował Braw — te całe klony. Dlaczego mi salutowały? Dlaczego nie wykonały rozkazu 66? Czyżby ich chipy nie działały?

Mężczyzna wziął kolejny łyk herbaty. Pił bardzo słodką, gdyż taką preferował, w przeciwieństwie do Luca, który wolał ją gorzką.

— A skąd w ogóle wiesz, że mają jakiekolwiek czipy, hę? — spytał Twi’lek. — Nie spotkałem się z taką teorią, hę, a już galaktykę trochę zwiedziłem.

Mechanik przerwał, bowiem Braw momentalnie położył kubek na sterownikach, a sam wstał i poszedł w stronę wyjścia. Nie miał jednak zamiaru opuszczać pomieszczenia.

— Mój własny oddział — westchnął — żołnierze, którzy byli mi jak rodzina… walczyliśmy razem przez trzy lata. Każdy miał inny charakter. A jednak wszyscy — załamał mu się głos, jak gdyby miał płakać, i z powrotem spojrzał na „pierwszego pilota” — a jednak wszyscy obrócili się przeciwko mnie jak jeden mąż, ot tak — pstryknął palcem. — I nigdy nie uwierzę, że zrobili to dobrowolnie. Bo to jest po prostu niemożliwe.

Braw wrócił na swoje miejsce i wziął głęboki wdech, pobierając powietrze nosem. Chciał kontynuować, ale nie było mu to dane, bowiem do szoferki weszła Yagna. Dziewczę jednak przewróciło się, ale krótko po tym wstało i otrzepało się z kurzu.

— Hej — powiedziała panna i uważnie patrząc pod nogi, udała się w swoją prawą stronę.

Pomimo późnej pory Yagna miała zamiar napić się odrobinki kawy.

Śledząc ruchy tłustej damy, Braw Neck aż obrócił się w krześle; widok dziewicy podchodzącej do ekspresu do kawy zdawał się go z kolei rozdrażniać.

— Przepraszam, co ty robisz? — spytał ją, kiedy bliska była uruchomienia maszyny.

— Kawę, prze pana — odparła brzuchatka, odwracając się w stronę mistrza Jedi.

Na twarzy ocalałego z rozkazu 66 mężczyzny uwydatnił się specyficzny grymas.

— Nie ma mowy — powiedział to, niby szepcąc, a niby imitując krzyk. — To już było mówione. I to wiele razy.

— Ale… — dziewczę usiłowało się bronić.

— Nie, Yagna! — Braw Neck ostro podniósł głos. — Zawsze naładujesz nie wiadomo ile kofeiny, a potem szalejesz i nie możesz zasnąć.

Dziewica zgodziła się z argumentacją Jedi, jednak duma nie pozwalała jej tego wyrazić.

— Dobrze, a herbatkę mogę? — poprosiła podporucznik.

— Mowy nie ma — Braw Neck potrząsł głową i skrzyżował ręce. — Zobacz, która godzina. Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, jak wypiłaś za dużo przed snem?

— Ale ja… — usiłowała kontynuować.

— Nie ma ale! — Braw Neck krzyknął dość donośnie.

— Dobrze, prze pana — powiedziała szybko lojalistka Imperium i spuściła głowę, a następnie opuściła pomieszczenie, zasuwając za sobą drzwi.

Luc i Braw siedzieli nadal w milczeniu. Podczas gdy pierwszy z nich zajęty był piciem herbaty, drugi usiłował zebrać myśli, by przypomnieć sobie, na czym skończył.

— W każdym razie — kontynuował — klony były hodowane, nie rodzone. Ich DNA i w zasadzie wszystko inne było zrobione tak, by były bezwzględnie posłuszne. Czy było to dehumanizujące? Oczywiście! I nadal jest… — jęknął. — To musiała być kwestia jakiegoś chipu czy jakiegokolwiek innego mechanizmu. Uwierzyć, że moi druhowie mnie zdradzili, po prostu nie potrafię.


Teraz w lodowej jaskini

Braw Neck medytował, unosząc się nieco ponad posadzką. Lewitacja była efektem ubocznym jego niebywałego skupienia; medytacja zaś niesamowicie go uspokajała, szczególnie teraz, gdy przez trzy noce mógł wieść w miarę spokojne życie ze swoimi towarzyszami. Lubił ich wszystkich bardzo — Gienna była niczym jego najlepsza przyjaciółka. Mógł jej się zwierzyć ze wszystkich swoich problemów, a ta zawsze znalazłaby rozwiązanie. Luc był jak kumpel, który z jednej strony potrafił postawić go do pionu, a z drugiej był też w stanie go wysłuchać. Vrush Ka natomiast niejednokrotnie stawała się mózgiem całej ekipy, choć nikt jej takowym nie uczynił. Yagna zaś była niczym pies lub dziecko — pożytku niby nie ma, a jednak się kocha i troszczy. Innymi słowy: cała załoga stanowiła dla Jedi substytut rodziny, o której zawsze marzył, ale której nigdy nie posiadł. Choć były ku temu okazje.

Teraz jednak był z dala od całej czwórki — przebywał w pieczarze, której niesamowite połączenie z Mocą było nie do przeoczenia. Wspomnienie Lude Vicka, wizja śmierci Julie Ty, a także i samo tajemnicze światło, widziane zaledwie przez niego i Vrush Kę — wszystko wskazywało na jakąś niesamowitą kombinację żywej i kosmicznej Mocy, i to właśnie w tym miejscu, i na tej planecie.

— Nie zimno ci tak? — Braw usłyszał znajomy sobie głos. Otworzył oczy.

Po jego prawej stronie — a lewitował on zwrócony przodem do wyjścia — znajdował się teraz Lude Vick, czy — z czego Neck sam zdawał sobie sprawę — jego wspomnienie lub wizja.

— Nie — zaprzeczył, wskazując na noszoną przez siebie kurtkę, po czym powoli opadł na ziemię, by ostatecznie postawić na niej obie stopy.

— Boisz się? — spytał mężczyzna.

— Również nie — odparł jego dawny uczeń.

— No to zaczniesz — skwintował Lude, zapalając swój fioletowoklingowy miecz świetlny.

Neck zrobił unik, wychodząc cało z natarcia, jak się okazało, oponenta. Ruch ten powtórzył jeszcze raz, i kolejny, i kolejny, aż wkrótce w locie zapalił i swoje szarawe ostrze, by przejść do prawdziwej walki.

