Star Wars Fanonpedia

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Autor: Cezary 9999
A
alternatywy
Świat rzeczywistyZłote Pióro VIIISrebrny puchar (30 000+ bajtów)
43004 bajty • Około 66 minut czytania ┃ ← Poprzedni

Ahch-To, Nieznane Regiony, 10 BBY

Blaski jutrzenki powoli opadły na spienione fale oceanu otaczającego niewielki archipelag, barwiąc wody Ahch-To na odcień wyważony między pomarańczą a czerwienią. Chwilę potem zza horyzontu wychyliły się pierwsze fragmenty słońca, którego promienie rozświetliły niebieskie sklepienie, a także pokrywające skorupę planety morza i niewielkie wyspy ponad poziom mórz się wznoszące. Każdą z tych wysp zamieszkiwała dość prymitywna rdzenna ludność planety, jednak tylko na jednej, a zarazem najokazalszej z nich mieściła się siedziba przybyszy z odległych krain, a tych wówczas na powierzchni całego świata było tylko dwóch. Mistrzyni Jedi Ahsoka Tano i jej niskorosły uczeń, Luke Skywalker, przybyli w Nieznane Regiony niespełna siedem lat wcześniej i od tego czasu ani razu nie opuścili swojego azylu. Ahch-To w dziejach zakonu Jedi była planetą niezwykle istotną, bowiem według legendy to właśnie tu jego założyciel wzniósł pierwszą w historii świątynię obrońców pokoju, jednakże fakt ten wraz z upływem czasu został zapomniany, podobnie jak i sama planeta, której nazwa nie widniała na żadnych mapach – czy to z czasów Republiki, czy też z okresu dominacji wzniesionego na jej gruzach Imperium. W miarę jak pierwsze blaski dnia przebijały się przez nieznaczne luki między zaokrąglonymi, rzeźbionymi z kamienia cegłami, z których wzniesiona była prowizoryczna zabudowa głównej wyspy, mieszkaniec jednej z chat – młodziutki, dziewięcioletni Luke – budził się z szarpanego snu po kolejnej na wpół przespanej nocy. Dzień ten był kolejnym dniem jego szkolenia w ścieżkach Jedi, które – jak wierzył – po latach uczyni go podobnym do ojca, szanowanego niegdyś rycerza, który według opowieści jego mistrzyni bohatersko oddał życie w walce przeciw Lordom Sithów. Obudziwszy się zatem na dobre, zaścieliwszy posłanie i przyodziawszy tunikę, chłopak pośpiesznie opuścił swoją chatę i rozpoczął wspinaczkę na skałę, na szczycie której znajdowała się świątynia – miejsce, w którym Ahsoka zapewne już na niego czekała i w którym tego poranka miał ujrzeć rzeczy, jakich już nigdy nie będzie mu dane zapomnieć.

Border
Wnętrze świątyni - komora główna

Wnętrze świątyni - komora główna

Komory medytacyjne pierwszej świątyni Jedi wyżłobione były wewnątrz klifu i charakteryzowały się – podobnie jak i cała zabudowa wyspy – widoczną gołym okiem prowizorycznością. Jedynym elementem ozdobnym komory głównej, w której sesje szkoleniowe odbywali Togrutanka i jej uczeń, był ulokowany w jej centrum kamień z mozaiką przedstawiającą wizerunek założyciela zakonu, resztę zaś stanowiły nieokrzesane skały, tworzące raczej pasmo połączonych ze sobą jaskiń, aniżeli faktyczną świątynię. Mimo jednak wspomnianej prowizoryczności miejsce to było w silnym stopniu zespolone z Mocą – zarówno jasną, jak i ciemną jej stroną. Tamtego poranka Tano stała u progu oddzielonego od komory kamiennego tarasu, przyglądając się ze splecionymi za plecami dłońmi wschodzącemu słońcu.

– Dzień dobry – powiedziała, słysząc kroki nadchodzącego wychowanka. – Tej nocy nie spałeś znacznie lepiej, mam rację?

– Nie – odrzekł Luke smętnym tonem. – Wciąż miewam ten sam sen, jakby w zapętleniu. Stoi tam, woła mnie, a kiedy próbuję się zbliżyć – odchodzi, jakby rozpływał się w powietrzu…

Mistrzyni i jej uczeń popatrzyli na siebie przez chwilę w zrozumieniu, następnie jakby zapominając o tej krótkiej konwersacji przystąpili do zgłębiania tajników Mocy. Koszmar, o którym mówił Skywalker, był Ahsoce dobrze znany - wszak miewał go już wcześniej i wcześniej o nim opowiadał – lecz choć niepokoił ją, to aż po tę pamiętną chwilę nigdy szczególnie nie przerażał. Lekcja, której chciała wtedy udzielić Luke’owi, była czymś niemal programowym w trakcie szkolenia młodzików w świątyni na Coruscant - sama doświadczyła jej w swych młodzieńczych latach pod asystą mistrza Yody. Padawana wprawiało się wówczas w stan medytacji, gdy zaś już zajrzał w wici Mocy, własnymi oczami odkrywał jej prawdziwą istotę, jaką była równowaga. Tak więc Togrutanka, usadziwszy Skywalkera na medytacyjnym kamieniu, kazała mu zamknąć oczy, następnie sięgnąć w głąb siebie i opisać wizje, które miał swymi oczami oglądać. Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z założeniem.

– Widzę dzień – wymamrotał. – Przyroda budzi się, żyje, po czym przychodzi noc i umiera, popadając w sen. Na miejsce starych roślin wyrastają nowe, a gdy one umierają - zastępują je kolejne. Wszystko to tworzy zataczający się nieustannie krąg. Świat, który widzę, ma dwie strony – jasną i ciemną, a znajdują się one… w równowadze? – ostatnie dwa słowa były bardziej pytaniem, niż twierdzeniem. – Nie. Nie ma równowagi. Ciemność wypiera światło – widzę Jedi, którzy mordują się nawzajem; widzę światy które płoną i miliony, które… cichną w połowie krzyku!