Kręcąc się wokół własnej osi, Lude Vick zbliżył się do dawnego padawana i zadał cios centralnie w jego ostrze. Siłując się tak z nim, zaczął dialog.

— Nie mów mi, że dziwisz się tym, że z tobą walczę, mój stary padawanie — powiedział starszy spośród mężczyzn, po czym puścił przeciwnika i po raz kolejny przeszedł do ataku z pozycji piruetów. — Odwróciłeś się od wszystkich wartości, które starałem się w ciebie wszczepić — dodał, kiedy jeszcze raz siłował się z ocaleńcem rozkazu 66. — Zacząłeś zabijać.

Słowa te niebywale wstrząsnęły Braw, tak że otworzył oczy szerzej. Wiedział, do czego pije jego przeciwnik.

— Halinca? Zabiłeś ją — oznajmił kamiennym głosem i wywołał tym niewielką ilość łez u dawnego ucznia.

Nastąpiła kolejna sekwencja wymiany ciosów.

— Julie Taa? — dodał Lude, kiedy jeszcze raz doszło do siłowania się ich mieczy świetlnych. — Filíp? Zabiłeś ją! — powtórzył jeszcze głośniej.

I znowu nastąpiła sekwencja wymiany ciosów. Braw Neck nie wiedział, że Filíp zmarła. Nie wiedział też, na ile może ufać wizji swojego mistrza. Wreszcie doszło do ostatecznego siłowania.

— Kai Teck?! — krzyknął Lude, na co Braw stanął jak wryty z oczyma otwartymi w najszerszy możliwy sposób.

Widział go. Był w tym sektorze, w Guoadarr’k. Sam. W Potworze. Bezbronny, podburzony emocjonalnie. Ale z dobrymi intencjami. Przez moment miał wrażenie, że chłopiec także go dostrzegł. Jednego był pewien: Kai żył.

Zgasił miecz. Wizja się skończyła, lub też on sam pozwolił jej się skończyć — tego nie wiedział. Wiedział jednak, że aby pomóc Kaiowi, musi czym prędzej wrócić do statku.

Border.png

Tymczasem korzystając z piękna wiosennej pogody, pozostała część ekipy postanowiła urządzić sobie piknik na skraju jaskini. Na zewnątrz wystawiono nawet stół z ławkami, który przyniósł profesor Raffou Villchure. Po skończonym posiłku, którego głównym komponentem było mięso z dearów z pobliskiego lasu, znachor i Vrush Ka postanowili się odłączyć, idąc do posiadłości tego pierwszego na małe co nieco i tym samym zostawiając Luca, Giennę i Yagnę samych sobie.

Luc właśnie siedział naprzeciwko oficer imperium, która trzymała usta nieco wystawione do przodu i przy jednoczesnym wydawaniu z siebie dźwięku ocierała o nie palec wskazujący, imitując w ten sposób odgłos motocykla czy jakiegoś innego pojazdu. Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem, po czym wrócił do podziwiania widoków panoramy Sandau.

Kiedy tak patrzył na klucz ptaków przedzierający się przez niebo niczym Raddus przez Supremacy, usłyszał za sobą parę niezdarnych kroków, a na koniec poczuł stukanie na plecach.

— Hej tam, kawalerze, rozerwiemy się jakoś? — spytała go Gienna, trzymając w ręku gruby patyk oraz parę szyszek w fartuchu.

Twi’lek podniósł nogi i obrócił się na ławce, tak że teraz — siedząc tyłem do stołu — usytuował się przodem do dawnej mieszkanki Międzydrzewia.

— Ale że co masz na myśli, hę? — spytał.

— To się nazywa coneball, he he — zaśmiała się Gienna. — Grywałam w to wiele razy, jak byłam dzieckiem. Zawsze najlepsza byłam. Chodź no, niech ci pokażę.

Coneball (ang. cone — szyszka, ball — piłka) był w grą, w którą Gienna zwykła się zabawiać w szczenięcych latach.

Nie mając za bardzo nic do roboty, mechanik przystał na propozycję towarzyszki. Para odmaszerowała kilka metrów, a gdy znalazła się przed Krzykiem Rozpaczy, Gienna rozkazała Lucowi stanąć w konkretnym miejscu i położyła szyszki obok jego stopy. Sama zaś przeszła parę kroków przed siebie, by ostatecznie się zatrzymać i chwycić badyl oburącz, przesuwając go za nieco za prawe ucho.

— No dobra, kochany — krzyknęła, aby dobrze ją było słychać. — Ty tera musisz we mnie rzucać i policzymy, kto wincej razy odbije. Kapujesz?

Luc trzymał już w ręku jedną z szyszek i właśnie ją podrzucał, kiedy usłyszał komunikat od Gienny.

— Ot tak? — spytał.

— A jak? — zachichotała Gienna. — Więcej zasad to już nie pamiętam, lata nie te. Będę je sobie przypominać, jak będziemy grać. No dali, rzucaj!

Luc uśmiechnął się nieco pod nosem, po czym zrobił zamach i rzucił szyszkę w starszą panią, która bez jakiegokolwiek problemu odbiła ją w locie. Całe to zajście oderwało Yagnę od jej zabawy i nakierowało jej uwagę na grę.

— Eee, panie — Gienna machnęła ręką. — Tak słabo to nawet ja bym nie rzuciła. Tu trz’a siły!

Luc zawahał się i przeto spojrzał na trzymaną przez siebie kolejną szyszkę. Jednak skoro babcia chciała rozrywki, to czemu by jej nie dostarczyć?

— Ziup! — Gienna zastosowała onomatopeję przy kolejnym odbiciu. — Nadal z ciebie baba.

Twi’lek bliski był oddania kolejnego ciosu, jednak rozrywkę przerwała Yagna, która postanowiła przyłączyć się do zabawy.

— Ej, ja też chcę grać! — powiedziała, idąc w stronę zawodników. — Da mi pani swój ki…

W tym momencie podporucznik przewróciła się, jednak na szczęście w porę zamortyzowała upadek poprzez wystawienie rąk do przodu. Podniosła się wtedy i nie zważając na ból w kolanach, wsunęła sznurowadła wewnątrz butów.

— No dobra, masz — Gienna westchnęła od niechcenia, po czym równie niechętnie przysunęła do imperialnej oficer kij. — Ale nie miej do mniej pretensji, jak przegrasz — ostrzegła ją, machając palcem, i odsunęła się na bok.