Młody Jedi pobladł, jego usta wypełniły się pianą, a ciało bezwładnie opadło w ramiona oszołomionej mistrzyni. Próbowała zrozumieć co się dzieje, jakoś wyrwać swojego ucznia z transu, lecz była zbyt przerażona i zwyczajnie za słaba, by cokolwiek poradzić.

– Widzę też jego… – kontynuował Skywalker tonem graniczącym z szeptem. – Jest tu. Woła mnie!

Wtedy także i ona go zobaczyła. Projekcje, jakich doznawał, były tak silne, iż niemal wyrywały się z umysłu Luke’a, pozostawiając wyraźny ślad w Mocy, który Tano była w stanie odczytać. Patrząc oczami swego ucznia ujrzała mrok. Ciemność tak skondensowaną i gęstą, iż przerażającą. Spośród ciemności wyłoniła się sylwetka przyodzianego w posępny płaszcz mężczyzny, którego twarz zakryta była kapturem. Jego ciało - na wpół mechaniczne, bowiem nogi i prawa ręka aż po łokieć odlane były ze stali – okrążała zjawa, nieustannie zatruwająca jego umysł i rozwijająca w nim nowe, coraz mroczniejsze idee. Posiadał też miecze świetlne, broń Jedi, w ilości trzech, pancerz wykonany z beskaru, jednak nie mandaloriański, a także płonące żółcią oczy, z których wyczytać można było pasję i nienawiść w najczystszej postaci. Tajemnicza postać była Mrocznym Lordem Sithów - jedynym, jaki wówczas żył w galaktyce i tym, który obecnie terroryzował wszystkie jej światy, utrzymując je pod jarzmem swej władzy.

– Ojcze? – wypowiedział ostatnie słowo Luke, po czym stracił przytomność, jego mentorka zaś na moment zobaczyła twarz zakapturzonego mężczyzny, po czym pogrążyła się we łzach.

Był to nikt inny jak Anakin Skywalker, jej dawny mentor i najbliższy, jedyny przyjaciel.

Border

Przestrzeń Ilum, 7 BBY

Ponad śnieżną skorupą planety Ilum nadprzestrzeń opuścił wątły myśliwiec. Zmodyfikowany stary Y-wing ze zdartymi, ciemnoniebieskimi malowaniami, a także rozmazanym logiem upadłej Republiki pierwotnie służył Wielkiej Armii jako bombowiec. Nadgryzione zębem czasu silniki jonowe, niegdyś szczyt nowoczesnej technologii, teraz nie pozwalały już osiągać tak zawrotnych prędkości, a sztucznie zaaplikowany hipernapęd jakkolwiek nie sprawiał wrażenia stabilnego. Wieżyczka strzelnicza, u szczytu chwały siejąca zamęt w szeregach wroga, była już praktycznie niesprawna, stając się stanowiskiem nijako pasażerskim. Trwająca niemal półtorej dekady wegetacja myśliwca na błotnistej powierzchni Ahch-To nie była stanem w żaden sposób konserwującym, a jednak teraz musiał wejść na szczyt swoich możliwości, niosąc dwójkę Jedi poprzez Nieznane Regiony.

Wreszcie wleciał w atmosferę planety, z oporem przechodząc przez kolejne jej warstwy. Podwozie statku wysunęło się ze zgrzytem, by umożliwić mu lądowanie.

- No i jesteśmy… - odparł Luke, opuszczając pojazd.

- Ilum. – westchnęła Tano. - Inaczej je sobie zapamiętałam… Imperium rozkopuje planetę. Szukają kryształów. Tylko po co?

- Lepiej chodźmy, nim nas tu znajdą. Chyba już widzę świątynię.

- Raczej to, co z niej zostało… Ale tak, chodźmy.

Fundamenty świątyni na Ilum, klify

Fundamenty świątyni na Ilum, klify

Po chwili stanęli przed okutymi lodem wrotami, na pierwszy rzut oka wydającymi się wręcz częścią przyległego do nich ośnieżonego klifu. Tym jednak, co odróżniało je od reszty owego wzniesienia, był dostrzegalny z dala pomnik jednego z mistrzów, stanowiący nijako zwieńczenie dla świątynnych murów.

- Dalej musisz iść sam. – powiedziała Ahsoka, podając swojemu podopiecznemu pustą rękojeść orężu. – Znajdź kryształ, będzie zasilał twój miecz. Oddaj się Mocy, niech cię poprowadzi… Będę tu na ciebie czekała. Powodzenia!

Skywalker ruszył w drogę. Przecisnąwszy się przez wąską szczelinę, jedyną drogę do wnętrza świątyni po tym, jak faktyczna brama uległa zniszczeniu, znalazł się w wysokiej komorze oddzielonej od Kryształowych Jaskiń jedynie płaską, lodową osłoną. Stopienie jej byłoby zapewne łatwiejsze, gdyby miał przy sobie broń, za jaką nie można było uznać tego, co otrzymał od mistrzyni. Wtem jego uszu dobiegł głos, który to słyszał z jej ust jeszcze przed chwilą:

- Oddaj się Mocy. Poprowadzi cię…

W tej sytuacji faktycznie jedyną siłą, jaka mogła mu pomóc, była Moc. W centrum komnaty znajdował się przymocowany do sklepienia kryształ, o który można było odbić światło wpadające przez dwa przeciwległe otwory na kształt okien. Wówczas lód zacząłby się topić, co z kolei pomogłoby przedostać się dalej.

- Skup się. – powiedział Luke sam do siebie. – Musisz się skupić…

To rzekłszy, wyciągnął rękę w kierunku kryształu i zebrał wszystkie siły, byleby go przesunąć. Wszystkie swoje myśli skupił tylko na nim, a wówczas ten w istocie poruszył się. Wpierw nieznacznie, jedynie zachybotał, potem faktycznie wychylił się, odbijając od swojej powierzchni świetliste promienie, które przekierował wprost na ścianę lodu, a ta zaczęła ociekać wodą. Wpierw opadła kropla, za nią następne, potem zaś całkowicie stopniała, odsłaniając przed adeptem Jedi dalsze przejście.

Było to pasmo zawiłych tuneli, ciągnących się niczym węże w głąb lodowego monumentu. Porastały je krystaliczne, błyszczące sople, z dala wyglądające wręcz niczym Kybery, jak również wszędobylski, utwardzony śnieg. Skywalker owe tunele przemierzał rozglądając się raz po raz, a czym dalej szedł, tym bardziej tracił orientację. Doszedłszy wreszcie do końca stanął przed głębokim bajorem, przypuszczalnie stanowiącym dalszą drogę. Przykucnął więc, wyciągając rękę w kierunku tafli wody, a ta o dziwo wydała się być całkiem ciepła, szczególnie jak na ulokowaną w samym centrum lodowej jaskini. Wtem usłyszał szmer, niepodobny jakkolwiek do głosu ludzkiego, acz mimo wszystko dziwnie znajomy. Zdawał się pochodzić od samego kryształu, który teraz przywoływał swojego wybrańca, pragnąc się z nim połączyć. Mimowolnie, jakby w podświadomości, Luke wskoczył do bajora, a to okazało się łączyć z podziemnym, ukrytym tunelem prowadzącym do dalszej części jaskiń. Gdy nim przepłynął, ujrzał przestronną, majestatyczną grotę, wypełnioną przez rozmaite skały. Jedna z nich ponownie wydała z siebie szmer, a kryształ znajdujący się na jej czubku zamigotał, przyciągając uwagę Skywalkera.

- Znajdź kryształ. – ponownie usłyszał słowa mentorki. – Będzie zasilał twój miecz.

Wnętrze Kryształowych Jaskiń

Wnętrze Kryształowych Jaskiń

Ściągnąwszy więc Kyber ze szczytu skały, Luke przysiadł przy wykutym z kamienia ołtarzu, przeznaczonym specjalnie do tworzenia mieczy. Kryształ idealnie wpasował się w rękojeść, przybierając barwę zieloną, a ostrze w tym samym kolorze po raz pierwszy wysunęło się, wydając charakterystyczny, długi świst. Skywalker podniósł się z kamiennej posadzki, obracając kilkukrotnie oręż w rękach. Broń, jaką władał, wydała się równie fascynująca, co niebezpieczna. Wszystkie lata szkolenia i zgłębiania wiedzy były rzecz jasna przydatne, ale nigdy nie świadczyły o jego przynależności do Zakonu. Miecz tymczasem zdawał się być tym, co definiowało go jako rycerza; tym, przez co wreszcie prawdziwie poczuł się Jedi…

Border

Chata Skywalkera na Ahch-To, noc, 0 BBY

- Luke, Luke… - rozległ się cichy, ochrypnięty głos. – Czas już nadszedł.

Skywalker natychmiast ocknął się, kładąc rękę na znajdującym się tuż obok posłania mieczu świetlnym. Przez większość swojego 19-letniego życia słyszał jedynie głos mistrzyni, a ten, który teraz do niego wołał, nie zdawał się jakkolwiek go przypominać.

- Kto mnie… - próbował zapytać, lecz wtem jego oczom ukazała się sylwetka starego mężczyzny otoczona połyskującą, niebieską poświatą. – Kim jesteś?

- Nazywam się Obi-Wan Kenobi. – zaczął starzec. – Jestem… byłem Jedi.

- Obi-Wan? – zadziwił się chłopak. - Mistrz Anakina Skywalkera? …Uczyłeś mojego ojca?

- Tak, uczyłem. – westchnął Kenobi. – Kiedyś…

- Ahsoka mówiła, że nie żyjesz.

- Zjednoczyłem się z Mocą. – odrzekł. – Moje ciało obumarło, ale duch przetrwał.

- Po co tak właściwie tu przybywasz?

- Galaktyka już 19 lat ugina się pod wpływami Sithów. - zaczął. – Wybijają  ostatnich Jedi, tworzą coraz okrutniejsze bronie… Już niedługo będą w stanie niszczyć światy.

- Dlatego też się ukrywamy. – przerwał Skywalker.

- Nie minie wiele czasu, nim was znajdą. Imperator pracuje nad bronią ostateczną, stacją w wielkości księżyca, która swoim promieniem zamienia w pył całe planety…

- Co mamy zatem czynić?

- Istnieje ruch oporu. – odparł duch. - Ostatnia nadzieja na wyzwolenie galaktyki… Nie ukrywam, że przydałoby im się wsparcie Jedi.

- Nie skończyłem jeszcze szkolenia… - odpowiedział Luke. - Nie jestem gotowy.

- Mistrz Yoda twierdzi, że jesteś. Twoja mistrzyni też na pewno tak uważa.

- Yoda? …Ten Yoda? Wielki Mistrz Zakonu?

- Owszem. – odrzekł Kenobi, by po chwili kontynouwać. - Udajcie się wraz z Ahsoką na Tatooine, do Mos Eisley. W kantynie Chalmuna, słynnym lokalu blisko centrum kosmoportu, będzie czekał agent Rebelii, Arleil Schous. On przekaże wam, co dalej. Powodzenia, Luke, i niech Moc będzie z tobą…

Wypowiedziawszy te słowa, duch Kenobiego zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił, pozostawiając Skywalkera samego. Kamienna chata wyglądała dokładnie tak samo jak przedtem.

Border

Tydzień później, Tatooine

Tego dnia słońca ogrzewały piaszczystą powierzchnię Tatooine ze wzmożoną siłą. Mieszkańcy Mos Eisley, umownej stolicy planety, patrzyli tymczasem z okien na przelatujący ponad ich domostwami myśliwiec Y-wing. Statku z okresu Republiki nie widzieli już w istocie od bardzo dawna, a po tym konkretnym widać było, iż uczestniczył w bardzo wielu kosmicznych potyczkach. Po chwili statek osiadł w jednym z tamtejszych hangarów, którego drzwi wkrótce rozsunęły się, ukazując dwójkę przybyszów. Ubrani byli w stosunkowo czyste, acz niemodne szaty, niekojarzące się już w owym czasie z rycerzami Jedi. Togrutance o charakterystycznym lekku w niebieskie pasy towarzyszył średniego wzrostu jasnowłosy młodzieniec, rozglądający się co chwila i podziwiający otoczenie. Skierowali się oni do kantyny Chalmuna, lokalu słynącego na cały port z najemników, szmuglerów i innych szemranych typów, będących tam najczęstszymi klientami.