Luc natomiast nie do końca wiedział, jak podejść do gry z Yagną.

— Gotowa? — spytał.

— Jeszcze się pan pyta! — odpowiedziało tęgie dziewczę, które usiłowało ukryć przed pozostałymi, jak ciężki wydawał mu się trzymany przez nie drąg.

— No dobra. To orientuj się! — Luc rzucił delikatnie szyszkę, aby nie trafić przypadkiem w oficer Imperium, jednak efekt końcowy jej defensywy dosłownie odebrał mu mowę.

Gienna skrzywiła twarz, również nie wiedząc, jak zareagować.

— KCenzura.pnga! — krzyknęła, wyprowadzona z równowagi. — W drugą stronę musisz uderzać, od siebie!

Yagna popatrzyła na kij.

— Ale przecież szyszka leci do mnie!

— Posłuchaj no, wariatko! — Gienna tupnęła nogą i zaczęła iść w stronę podporucznik, wymachując nerwowo rękami, co w pewien sposób przestraszyło dziewicę. — Ja to najlepsza w fizykę nie jestem, ale…

Kiedy Yagna zdążyła osłonić swoją pyzatą buzię kończynami górnymi, Gienna jak gdyby się uspokoiła. Oto dostrzegła bowiem Braw Necka, który z potem skapującym z jego łysej głowy wspiął się na wystającą skałę, dysząc.

— Kai żyje — powiedział, usiłując złapać oddech. — I jest w tym systemie. Tu, niedaleko. Muszę… muszę się z nim skontaktować.

To oznajmiwszy, Jedi poszedł dalej, nie zważając na wołania Luca, który prosił o doprecyzowanie tych niespodziewanych wieści. Kiedy zielonoskóry mechanik był trakcie gonienia wąsatego człowieka po drabince, udało mu się uzyskać pierwszą odpowiedź na swoje pytanie.

— Znam wszystkie dane Potwora — Neck wziął kolejny wdech — w taki sposób.

— Bo to kanonierka? — kontynuował Luc.

— Nie — zanegował Braw, kiedy już dotarł na górne piętro — bo ją pilotowałem i obsługiwałem komputery przez lądowaniem na Unconquerable.

Jedi w okamgnieniu znalazł się w kokpicie, gdzie nim usiadł, ściągnął z siebie skurzaną kurtkę, pozostając w samej białej koszuli.

— Masz zamiar tak po prostu wysłać mu nasze dane? — dopytywał go Luc, widząc przyjaciela, jak siadał na fotelu pierwszego pilota.

— Tak — potwierdził Jedi — i to z dokładnymi współrzędnymi.

Zachowanie mężczyzny wydawało się Lucowi tak irracjonalne, że aż nie był pewien, w jaki dokładnie sposób sformułować swoje zdanie, aby uzyskać oczekiwany rezultat.

— Przecież jesteśmy tutaj, żeby się ukryć przed Imperium! — podniósł głos. — Zdemaskują nas! Przejęcie pojedynczego sygnału z niecywilizowanego systemu to żaden problem.

— Posłuchaj! — krzyknął Jedi, ukazując rozmówcy stronę, której ten nie znał. — Dotychczas myślałem, że Kai przeze mnie zginął. Ale on żyje i ma się dobrze. Muszę mu pomóc!

Powiedziawszy swoje, ponownie usiadł w fotelu, by wstukać w panelu znaną sobie sekwencję.

— O Imperium się nie martw — dodał w międzyczasie. — Mogę przestawić naszą lokalizację o parę kilometrów, na przykład na wioskę Nosuchy. Zobaczymy z daleka, czy to nie Imperium, i najszybciej odlecimy, jeżeli to oni. Odetniemy zasilanie, nie namierzą naszego statku. Przecież całą flotą nie przylecą…

Luc zaczął poważnie rozważać uderzenie Braw Necka w twarz, aby nieco ochłonął. Przyszedł mu do głowy jednak inny pomysł.

— Poczekaj… — zaczął nieśmiało. — Skąd w ogóle wiesz, że Kai żyje?

— Miałem wizję — odparł Jedi na szybko. — I to dość szczegółową.

— I jej wierzysz? — burknął Twi’lek.

Braw przystopował. Pytanie to uderzyło w sedno sprawy: czy aby wizja, której doświadczył, była na tyle realna, by za nią podążyć?

— Wierzę — odparł, po czym podniósł rękę, by przerwać próbującemu coś powiedzieć kompanowi. — I moje emocje nie mają tu nic do rzeczy. Uprzedzając twoje słowa: nie, nie została ona zakłócona przez emocje.

— Czyżby? — Luc usiadł koło Braw. — No dobrze — dodał po chwili — Załóżmy, że Kai żyje. I co z tego? A co, jeśli to kolejna sztuczka Imperium? Co, jeżeli Kai pracuje dla swojego ojca? Zdajesz się zapominać, czyim był synem.

Braw zatrzymał się na moment. Rzeczywiście, zapomniał. Przypomniał sobie natomiast o Filíp, osobie tak dla niego niepojętej, której los — jak się niedawno dowiedział — przypieczętowany został tragicznie.

— Jesteś pewien, że twoje emocje cię nie mylą? — kontynuował Luc, już nieco bardziej spokojny. — Hę — dodał.

Braw nacisnął znany sobie guzik. Anulowanie wysyłania danych — na ekranie pojawił się napis.

— Nie — przyznał, obracając się w stronę Twi’leka.

Dopiero w tym momencie do Jedi dotarło, jak bardzo nieracjonalnie się zachowywał. Przeprosił Luca, na co mechanik objął go po przyjacielsku i zaproponował wspólną grę na dworze. Braw co prawda się zgodził, jednak wciąż miał przed oczyma zmizerniałą twarz Kaia, samodzielnie przemierzającego galaktykę Potworem.

Niemalże w chwili, gdy obok toalety przechodził Luc i Braw, z jej wnętrza dało się słyszeć dźwięk spłuczki; natomiast kiedy mechanik i mistrz Jedi byli już na dole, z jej wnętrza wyszła Yagna. Kobieta przetarła stopą parę razy o ziemię, bowiem usiłowała pozbyć się kawałka papieru toaletowego spod podeszwy. Rozejrzała się wtedy dookoła, a kiedy pojęła, iż wszyscy są na dworze, stwierdziła, że zrobi sobie coś, na co ochotę miała od bardzo dawna: kawę.

— Nie będzie mi mówił, co mam robić! — powiedziała sama do siebie, po czym na paluszkach — i to dosłownie! — przedostała się do kokpitu, nadgarstki mając delikatnie zgięte ku dołu, jak gdyby naprawdę wczuła się w rolę skradacza.

Jednak kiedy już dostrzegła ekspres i z bananem na twarzy gotowa była go wykorzystać, dostrzegła coś niepokojącego: ekran głównego komputera świecił się na czerwono, a na żółto wyświetlał jakieś literki.

Panienka podeszła do sterownika i przeczytała na głos treść komunikatu, posiłkując się palcem wskazującym.

— Aaaaa — czytała — nuuuu — czytała dalej — looo — czytała jeszcze dalej — waaaa — kontynuowała — nieee — skończyła.

Podrapała się po głowie.

— …pyyyy — kontynuowała — szeee… syyyy… łaaaa… niaaa — czytała dalej. — Daaaa — wysilała się, jak nigdy dotąd — nyych — skończyła wreszcie.

Dziewczę podrapało się po głowie jeszcze raz; niepomne było bowiem, cóż począć w takiej sytuacji. Dopiero gdy po jakichś 30 sekundach usłyszało komunikat mówiący: Aby cofnąć anulowanie wysyłania danych, pociągnij za wajchę w ciągu 20 sekund, przeraziło się niebywale.

— O nie! — krzyknęła, łapiąc się za głowę. — Co my teraz zrobimy!

Podporucznik poczęła nawet wołać pomoc.

— Przepraszam, panie Braw? — krzyczała, ale nikt się nie zjawił. — Panie Luc?

Sznurowadła były komponentem niektórych butów, umożliwiającym ich prawidłowe przyleganie do stopy; sprawiały one wielki kłopot Yagnie, która nie potrafiła ich zawiązać.

W obliczu braku jakiejkolwiek informacji zwrotnej dziewczę zdecydowało się zamknąć oczy i zwrócić się szeptem do swej martwej macierzy.

— Mamo — zaczęła podporucznik — co mam zrobić?

Nikt się nie odezwał, natomiast słowa te przywołały przed oczy dziewicy dość wyraźne wspomnienie sprzed paru lat: oto kiedy wcześniej wróciła do domu, jej matka była cała we krwi i posiniaczona. Siedziała w ten sposób na fotelu, jednak Yagna, ojciec Yagny, usiłował ratować swą małżonkę, wstrzykując coś w jej żyły. Musiał też zapewne ręcznie tamować rany, bowiem dłonie jego spowijała krew.

Matka Yagny była smutna, a ojciec jej, usiłując zapewne zapobiec traumie córki, kazał jej zmykać do pokoju. Nie udało mu się jednak ocalić małżonki; ta zmarła dnia następnego.

— Dla ciebie, mamo! — krzyknęła Yagna w tym momencie i pociągnęła wajchę. — Ufff — sapnęła niewiasta, słysząc komunikat: Dane lokalizacyjne zostały wysłane pomyślnie.

Tymczasem na zewnątrz Braw Neck dał się namówić Giennie na rundkę coneballa. Starsza pani zdumiona była niesamowitą precyzją, z jaką Jedi udawało się odbijać ciosane w niego szyszki — nawet i jej parę razy zdarzyło się przepuścić pocisk.

— To dlatego, żeś młody. O! — powiedziała. — Jak byłam młoda, także bym taka była. Ale stara jestem.

Braw Neck uśmiechnął się szeroko i już miał napomnieć towarzyszce o swoim długoletnim treningu, kiedy to nagle rozległo się głośne pukanie w szybę.

Jak się okazało, była to Yagna, która zanulowawszy anulowanie wysyłania danych lokalizacyjnych, chciała się pochwalić, jaka to była z niej szczwana bestia.

Widok imperialnej oficer machającej do niego za sterami statku zerwał Braw na żywe nogi. Yagna w kokpicie nie wróży nic dobrego. Pobiegł więc prędko wraz z Lucem i Gienną, która podeszła tam, kulejąc, na górę, by zbesztać podporucznik.

— Panie Braw! — krzyczała promieniująca radością panienka, widząc Jedi biegnącego w jej stronę. — Anulowałam dla pana anulowanie przesyłania!

Neck stanął w miejscu. Po chwili jednak podbiegł dalej, by zobaczyć, co dało się jeszcze zrobić.

Niestety, nic się nie dało zrobić.

— Co ty zrobiłaś?… — już miał zamiar udzielić podporucznik reprymendy, jednak powstrzymał się, dostrzegając bezcelowość takiego działania. — Co robimy? — spytał Jedi Luca.

Ten poprosił o chwilę na zastanowienie. W międzyczasie do pomieszczenia dodarła i Gienna.

— Musimy przygotować się do odlotu — oznajmił Braw Neck, uprzedzając w tym Luca. — I jednocześnie wyłączyć zasilanie, żeby nas nie wykryli. Zalecą do wioski Nosuchy, nie do nas. Będziemy mieć czas na szybką ucieczkę.

— A co z Vrush Ką? — spytała Gienna. — Zostawimy ją, tak jak Julie Tę?

Braw zapauzował się. Najwyraźniej starsza pani domyślała się, iż pozostawienie puszystej Julie nie było przypadkiem, a częścią planu. Planu, którego niestety był częścią. Nomen omen kwestia ta przywołała przed jego oczy widok ociężałej gosposi mordowanej przez znanego alfonsa. Nie mógł sobie pozwolić; nie tym razem.

Miarą naszej siły jest nasz upór w niesieniu pomocy — wyszeptał sobie. — Nie, nie zostawimy jej. Jeżeli nie wróci, zgarniemy ją po drodze. Obiecuję.

Obiecał, choć w głębi ducha nadal wierzył, że zamiast Imperium na miejsce przyleci Kai. Wypowiedziane przez niego stanowisko uspokoiło natomiast Giennę na tyle, by mogła usiąść na rozkładanym krześle po drugiej stronie wejścia.

— Choć w sumie nie wiem, czy nie wolałaby zostać, hę — zaśmiał się Luc. — Pewnie czuje coś do tego znachora, nie? Nie wiadomo, co tam robią, hę.