Wnętrze lokalu

Wnętrze lokalu

Drzwi do baru rozchyliły się, a uszu przybyszów dobiegła muzyka wykonywana przez paruosobowy zespół Bithów, jak również towarzyszące jej pijackie śmiechy klientów. Woń różnego rodzaju trunków była wyczuwalna już przy wejściu, a wraz z nią ostry zapach papierosów, w tej części galaktyki zwanych shlewgami.

- My do Arleila Schousa. - rzekła wreszcie Ahsoka, kierując swój wzrok na barmana.

- Chodzi ci o Defela? - spytał Wuher. - Siedzi tam. - rzucił wskazując na jeden ze stolików w rogu.

Lokal aż po brzegi wypełniał gęsty gwar. Niestaranne wypowiedzi podpitych klientów zlewały się z donośną muzyką Bithów, dla przeciętnego słuchacza wydając się wręcz niezrozumiałym bełkotem. Skywalker jednak, przeciskając się wraz z mistrzynią przez tłum, nieumyślnie podsłuchał co poniektóre z rozmów, które toczone w gronie wszelkiej maści łajdaków, nie były rzeczą bynajmniej dla ucha przyjemną. Jedno jednak słowo przewijało się przez nie nieprzerwanie, czasem wywołując pogardę, czasem obojętność, lecz najczęściej - strach. O Tuskenach rzecz toczyła się ciągle, a ich krwawy wódz ponoć podporządkował już sobie całą Mos Espę. Wszystkich, którzy choćby przypadkiem stanęli na jego drodze, potwornie okaleczał lub zabijał, a moc, jaką władał, była rzeczą już od dekad zapomnianą. Ostrze jego miecza przecinało nawet najtwardszą stal, a głowy bądź kończyny nieszczęśników uderzały o ogrzany piach po choćby najmniejszym kontakcie z nim. Przekonał się o tym boleśnie przybysz z odległego Geonosis, którego skrzydło stało się trofeum dla barbarzyńskiego plemienia...

Arleil Schous

Arleil Schous

W końcu dwójka Jedi doszła do zacienionego stołu, przy którym siedzenie zajmował średniego wzrostu Defel. Wyglądem na ogół przypominał Wookieego; jego twarz pokrywało niezwykle gęste, szare owłosienie, spod którego wychylały się jedynie długie, spiczaste uszy, jak również świecące się, czerwone ślepia. Ubrany był w wysłużoną kurtkę z ledwo widoczną „łzą” Rebelii, a także pasem, do którego umocował swój blaster.

- Zgaduję, że wy jesteście Jedi, których mam odebrać? – odezwał się po chwili, ukazując spiczaste kły, którymi wysłane miał usta.

- Owszem. – potwierdził Skywalker, wyręczając w tym mistrzynię. – Przysyła nas Obi-Wan Kenobi.

- Kenobi, powiadasz?  - zdziwił się Schous. – Ach tak, bliski przyjaciel senatora Organy i wieloletni informator Sojuszu, którego nikt nigdy nie widział…

Ciekawość młodego Skywalkera wzbudził tymczasem siedzący nieopodal przybysz. Jego ciało pokrywał ciemny, chropowaty pancerz, nie wyglądający jak stworzony z którejś znanej w galaktyce stali. Zdawał się wręcz być jak oddzielny organizm, żyjący w symbiozie ze swoim nosicielem. Sam jegomość był istotą dość kościstą, nie przypominającą przedstawiciela którejkolwiek ze znanych ras. Nawet sama Moc zdawała się go omijać i nie egzystować w nim. Był niewyczuwalny, jak duch.

- Luke, wszystko dobrze? – spytała po chwili Ahsoka.

- T-tak. – odrzekł chłopak. - Zwyczajnie się zagapiłem…

- Dobrze zatem. – Defel wrócił do rozmowy. – Znajdę dla was nocleg, a jutro skoro świt wyruszamy. Lepiej się prześpijcie, zapowiada się długi dzień…

Border

Noclegownia w Mos Eisley, noc

Za oknem dawno było już po zmroku, a jednak światło w pokoju Skywalkera nie dogasało. Wciąż nie mógł przestać myśleć o tym, co usłyszał w kantynie, a jeśli jego przypuszczenia były prawdziwe, rzeczony wódz Tuskenów mógł być tym, kogo lata temu zobaczył w swojej wizji. Niewiele już pamiętał z tamtych czasów, lecz mroczna sylwetka mężczyzny, który wołał go do siebie wyjątkowo utkwiła w jego pamięci. Tatooine tymczasem spowijał mrok i on to czuł. Morze Wydm uginało się pod terrorem ciemnej strony, która z każdą chwilą zdawała się rosnąć w siłę… Nie wiedział, co robić. Nie skończył wszak jeszcze szkolenia, nie był gotowy by sam stanąć naprzeciw barbarzyńcom, a jednak należało działać. Wtem jakby podświadomie usłyszał nikły głos Kenobiego, który mówił:

- Moc jest w tobie silna, zaufaj jej… Zaufaj Mocy…

I faktycznie, coś wewnątrz podpowiadało Luke’owi, by wyruszył. Miał szansę ukrócić cierpienie setek istnień, a to przecież było celem, jaki powinien przyświecać Jedi. Ubrawszy więc szatę, wsiadł na stojący na zewnątrz śmigacz i ruszył poprzez pustynię. Moc zaś prowadziła go, wskazując kierunek i pokrzepiając. Wreszcie dotarł do wzniesionej na skale twierdzy, niezwykle pilnie strzeżonej przez tuskeńskich wojowników i wytresowanych przez nich massiffów. Gdzieniegdzie znajdowały się legowiska ujeżdżanych przez łowców banth, a także obskurne cele z wykorzystywanymi do niewolniczej pracy więźniami. Odszedłszy więc na tylne mury, Skywalker rozpalił miecz i wyżłobił za jego pomocą otwór, przez który mógł dostać się do środka.

Pałac od wewnątrz prezentował się zaskakująco zwyczajnie. Gładkie, niczym nie wyróżniające się ściany zlewały się odcieniem z podniszczoną posadzką. Ślady walki widoczne były na pierwszy rzut oka: kule tuskeńskich karabinów, ślady pazurów, nierzadko nawet niewytarta krew. Twierdza z pewnością nie była opuszczona, gdy dotarli do niej Tuskeni... Skradając się korytarzami, Skywalker wielokrotnie napotykał zwłoki opasłych Gamorrean, których nie zdążono jeszcze sprzątnąć, jak również barbarzyńców korzystających z dóbr, jakie to oferowały spiżarnie. Wreszcie dotarł do zejścia strzeżonego przez dwóch uzbrojonych po zęby stróży, których ogłuszył, wychodząc tym samym z cienia. Zszedł więc na dół, przechodząc tym samym do centralnego i zarazem największego pomieszczenia budynku – sali tronowej.

Oblicze tuskeńskiego wodza

Oblicze tuskeńskiego wodza

- Kim jesteś, mów! – rozległ się głos, a w kierunku Skywalkera wymierzyły wszelkie ostrza i lufy, jakie tylko znajdowały się w sali.

- Nazywam się Luke Skywalker. – odrzekł zgodnie z prawdą chłopak, chwytając nerwowo za miecz.

- Skywalker… - wyszeptał wódz. – Jesteś… Jedi? Nie sądziłem, że jeszcze jacyś przetrwali, po tym, jak jeden z rycerzy, Anakin S-k-y-w-a-l-k-e-r, sprzeniewierzył się Zakonowi.

- Mój ojciec? Nie, on nie mógłby…

- Był twoim ojcem?… Cóż, sam widziałem, jak dołącza do Sitha i morduje w jego imię. Sam widziałem, jak żądny władzy zabija i jego, sam obejmując tron... – tu przerwał, by po chwili odezwać się półgłosem. – Też to widzisz, prawda? Moc jest w tobie silna, podobnie jak w ojcu. Ciemna strona jest w tobie silna, podobnie jak w ojcu. Nienawiść i żal przepływają wraz z krwią przez twoje żyły. Czuję to. Czuję, jak bardzo chcesz mnie teraz zabić, ale nie dlatego, że pomogłem Tuskenom grabić i plądrować, lecz dlatego, że zwyczajnie jestem twoim wrogiem.

- Nie... – szepnął Luke, a jego oddech przyspieszył. – Nie! Kłamiesz! To ty jesteś zdrajcą! Odrzuciłeś drogi Jedi, mordowałeś niewinnych!…

- Zabawne. – rzucił Tusken. – Syn zimnokrwistego mordercy, Sitha i rządcy siejącego terror Imperium śmie pouczać mnie o „drogach Jedi”… Myślisz, że ten miecz na wiele ci się zda?

Wtem salę wypełnił ryk, niepodobny w żaden sposób do czegoś, co uszy Skywalkera mogły kiedykolwiek usłyszeć. Podłoga pod jego stopami, zapadła się, zrzucając adepta Jedi do wyżłobionej tuż pod salą tronową jamy. Podest, na którym znajdowało się siedzisko wodza wysunął się naprzód, a gdy już stanął, w miejsce olbrzymiego hałasu zapadła martwa cisza. Luke natychmiast rozpalił zielony oręż, a ten rozświetlił w znacznej części otoczenie. Pod nogami chłopaka leżały rozmaite kości, a także wydające paskudny odór cielsko, należące do sporej wielkości stwora. To, co go zabiło, znajdowało się tuż za bramą, która chwilę potem zaczęła się unosić. Krzyki Tuskenów, które wybrzmiały na widok uwolnionego monstrum, przerwał wtem głos ich wodza, który mówił:

- Tego smoka porwałem od matki, gdy był jeszcze pisklęciem. Przepełnia go ta sama nienawiść, co ciebie. Pokaż, że jesteś silniejszy. Pokaż, że masz w sobie coś z Anakina Skywalkera… Zabij, bądź zgiń!

Gdy więc żelazne wrota rozchyliły się w całości, oczom Skywalkera ukazał się smok Krayt. O potworach zdolnych pożerać całe osady wieść krążyła po Tatooine już od niemal niepamiętnych czasów. Nieliczni je widzieli, inni upierali się, że widzieli, lecz większość opierała swoją „wiedzę” jedynie na legendach i historiach z odległych krain. Luke tymczasem miał przed oczyma prawdziwego smoka, który choć młody, wciąż stanowił śmiertelne zagrożenie, nawet dla wojownika, którego sprzymierzeńcem była Moc. Z jego paszczy wychodziły dziesiątki kłów, tak spiczastych i długich, iż bardziej przypominały wypolerowane ostrza noży, niż faktyczne uzębienie. Cielsko smoka pokrywał niezwykle twardy pancerz, które mimo że nie przybrał jeszcze swojej docelowej postaci, wciąż zapewniał mu odporność na niemal każdy rodzaj broni. Łuski jednak nie wykształciły się na całej powierzchni jego ciała i to dawało cień szansy śmiałkowi, który jeszcze nie pogodził się ze swoim mizernym losem.

- Użyj Mocy, Luke. – ponownie rozległ się głos Obi-Wana. – Wielkość nic nie znaczy…

Będąc zatem prowadzony przez ducha Kenobiego, adept Jedi jednym, płynnym ruchem zerwał mocowania podtrzymujące bramę, a ta opadła z hukiem na ogon ledwo mieszczącego się w jaskini monstrum. Smok zawył przeraźliwie z bólu, miotając się we wszystkie kierunki i niszcząc wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu jego łap. Po chwili jednak zdołał uwolnić się z potrzasku i rychle pochwycił Skywalkera, którego potem zbliżył do paszczy, próbując ostatecznie rozprawić się z ofiarą. Luke jednak nie zamierzał się poddać; ręce miał wolne, a miecz leżał nieopodal. Przyciągnąwszy go więc, rozpalił zielone ostrze, przeszywając na wylot gardło stwora, który po chwili padł na ziemię, wydając swoje ostatnie tchnienie.