Braw Neck uznał ten żart za nie miejscu, więc darował sobie komentarz.

— Imperium nie znaleźć ani nas, ani ich — powiedział ot tak.

— O nie! — do rozmowy włączyła się Yagna, wstając z miejsca niczym piorun. — Tylko nie Imperium! Odczepcie się od Imperium! Imperium jest…

— Siadaj! — krzyknął na nią Luc, w efekcie czego panienka usiadła na miejsce.

Teraz ekipie pozostało tylko czekać na rozwój wydarzeń.

Border.png

Podczas gdy Kanto i Diego zajęci byli seksowną Twi’lekanką, atleczyny Cul i Rico Pet przemierzali uliczki niewielkiego miasteczka leżącego nieopodal. Szli w milczeniu i ot tak przed siebie, bowiem w rzeczywistości nie przyświecał im żaden cel inny niż oczekiwanie powrotu kompanów.

Kiedy obaj mężczyźni kontynuowali spacer, z naprzeciwka podbiegł do nich tłum rozwydrzonych dzieci. Rico dostrzegł go już przed paroma chwilami, ale bagatelizował niebezpieczeństwo, które mogło się wiązać z jego nadejściem. Teraz był więc zmuszony patrzeć, jak wielki i masywny Cul o cielsku niczym u dobrze zbudowanego cangure’a traci równowagę i pada, stając się tym samym częścią trasy oszalałych dziatków.

— Ja im dam! — wrzasnął barczysty alfons rozwścieczony, jak tylko podniósł się z ziemi. — Ja im dam! — krzyknął jeszcze głośniej, kiwając swym nieułomnym palcem w stronę „bachorów”.

Rico Pet natomiast potrząsł głową i kliknął parę razy językiem, po czym chwycił dorodnego kompana za ramię, wykorzystując tę okazję do lepszego zbadania jego umięśnienia. Rzeczywiście, robiło ono wrażenie.

— Nie martw się, stary druhu — powiedział, masując go po muskule. — Nic im lepiej nie rób, to jeszcze dzieci.

Zgrabny Cul zdawał się wtenczas ochłaniać, jednak nie na długo, bowiem kiedy z ust Rico padła propozycja udania się na jakiegoś drinka, postawny mężczyzna zauważył brak portfela.

— Ja już dam tym sukinsynom! — krzyknął i niczym strzał z procy wyrwał się z rąk archeologa, pędząc, ile sił w nogach, byleby tylko dogonić grupę „zasrańców”.

Pościg zaprowadził atletycznego sutenera do niewielkiego lokalu w jednym z piaskowych budynków, bowiem to właśnie do niego weszli domniemani sprawcy kieszonkowstwa. Dawny łowca nagród pełen tężyzny rozejrzał się wtedy dookoła i wypatrzył ich bez najmniejszego trudu. Siedzieli razem przy jednym stole. Już był bliski przypuszczenia na nich ataku, kiedy jednak niespodziewanie poczuł na swoich plecach — nomen omen dobrze unerwionych — czyjś dotyk.

— Czego? — spytał, równocześnie obracając się na muskularnej pięcie; przed jego oczyma wyrosła wtedy sylwetka Rico Peta. — A, to ty — stwierdził, po czym nie wiele się przejmując, skierował swe kroki w głąb lokalu.

— Czekaj! — archeolog chwycił go za ramię, wduszając się w bogato zdobioną tkankę. — Mam twój portfel. Wypadł ci, jak te dzieciaki po tobie skakały.

Rzeczywiście, był to portfel masywnego Cula. Pudzian wziął go więc do ręki, aby następnie wsunąć do kieszeni. Rico tymczasem przemaszerował obok niego, uważnie eksplorując wzrokiem konstrukcję budynku. Dla archeologa jak on było to niesamowite doznanie, bowiem styl ten, pochodzący z planety Gotha, nie występował praktycznie nigdzie indziej i dopiero od niedawna ponownie wdawał się w łaski projektantów wnętrz.

— Jak już tu jesteśmy, to może byśmy coś zjedli? — zaproponował, choć w istocie nie odczuwał głodu; chciał jedynie zostać dłużej w tej jadłodajni.

Monstrualnemu Culowi było wszystko jedno, więc wzruszył ramionami.

Podczas gdy starszy z nich obserwował kolekcję bogato zdobionych tapicerek, ten bardziej umięśniony dał się ponieść nostalgii. W miejsce ciężkiego metalu grano wtedy spokojny pop, a większość krzeseł zajęta była przez rodziny z dziećmi. Część z nich awanturowała się, inne natomiast wdawały się w kłótnie ze swoimi rodzicami. Innymi słowy — uroki rodzicielstwa. Niezwykła aura tego miejsca niemalże całkowicie uspokoiła przepotężnego Cula. Przebierał teraz łyżką w cukrze z nieobecnymi oczyma, wpatrując się jeden punkt.

Z każdą kolejną chwilą umięśniony łowca nagród przyciągał coraz to głębszą uwagę Rico. Archeolog nie zwykł wtrącać się w prywatne sprawy swych współziomków, jednak jego długotrwała znajomość z kafarem skłoniła go do odstąpienia od tej reguły.

— Pewnie wciąż się przejmujesz tą grubą, co? — powiedział, na co pudzian powoli obrócił głowę w jego stronę. Wzrok pozostawał nieobecny, jednak teraz znalazł nowe ujście: twarz archeologa.

— To wszystko wina Diego! — wybuchł mięśniak. — Zabiłem… no wiesz… niewinną osobę. I to pierwszy raz w życiu! — wyszeptał. — Myślałem, że była złodziejką… wiesz, oko za oko… Ona mi bilet, ja jej honor i ten, no, życie… To jego powinienem zabić! Czy też… no wiesz… — kontynuował. — Jeszcze się na nim zemszczę!

Rico odsunął się od wysmukłego towarzysza. Czuł się rozdarty, świadom, iż temat, który miał zamiar teraz poruszyć, był, jak się zdaje, największym tabu ich długotrwałej relacji. Choć z drugiej strony, wątpił raczej, aby byczy alfons był zdolny wyrządzić mu krzywdę, zwłaszcza iż w pobliżu nie było nikogo, kto znałby dokładnie kontekst omawianych zdarzeń.