Wyzywam cię! – wrzasnął Luke, wymierzając miecz w kierunku przypatrującego się walce wodza. - Wojownik na wojownika! …Walczymy o życie.

- Wiedziałem, że masz w sobie coś z Anakina. – rzucił Tusken, uśmiechając się. – Przyjmuję wyzwanie…

To mówiąc, rozpalił ostrze swojego miecza, i roztrzaskawszy kratę, wskoczył do wnętrza jamy.

- Twój ojciec mnie nienawidził, wiesz? – wysapał. – Nienawidził nas wszystkich, mordował moich ludzi! Teraz nareszcie… zemszczę się!

- Raczej podzielisz ich los. – odparł Luke, rozpoczynając ofensywę.

Starcie zaczęło się na dobre. Dwie zielone klingi raz po raz uderzały o siebie, świszcząc i sycząc niczym kąsające węże. Skywalker wciąż odstawał od swojego przeciwnika, zarówno w precyzji, jak i sile. Czym więcej jednak upadał, tym bardziej jego oddech przyspieszał; czym więcej siniaków nabywał, tym bardziej mroczne zdawało się jego oblicze. Czuł, jak przeciwnik z niego drwi, jak go znieważa i poniża, a czym dłużej pozostawał przy życiu, tym bardziej Luke pragnął jego śmierci.

- Tak podobny do ojca… - westchnął wódz. – Ale to już koniec tej historii.

Gdy wypowiedział te słowa, podłoże pod stopami Skywalkera zanikło, a jego gardło zaczął okalać duszący uścisk. Każda sekunda bólu podjudzała jednak mrok, który teraz wypełniał go bardziej niż kiedykolwiek. Tracił dech, a jego oczy rozjarzyły się żółcią. Wypełniony nienawiścią wrzask po chwili rozległ się, kalecząc uszy obserwujących starcie Tuskenów, a ręka ich przywódcy opadła na piach po kontakcie z pochwyconym przez chłopaka mieczem. Po chwili stał już nad okaleczonym przeciwnikiem, dysząc jak łowca po zakończonym polowaniu. Nienawiść wraz z każdym oddechem opuszczała jego ciało; coraz bardziej wstydził się też, że tak łatwo pozwolił pochłonąć się mroku.

- Dalej! Zabij mnie! – wykrzyknął zhańbiony Tusken. – Zrób to, do czego zostałeś stworzony… zabij mnie, już!

Skywalker jednak opamiętał się. Spojrzawszy po raz ostatni na poległego wodza, wyskoczył przez wyłamaną kratę, a plemię przepuściło go. A’Sharad Hett, były już władca piaszczystych ziem Tatooine, mógł tylko patrzeć, jak potęga, która stworzył, upada. Wśród Ludzi Pustyni prędko rozeszła się wieść o klęsce i hańbie, a ci opuścili go. Skazany był teraz na tułaczkę i kalectwo – los, jaki ściągnęła nań ciemna strona…

Border

Jakiś czas później, Coruscant

Blask hologramu gwałtownie przerwał półmrok, w jakim dotychczas pogrążona była sala tronowa, a jaskrawoniebieskie promienie z niezwykłą dokładnością oddały kształt sylwetki bladej karnacji oficera. Jegomość przyodziany był w śnieżnobiały, miejscami połyskujący mundur, dumnie zdobiony na piersi przez imperialne insygnia, po jego plecach zaś opadała równie elegancka co uniform peleryna, w dodatkowy sposób podkreślająca jego wysoką rangę. Głowę oficera zdobiły przystrzyżone włosy w kolorze blond, który miejscami popadał w siwiznę, co połowicznie spowodowane było wiekiem, z drugiej strony zaś presją, pod jaką ten człowiek nieprzerwanie się znajdował. Dyrektor Orson Callan Krennic przed piętnastoma laty otrzymał bowiem zadanie nadzoru budowy tajemnej superbroni od samego Imperatora i misję tę wypełniał przez ten czas bardzo sumiennie, acz nie bez komplikacji i opóźnień - te wydarzały się bynajmniej nie rzadko. Nareszcie jednak praca setek inżynierów i setek tysięcy robotników, którzy znajdowali się pod jego dozorem, wydała oczekiwany owoc, a celem transmisji nadawanej przez dyrektora z odległego względem stolicy galaktyki Scarif było poinformowanie jego pana o sukcesie. Mimo to nawet w tak wielkopomnej chwili, która pozornie miała przynieść mu spełnienie, odczuwał niepokój. Stacja Bojowa była istotnie największym spośród dzieł jego życia, jednakże w głębi duszy podejrzewał, iż nie przyniesie mu ono długotrwałych względów u Imperatora, który nigdy specjalnie nie nagradzał za pomyślne wykonywanie swoich rozkazów, jednocześnie surowo karząc za wszelkie błędy i niesubordynację. Ponadto przez ostatnie półtorej dekady Krennic przyzwyczaił się do posiadania kontroli nad najstraszliwszą bronią w arsenale Imperium i do przywilejów, jakimi z tego tytułu dysponował, teraz zaś mógł je dość szybko utracić, skoro też wykonał powierzone mu zadanie i jego dalsze dowodzenie stacją przestawało być uzasadnione. Ostatecznie jednak zdecydował się nie wystawiać na dalszą próbę cierpliwości z natury niecierpliwego Imperatora i przełknąwszy nerwowo ślinę podjął:

- Ekscelencjo... z radością informuję, iż budowę Stacji Orbitalnej GS-1 można uznać za zakończoną.

- Dobrze się spisałeś, dyrektorze. – wybrzmiał dochodzący z głębi sali głos, którego właściciel dopiero po dłuższej chwili uniósł się z tronu i z wolna okrążając hologram kontynuował. – Liczę, iż siły naszego wywiadu zlokalizowały już kryjówkę buntowników.

- Przykro mi, panie, ale poszukiwania wciąż trwają. – odrzekł Krennic, powtórnie przełykając ślinę, jakoby bał sie, że może robić to po raz ostatni w swym życiu. – Otrzymaliśmy niedawno sygnał od jednostki wojskowej na planecie Tatooine, w Zewnętrznych Rubieżach. Ponoć widziano nieoznakowany, przypuszczalnie należący do rebeliantów frachtowiec, który odlatywał z portu lotniczego Mos Eisley. Nie jest wykluczone, że kierował się w to samo miejsce, gdzie ukrywa się dowództwo ruchu oporu wraz ze znaczną częścią posiadanej przez nich floty.

- Kazaliście ich śledzić?

- Owszem, lecz niestety wymknęli się naszym myśliwcom... - to rzekłszy, zaciął się, po czym prędko dodał: - Zlokalizowaliśmy jednak niemal identyczny statek, błąkający się samotnie po sektorze Sluis. Pilota ujęto i przesłuchano - w mękach wyznał, iż miał za zadanie odebrać dwójkę Jedi z Dagobah, a także, że owo zadanie powierzył mu książę Alderaanu, Bail Prestor Organa. Wysłaliśmy tam nasze siły, lecz rodzina królewska zdążyła opuścić planetę do czasu dotarcia wojsk. Sprawą Dagobah zajmuje się Inkwizycja.

- Wasz więzień wyznał, dokąd miał przewieźć tych „Jedi”?

- Pomimo tortur, milczy w tej sprawie jak grób.

- Każ zatem zebrać flotę nad Scarif i oczekuj mojego przybycia. - rozkazał Imperator. - Osobiście zjawię się na Stacji, by wydrzeć z niego informację o lokalizacji bazy rebeliantów, a następnie z ulgą popatrzę, jak ostatnia nadzieja buntowników płonie, po czym zmienia się w pył i proch...

Nim choćby dyrektor spróbował zaprotestować, Skywalker zgasił go jednym, gniewnym spojrzeniem, a w jego dłoniach zaiskrzyły błyskawice.

- Rozkazy są jasne? - warknął.

- Naturalnie, mój panie. - odparł Krennic, spuszczając głowę.

- Dobrze, a zatem wykonać! - rzucił Sith, przerywając transmisję. – Straż! Wyjść. – nakazał po chwili.

Gwardziści ledwie opuścili przestronną salę tronową, gdy z ciała Vadera raz jeszcze uleciał ciemny dym, zadając mu tym samym niewyobrażalny ból. Skywalker jednakże na przestrzeni lat przyzwyczaił się do doznawanego uczucia i skrzywiwszy jedynie nieco kark, spojrzał prosto w oczy formującej się przed jego obliczem istoty.

- Czego chcesz Plagueisie? – spytał, gdy zjawa w całości wyłoniła się już z mroku.

- Pragnę cię ostrzec…

- Ostrzec mnie? Przed czym?

- Przed tobą samym! – syknął Muun. – Przed biernością, która kiełkuje w tobie tak długo, że przeistacza się w słabość; przed wiarą w potęgę technologii, gdy jedyną prawdziwie liczącą się siłą jest ciemna strona Mocy. Posiadasz potencjał, lecz nie wykorzystujesz go w pełni, sądząc, iż nic w galaktyce nie jest w stanie rzucić ci wyzwania, a to sprawia, że mimo niezwykle silnego zespojenia z Mocą słabniesz. Wszak to już nie pierwszy raz, gdy mówię ci, że moce, które odebrały życie Kenobiemu i Sidiousowi, nie należały do mnie. To starożytne techniki używane przez lordów Sithów żyjących tysiące lat wcześniej; techniki, których sam nie potrafiłem opanować, lecz ku własnemu zdziwieniu byłem w stanie wyzwolić je w tobie. Nie jesteś zwykłym człowiekiem, Darthcie Vaderze - Moc namaściła cię i predestynowała do bycia wykonawcą jej woli. Dla Jedi zapewne byłby to nie lada zaszczyt, lecz my, Sithowie, posiadamy ambicję – dążymy do osiągnięcia czegoś więcej niż statusu narzędzia, bowiem nawet najlepsze narzędzie po pewnym czasie zużywa się, a wówczas rozsądnym byłoby pozbycie się go i zastąpienie lepszym. Tak właśnie postępuje Moc z istotami, które stwarza – gdy ich przydatność wyczerpuje się, zsyła nań śmierć. Jedynym wyjściem dla jednostki zostaje poddanie się jej woli lub… próba buntu. Próbę tę sam przed laty podjąłem, niestety okazała się tylko połowicznie udana. Prowadziłem eksperymenty na istotach żywych, usiłowałem wpłynąć na midichloriany w chwili ich obumierania, by na nowo tchnąć w nie życiodajną siłę, a nawet doprowadzić do ich pomnożenia. Wyniki badań okazywały się jednak niezadowalające, a widmo śmierci goniło mnie z dnia na dzień. W swoich ostatnich miesiącach dokonałem jednak istotnego odkrycia – okazało się, że fragmenty niezłożonej z materii jaźni można transferować pomiędzy tkankami. Własnego zgonu nie byłem w stanie uniknąć, lecz zdołałem zachować resztki świadomości, która w chwili śmierci mojego ciała przeniknęła z niego w tę żywą powłokę, która znajdowała się najbliżej – w powłokę Sidiousa. Tam przez ponad półtorej dekady sączyłem swój jad niczym pasożyt, podświadomie manipulując jego działaniami i skupiając zainteresowanie Palpatine’a wokół… twojej osoby. Gdy jeszcze nazywałeś się Anakinem Skywalkerem, wielu powtarzało ci, że zostałeś wybrany przez Moc do służenia jej. To prawda, lecz przeznaczenie być może da się oszukać. Przed milleniami w zakonie Sithów powstała legenda o Sith’ari – tym, który ostatecznie zapanuje nad śmiercią i w którego osobie odrodzi się upadły, podporządkowany skostniałej doktrynie Bane’a zakon. Cóż, jeśli mam rację i to ciebie dotyczyła przepowiednia, być może wkrótce to Moc stanie się zaledwie narzędziem w rękach niedoszłych sług, które stworzyła…

- Nie rozumiem w pełni twych słów, gdzie w nich przestroga? – spytał Vader. –   Mamisz mnie wizjami rzeczy niedostępnych, przez co sprawiasz, że w moim sercu ponownie rodzi się niepokój. Miałbym zapanować nad śmiercią? Nie masz pojęcia, jak bardzo kiedyś tego pragnąłem, lecz z biegiem czasu pojąłem, że są pewne siły, nad którymi władza jest poza naszym zasięgiem.