— Ale wiesz, że jeszcze wszystko da się naprawić?… — powiedział ostrożnie, widząc, jak muksularny sutener mimowolnie podnosi głowę. — Wiesz… — drążył przy jednoczesnym nabieraniu wątpliwości. — Skoro okazało się, że była niewinna — zawahał się po raz ostatni. Sutener spojrzał głęboko w jego oczy. Wzrok uobecniał się. — Możesz ją zwolnić do domu — wydusił to z siebie szeptem Rico.

Obejrzyj ten film. On też jest częścią rozdziału!https://youtu.be/JpaFtCkoRvc

— Stul pysk! — kafar niczym z procy wstał z miejsca, przez przypadek łamiąc stół, przy którym siedział. Zmusiło go to do pohamowania swych emocji, aby prostym gestem przeprosić rodziny z dziećmi konsumujące obok. W obliczu konieczności ochłonięcia udał tylko, że podwija rękawki, choć w rzeczywistości nie zwykł nosić górnego odzienia. — Była umowa, nawet ci zapłaciłem! Nawet ci dałem te niebieskie szmaty! Miałeś…

— Spokojnie, wywiązałem się z obietnicy! — przerażony gniewem zgrabnego kompana archeolog wyciągnął dłonie przed siebie, rozkładając je w geście obrony. — Przez cały ten czas wciskałem ten kit każdemu. Słyszysz?! Każdemu! Zbrodnia doskonała, nikt się nawet nie domyśla, że… i mało tego, każdy w nią wierzył! Mimo że praktycznie nie miałbyś celu, by…

Jędrny Cul ukrócił wypowiedź kolegi, prostując wertykalnie swój palec wskazujący, a następnie, wziąwszy głęboki wdech, usiadł do połamanego stołu.

— No dobrze, masz rację — powiedział, tym samym uspokajając przerażonego zachowaniem krzepkiego alfonsa Rico. — Zwolnię ją, ale tym samym nie dam ci ostatniej raty.

Rico zmartwił się, bowiem pieniądze, które nalany kompan ofiarował mu w zamian za świadczenie o śmierci „tej grubej”, miał zamiar przeznaczyć na otwarcie nowego projektu. Nie było mu to jednak dane.

Szeroki w biodrach Cul tymczasem wziął łyk różowego kisielu nasączonego wódką, który uprzednio podniósł z podłogi po tym, jak zdarzyło mu się zdemolować stół.

Aby bilans się zgadzał, Chorty pochwycił kolejne dziewczę dla swojego szefa, Cula.

— Ale bilans musi się zgadzać — sapnął. — Na szczęście Chorty dzwonił przed paroma chwilami, że ma dla mnie jakąś fajną furry. Coś jak ta, co się za nami wlokła.

— No popatrz! Na te popyt jest większy niż na grube! — zaśmiał się Rico, a po chwili dołączył do niego i rozrosły Cul. I tak też obaj panowie śmiali się.

Border.png

Tymczasem w głębi lasu rzecz się masła następująco: oto profesor Raffou Villchure udział Vrush Ce lekcji z obsługi swojej strzelby. Była to korzyść obupulna, bowiem mężczyzna od lat nie miał przyjemności zażywać rozrywki tego typu ani również kobieta nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni robiła coś takiego.

Ptaszki śpiewały, zwiastując wiosnę, a w powietrzu unosiła się woń kwiatów. Villchure stał po lewej stronie swej koleżanki, odpowiednio instruując ją, jak trzymać broń oraz w jaki sposób najlepiej oddawać strzał.

— Celuj w tamtą gałąź — powiedział, wskazując na jedno z drzew. — Celować już umiesz, to i strzelić będziesz potrafić.

Vrush Ka nawet nie spojrzała na znachora — ustawiła tylko jego broń pod odpowiednim kątem, opierając ją na swym ramieniu oraz patrząc przez muchę prawym okiem, a gdy lekarz dał jej znać, po prostu pociągnęła za spust.

— No i dobrze — powiedział Raffou. — Trafiłaś. Nieźle, jak na pierwszy raz.

Vrush Ka uśmiechnęła się w stronę profesora, niemalże całkowicie przymykając swe powieki. To samo uczynił i sam zainteresowany, dodatkowo kładąc otwartą dłoń na potylicy.

Wtem rozległ się dźwięk niczym odrzutowca. Oboje ludzi poczęło uważnie rozglądać się na boki, aż wreszcie jedno z nich dostrzegło jakiś pojazd w oddali przecinający niebo niczym Anakin Skywalker gruszkę.

— Co je? — spytał profesor Villchure. — Widzisz to?

Vrush Kę także zdziwił ten widok, jednak w przeciwieństwie do kompana miała już wyrobioną opinię na ten temat.

— To na pewno Imperium! — powiedziała. — Zobacz! — dodała, po czym wskazała na emblemat prawie taki sam, jaki miało Imperium.

— Już ja dam sukinsynom! — krzyknął do siebie Villchure, wyrywając zielarce strzelbę. — Nie będą mi tu bab straszyć!

Gdy tylko statek zbliżył się na odpowiednią odległość, mężczyzna w okamgnieniu wycelował, po czym oddał strzał i trafił centralnie w jeden z silników.

— Bingo! — krzyknął uradowany.

Tymczasem statkiem tym był Potwór pilotowany właśnie przez Kai Tecka,  który odebrawszy współrzędnie wioski Nosuchy, leciał właśnie w jej stronę. Zestrzelenie silnika, które doszło do skutku za sprawą braku osłon, bardzo go osłabiło, tak że momentalnie stracił panowanie nad sterami i począł spadać.

W tym samym czasie z czubka wystającej skały niebo obserwował Braw Neck. Krzyk Rozpaczy pozostawał wyłączony, aby uniemożliwić Imperium wykrycie jego bieżącej lokalizacji; Luc przekonywał jednak, iż transportowiec będzie gotowy do odlotu zaraz po uruchomieniu.

Neck dość szybko wypatrzył Potwora, bowiem w celu lepszego wglądu na otoczenie używał lornetki. Kiedy jednak zrekonstruowana kanonierka zaczęła opadać, przeraził się, obawiając się o życie Kaia. Kolizja statku z ziemią natomiast niemalże odebrała mu mowę.

Tym razem nie pozwolił jednak wziąć górę emocjom. Starał się kontrolować swój oddech oraz przypomniał sobie samemu, iż tak naprawdę w miejsce Kaia na kanonierce równie dobrze może przebywać grupa szturmowców Imperium, która w stanie była sprawić wielkie niebezpieczeństwo dla jego współziomków.

Odwrócił się. Stały za nim Gienna i Yagna.

— Pójdę do sprawdzić — powiedział spokojnie. — Yagna, idź do Krzyku Rozpaczy i przekaż to Lucowi.

— Tak jest, prze pana! — podporucznik zasalutowała rycerzowi Jedi, jednak w drodze do trapu przewróciła się o rozwiązane sznurowadło.

— Gienna? — zwrócił się więc do Gienny.

— Się robi, kawalerze! — staruszka także zasalutowała Jedi, parodiując przy tym imperialną oficer, po czym wolnym tempem udała się w stronę statku.

— A, i przekaż Lucowi — Braw krzyknął, widząc, jak odchodzi — żebyście na mnie nie czekali, jakbym długo nie wracał.

Starsza kobieta odwróciła się. Spojrzała na Jedi ostrożnie, aczkolwiek wzrok ten przekazywał o wiele więcej niżli jakiekolwiek słowa.

Biegł, ile sił w nogach. Jedi wyczuwał obecność Kaia, lecz choć odczucie to było dość silne i przekonywające, nadal brał pod uwagę możliwość, że był manipulowany przez ciemną stronę.

W tym jednak momencie jego uczucie było jedynym, co mogło wskazać mu drogę do rozbitego statku. W całym tym zamieszaniu zapomniał bowiem bliżej przyjrzeć się miejscu katastrofy z góry. Po drodze mijał wiele gatunków iglastych drzew, a także zwierzęta, które przyglądały się nietypowemu incydentowi.

Dotarł do polany. Nietypowej polany, bowiem po jego lewej stronie znajdował się tor połamanych drzew. Stanął. To było tu.

Statek nadal wyglądał jak statek, jednak był bardzo poobijany, a także znajdował się w koleinie, którą sam wyrzeźbił.

— Kai! — krzyknął mężczyzna przed siebie, jednak nie otrzymał żadnej informacji zwrotnej. — Kai! — powtórzył.

Podszedł bliżej Potwora, przymykając oczy w obawie przed dymem. Nie widział nikogo: ani żywego, ani martwego.

Przez głowę przeszła mu myśl, że przynajmniej dobrze, że na Sandau nie przybyło Imperium. Wtedy usłyszał za sobie chłopięcy głos.

— Braw?…

Jedi obrócił się. Kai stał przed nim. Tak, to był on. Nie żadna wizja. Trochę inny, niż go zapamiętał. Twarz miał pełną zadrapań oraz o drobinę kulał. Za pewne wyszedł z kanonierki, zanim Neckowi udało się do niej dotrzeć.

— Kai! — krzyknął Jedi. — Ty żyjesz! — uradował się.

Mężczyzna podbiegł do młodego Tecka.

— Braw, ja… — jąkał się chłopiec — przepraszam…

Jedi jednak zignorował poczucie winy młodego mechanika i jak tylko podbiegł do niego, objął go. W objęciu tym było jednak coś innego niż to, co nastolatek doświadczał ze strony ojca: była to troska, jak mu się zdawało, o wiele bardziej autentyczna. Dopiero po paru sekundach odwzajemnił uścisk.

Neck puścił Tecka i położył mu ręce na ramieniu. W chłopcu był strach, ale także radość. Ciężko mu było zinterpretować te emocje. Na twarzy natomiast uwypuklał się wyraz zmęczenia.

— Nie, to ja przepraszam — powiedział i uśmiechnął się delikatnie pod nosem.

Pad strzał. Kai jęknął, a Braw Neck cofnął się parę kroków, pozwalając jego korpusowi opaść na ziemię.

— A masz, sukinsynu! — rozległ się krzyk.

Jedi spojrzał na bok. Stał tam właśnie profesor Raffou Villchure ze swoją strzelbą, przygotowujący się do oddania kolejnego strzału.

Neck jednak skutecznie mu to uniemożliwił: sprawnym ruchem dłoni pchnął cielsko znachora, tak że ten w locie zrzucił strzelbę na ziemię, a potem uderzył w drzewo i stracił przytomność.

Braw podbiegł do Kaia. Chłopiec był prawie nieprzytomny, a na jego brzuchu widać było ranę postrzałową.

— Braw… — wydusił z siebie. — Czy ja umieram?

— Nie, nie — powiedział Jedi, choć tak naprawdę miał co do tego złe przeczucia. Prowizorycznie przyjrzał się ranie: nie krwawiła, jednak przeszywała tors młodego mechanika.

Z krzaków tymczasem wyszła Vrush Ka i widząc, co się stało, zignorowała nieprzytomnego Raffou’a Villchure’a, by zamiast nim zająć się Kaiem. Przechodząc koło jego omdlałego korpusu, odkopnęła strzelbę na bok, a kiedy podbiegła do chłopca, schyliła się nad nim.

Spojrzała na ranę, a potem na Braw.

— Dostał w nerkę — powiedziała. — Rana wylotowa. Jeszcze nie krwawi.

Braw nie wiedział, co robić, i taki też miał wyraz twarzy: czuł beznadzieję.

— Przeżyje? — spytał.

— Następne parę godzin pewnie tak — pocieszyła go Vrush — ale nie wiem, co potem — a teraz go zmartwiła. — W każdej chwili może zacząć krwawić. Rana jest przypalona, ale… — kontynuowała, jąkając się. — Trzeba szybko operować, a w najgorszym wypadku wyciąć nerkę, jeśli nie da się jej uratować.

Kai zemdlał z przerażenia.

— Zrobisz to? — spytał Jedi znachorkę.

— Może bym potrafiła — mistyczka wzięła wdech — ale nigdy nie operowałam. Nie mam narzędzi…

Braw również ich nie miał, chociaż na statku Stasha z pewnością znalazłby parę noży czy nożyczek, sądząc po bogatym ekwipunku jego transportowca.

Vrush Ka spojrzała na profesora Villchure’a, który właśnie się budził.

Border.png

Gambl-55

Na zewnątrz nie była od dłuższego czasu. Dokładnie nie pamiętała, co się z nią stało. Wiedziała natomiast, że przez wzgląd na swą niebywałą tężyznę musiała upaść, a następnie stracić przytomność na skutek omdlenia lub strzału ogłuszającego.