- Gdyby tak było, nie stałbym tu teraz – odrzekł Plagueis, uśmiechając się pod nosem. – Przestroga miała dotyczyć właśnie twych sił, których przez swą bierność nie zdołałeś dotąd okiełznać, a które wkrótce będziesz musiał wykorzystać, albo też poniesiesz klęskę. Nadchodzi chwila próby – niebawem rozgorzeje walka o władzę, którą przed laty zdobyłeś, a jeśli zechcesz ją zachować, będzie to wymagało poświęcenia. Wybudowałeś broń zdolną niszczyć światy, lecz czy wiesz, że niegdyś lordowie Sithów byli w stanie robić to używając nie technologii, a własnej nieograniczonej potęgi? I ty będziesz musiał posiąść tę umiejętność, jeśli jak ja przed laty pragniesz pokonać śmierć.

- Jaki dokładnie jest twój plan?

Spod płaszcza okrywającego smolistoczaną sylwetkę Muuna wydobył się cichy śmiech. Ziarno, które zasiewał przez ostatnie szesnaście lat, wydało nareszcie plon, teraz pozostawało mu rozpocząć żniwa.

- Z pewnością pamiętasz wymiar, który ujrzałeś w trakcie oglądanych wielokrotnie projekcji Mocy. On również nie jest jedynie wytworem twojej wyobraźni. Gdy zorientowałem się, że życie wieczne, jakie mógłbym osiągnąć dzięki swym eksperymentom z midichlorianami przypomina bardziej ponurą hibernację, aniżeli doczesność ze wszystkimi jej urokami, na powrót zacząłem studiować zgromadzone w mych włościach holokrony Sithów, wierząc, że w nich znajdę choć cień wskazówki, która doprowadziłaby mnie do ostatecznego i pełnego zwycięstwa nad śmiercią. Nie myliłem się. Wrót do wymiaru znanego jako świat między światami szukało już wielu starożytnych lordów, bowiem według legendy spaja on zarówno czas jak i materię, a tego, kto by się w nim znalazł, miałaby czekać absolutna władza nad oboma. Po latach jednak, wskutek niezliczonych serii daremnych ekspedycji i przeczesywania planet od ich skorupy aż po jądro, o świecie między światami zapomniano, sądząc, iż jest to zaledwie wymysł. Ja jednak czułem, że wymiar istnieje, a ambicja zmusiła mnie do wszczęcia własnych poszukiwań. Niestety, niedługo po tym, jak je rozpocząłem, Sidious postanowił pozbyć się mnie na zawsze. Gdy mój duch przeniósł się do jego ciała, zrozumiałem, że najwidoczniej taka była wola mroku – wymiar musi zostać odnaleziony przez Sith’ari, moją rolą jest jedynie naprowadzenie go na jego trop. Rolę tę zatem wypełnię, a gdy już zatriumfujesz jako wieczny, nieśmiertelny i niezwyciężony władca wszechświata, będę mógł odejść w spokoju, wiedząc, że Wielki Plan ostatecznie został wykonany…

- Za długo przebywałem wśród Sithów- podjął Skywalker – i za długo samemu jestem jednym z nich, by nie wiedzieć, że dbają oni wyłącznie o własny interes. Czego więc pragniesz w zamian, Plagueisie, co masz nadzieję osiągnąć z chwilą mego triumfu? – tu na chwilę przerwał. – I czym jest próba, o której mówisz? Masz wgląd w przyszłe wydarzenia, jednak albo są to jedynie rozmyte wizje, albo ukryłeś przede mną pewne fakty. Mów zatem, jeśli tylko wiesz: czego wkrótce będę musiał dowieść i przed kim, co poświęcić, by zachować władzę, skoro poza nią nie pozostaje mi już nic?

- Och, mylisz się, twierdząc, że prócz władzy nic nie posiadasz. W pierwszych latach swych rządów rozkazałeś przeszukać najdalsze zakamarki galaktyki, by odnaleźć zaginione dzieci Padmé Amidali, jak się okazało - bez skutku. Niedługo jednak cywilizacja ujrzy je w świetle chwały, co prawda nie u twego boku jak chciałeś, tylko w umocnionych szeregach rebelii, na której czele ostatecznie staną. Już wkrótce je spotkasz, a kiedy to się stanie, wyciągną rękę po twą władzę i po raz kolejny będziesz musiał wybierać – to rzekłszy zjawa na chwilę umilkła po czym ponownie zabrała głos, w tonie którego było czuć tajemniczość, ale i krztę ironi: - A co do moich interesów, to cóż, wystarczy mi, że gdy już wybierzesz właściwie, ja będę mógł oglądać dalszy bieg wydarzeń, a wierz mi, będzie to widowisko iście rozkoszne dla oczu. Wybieraj zatem mądrze, Sith’ari – sięgnij po to, co przetrwa, a unicestwij to, co z biegiem czasu i tak uległoby unicestwieniu…

Zakończywszy monolog, Plagueis zniknął, ponownie jednocząc się z ciałem Vadera i po raz drugi, ostatni tego dnia paraliżując je na kilka długich sekund w bólu. Sith otrząsnął się i na moment zamyślił. Wiedział, że zjawa mówiła prawdę, przynajmniej w kwestii zaginionych bliźniąt, a skoro ostatecznie zostały wyszkolone na Jedi, najpewniej w istocie spróbują go obalić, stanąwszy po stronie ruchu oporu. Rozmyślania niebawem przerwała jednak wiadomość z hangaru – prom był już gotowy i oczekiwał go. Imperator powoli wstał, po czym podążył w kierunku drzwi swej sali tronowej, a jego długa czarno-purpurowa peleryna pociągnęła się za jego sylwetką. Kierunkiem lotu był jego osobisty gwiezdny niszczyciel, którego trasa z kolei wiodła wprost na Scarif. Zamierzał dotrzymać danego Krennicowi słowa i osobiście złożyć mu wizytę na pokładzie nowo wybudowanej superbroni.