Zwalista Julie Taa nie nosiła już niebieskiego fartuszka, symbolizującego jej pozycję w Kole Gospodyń Wiejskich; ten bowiem został ofiarowany Rico Petowi, by mógł skuteczniej zaświadczać o śmierci pokracznej gosposi, co swoją drogą robił niezwykle przekonywająco.

Jako prostytutka plus-size, oczywiście wbrew własnej woli, ku swojemu własnemu niezadowoleniu zmuszona była bezpośrednio obsługiwać klientów. Choć początkowo typowano ją na tancerkę, szybko odstąpiono od tej koncepcji po tym, jak pierwszego dnia pracy zdarzyło jej się zawalić w sumie dwie rury. Teraz pucowata Taa mogła odetchnąć z ulgą, wiedząc, iż wszystkie te niemoralne występki, których niestety stała się częścią, zostały za jej plecami, i to dosłownie. Mogła też odetchnąć powietrzem innym niż to obecne w tym miejscu nierządu i rozpusty. Choć nie wiedziała, co z sobą począć, jej dusza nigdy nie radowała się tak bardzo — przez te wszystkie dni i noce bowiem zdążyła już stracić nadzieję, że kiedykolwiek zdoła się oswobodzić.

— Pamiętaj, nazywasz się „Jolan Taa”, nie Julie Taa — zagadał ją bramkarz, który stał za jej zwalistymi plecami.

Zażywna była prostytutka zorbitowała o 90 stopni wokół własnej osi, po czym podparła się o laseczkę, którą ją uraczono, aby łatwiej jej było chodzić.

— Przepraszam, ale mam zmienić tylko imię? — dziwiła się ociężała kobieta. — A nazwisko to samo?

— Tak, tak. Imię wystarczy — bramkarz machnął ręką. — A, i ten… szef jeszcze raz kazał panią przeprosić. Sutener z niego, że hej, ale maniery to on ma, no. Nigdy by pani nie uwięził, gdyby wiedział, że to nie pani te bilety podpieprzyła.

— Ależ nic się nie stało — uśmiechnęła się puszysta Julie lub też Jolan, rozszerzając swe nadęte wargi.

Kiedy klocowata Jolan obróciła się, by móc iść przed siebie, zobaczyła, jak po jej prawej stronie ktoś właśnie wprowadzał do klubu kolejną pannę. Słoniowata gosposia po raz kolejny obróciła się wokół własnej osi, by wzrok nakierować na tę leżącą na lewitującej noszy futrzaną osobę. Zastanawiała się wtedy, jaką hybrydą mogła być owa istota — korpulentna gospodyni nigdy nie widziała bowiem kogoś, czyja rasa łączyłaby w sobie cechy kota, konia i człowieka; właśnie te gatunki kładła jako najbardziej prawdopodobne.

Ciało biednej Zygerianki leżało bezwładnie. Jej kończyny były nieco powyginane, jednak nie w sposób odbiegający od normy. Nadęta Jolan Taa była pełna współczucia dla tego dziewczęcia; wiedziała bowiem, ile przyjdzie mu wycierpieć w klubie go-go, do którego je wieziono.

Samą noszę natomiast prowadził średniego wzrostu mężczyzna o raczej szerszych rozmiarach, niemniej niespecjalnie gruby. Oczy miał niczym pedofil, a włosy ciemne i uczesane do tyłu, wzmocnione dodatkową dawką brelantyny. Uwypuklało to dwa charakterystyczne zakola. Był to Chorty, który niegdyś pracował jako dość znany w sektorze łowca nagród, obecnie zaś tylko skromny sutener w klubie Cula.

Za mężczyzną natomiast małymi kroczkami szła grubsza pani w średnim wieku, optycznie sprawiająca wrażenie starszej od niego. Była to jego matka o imieniu Bożena, nomen omen starsza siostra niejakiej Krystyny. W młodości oba dziewczęcia uczyły się w szkole na Alphanor, jednak potem wybrały zupełnie inne ścieżki rozwoju. Wstyd przyznać, ale Chorty był okropnym maminsynkiem; z tego też względu na każdą misję woził ze sobą matkę.

Chorty był okropnym maminsynkiem; z tego też względu na każdą misję woził ze sobą matkę.

— Witaj, Chorty! — krzyknął w stronę wiozącego futrzaną niewiastę niewysokiego mężczyzny w skurzanej kurtce bramkarz. — Ulala, a co to za włochate cudo?

— Witaj — odparł łowca nagród-sutener. — To Jolene, nowy nabytek dla naszego szefa w miejsce tej grubej. O, zobacz! — wskazał na spasłą Jolan — tej.

Szeroka Jolan uśmiechnęła się i uprzejmie schyliła pyzatą głowę, na co Chorty podniósł gwałtownie swoją głowę na znak przywitania.

— Co tam? — zagadał.

Puszysta Jolan Taa uśmiechnęła się życzliwie w stronę dawnego oprawcy i odparła, że wszystko dobrze, zanim się oddaliła, a sutenerzy życzyli jej „szerokiej drogi”.

— Nawet nie wiesz, jak ciężko było ją zdobyć, Ann! — Chorty tymczasem kontynuował rozmowę z bramkarzem. — Wszędzie chodził z nią taki łysy z metalową ręką. Jego na szczęście… cóż, powiedzmy, że został należycie zaopiekowany.

Ann tymczasem skorzystał z okazji, by przywitać się z Bożeną. W klubie matka Chortiego z jakiegoś powodu nie była obiektem drwin — zdawać by się mogło, że jej obecność przy synu stała się jak gdyby chlebem powszednim tak dla bywalców lokalu, jak i dla personelu.

Natomiast klocowata Taa miała teraz jeden cel — wykorzystać sumę pieniędzy, jaką otrzymała w ramach rekompensaty od klubu, na powrót na Kashmarr’k. Przydałoby się także, aby jej obwisłe cielsko obejrzał jakiś lekarz, bowiem ciężka Jolan z pewnością podupadła na zdrowiu przez ostatnie dni, jednak planowała, aby zrobiła to Vrush Ka, miejscowa zielarka.

Wkrótce ociężała gospodyni wiejska wpakowała swe grube ciało do autobusu, przechylając nieco jego pokład przy wchodzeniu. Wahadłowiec ten zawiózł ją do portu lotniczego. Stamtąd tłusta niewiasta weszła na pokład transportowca międzygwiezdnego kursującego do jej sektora.

Advertisement