FANDOM


Kanon
kanon
Emblem Imperium

Cień Imperium: Akt II - Rozdział 2

Helska II

Jałowa, odległa, dawno zapomniana planeta. Przesiana niezliczoną ilością kanionów, skał i kamiennych gór, praktycznie brak tu jakiejkolwiek roślinności, a tym bardziej ciężko spodziewać się życia w jakiejkolwiek formie. A jednak powietrze tutaj zdawało się być świeższe, niż na milionach planet, ucywilizowanych, choć będących wciąż mocno ulesionych.
Tiell postawił pierwszy krok na twardej i smutnej powierzchni planety, czując wibracje mocy. To nie planeta była przesiąknięta brakiem balansu a coś, co tu się nagle znalazło zakłócało równowagę. To rycerzowi przysporzyło tylko okropnej myśli, przywołało wspomnienia oraz niechęć do samego siebie, a przede wszystkim własnych czynów. Coś, czego chciał się wyzbyć do końca życia, aby być spokojnym, zostało mu oddane i nakazane używania tego dalej, jednak dla satysfakcji kogoś innego, niż on. On nie chciał tego robić, chciał żyć w spokoju, zaszyć się gdzieś w odmętach galaktyki, zostać farmerem, byleby wieść spokojny cykl. On już był stracony. Zmarnował wszystkie szanse kroczenia ku marzeniom.
Człowiek, spowity brunatnym płaszczem, charakterystycznym dla użytkowników jasnej strony mocy, powoli szedł między skałami zsuwającymi się ku sobie w górę, wpuszczając jedynie wąski strumień światła generowanego przez pobliskie słońce. Przeszedł kilka kilometrów, pojazd jakim tu przyleciał zdawał się być jedynie kropką mniejszą od mrówki, a szczelina ciągle wyglądała tak samo, tworząc złudzenie krążenia ciągle w tym samym miejscu. W końcu jednak dotarł. Ogromna dziura, z jeszcze większymi rozpadlinami ujawniła się jego oczom, a w niej brama przerażająca swoją architekturą. Tiell wiedział, że dotarł do celu.
Zszedł po stromym zejściu bez większych problemów, wspomagając się mocą. Czujnie rozglądał się po całym obszarze, szukając ewentualnych patroli bądź samych przywódców i istotnych członków tajemniczej, nowej frakcji. Choć w pełni się nie przygotował do akcji, w pełni nie zbadał miejsca, to coś go ciągnęło do tej budowli... Mroczna siła, którą czuł, przyciągała go, mówiąc: Chodź... Chodź... Zaczerpnij tej wiedzy... Poznaj smak tej potęgi. On wiedział, że to złe kuszenia, ale to go uwodziło, on był za słaby, aby się temu oprzeć. Szedł, powolnie tracąc zmysły do tego źródła, które go chciało i łapało w swoje niewidzialne ręce. Nie minęło kilka minut, a on przemierzył kilkaset metrów, w końcu przekraczając bramy interesującej, chodź budzącej grozę a zarazem podziw swoją wielkością budowli.
Wewnątrz monumentu stały ogromne filary wzmacniające całą konstrukcję, przyozdobione niezliczonymi i niezrozumiałymi runami, znakami i hieroglifami. Ogromne, prowadzące w dół schody, co kilka stopni rozszerzające się wzdłuż, dając dostęp do setek drzwi, które były odnogami całego kompleksu świątynnego. Człowiek przemierzał stopień za stopniem, idąc coraz niżej, upadając duchem coraz niżej. Setki betonowych schodków były już na plecach Tiella, bowiem ten w końcu dotarł do końca, gdzie ujrzał kolejne filary będące ozdobą dla kolejnej bramy, od której moc tryskała tonami, przygniatając Jedi. Aczkolwiek on musiał tam wejść... I to zrobił. Przebił się.
Ogromna sala, przepełniona mrokiem, z rzeźbionymi kaflami jako podłogą, była miejscem do którego ostatecznie dotarł. Tiell ledwo przypominał żywego człowieka, wyglądał niemal jak świeży trup – blady, wyczerpany, zniszczony. Padł na kolana, krzycząc i chcąc zakończyć tą katorgę. Chciał już umrzeć, zjednoczyć się z mocą, być zapomniany jako zwykły człowiek. Już całkowicie zapomniał o swojej przeszłości. O Jedi. Nienawidził ich.
– Nareszcie. Ten którego wyczekiwaliśmy. Nasza największa zdobycz, największy sojusznik – wypowiedział mroczny, tajemniczy, niski i ochrypły głos przy akompaniamencie aktywowanych broni świetlnych. 9 kling momentalnie się wysunęło, tworząc jasną, karmazynową aurę w całej hali. – Podejdź tu głupcze. Zakończmy twój rytuał. Pomścijmy naszych poprzedników. W imię Ragnosa. W imię Sadowa. W imię Bane'a. W imię Sidiousa. W imię Vadera.


Hyphosis, miesiąc później

– Sir, to oficjalne wiadomości z republikańskiego HoloNetu – zaczął spokojnie kapitan imperialnej floty. – Imperium upadło nad Jakku. Prze-przegraliśmy.
Admirał Feryi siedział na biurku, widocznie załamany. Kosmita ostatnio przeżył pasmo niepowodzeń – zaginięcie istotnych wysłanników, jeden po drugim, dyskretne i ciężkie do opanowania działania niebezpiecznej frakcji, a to wydarzenie tylko utwierdziło myśl o końcu marzeń, o końcu porządku, końcu Imperium.
– Kapitanie Vasly... Ilu rzeczy ty jeszcze nie wiesz – mówił wolno spokojnym głosem, z wymuszoną mimiką oznajmującą fałszywą radość, Tokkas'si, będąc skierowanym głową w stronę kapitana. Metalowy filtr, wbudowany jako integralna część ciała admirała, przerażał młodego oficera. – To nie my przegraliśmy. To Republika zwyciężyła bitwę. Pójdziesz na mostek Liberatora i przekażesz mój rozkaz: natychmiastowy skok 12 floty w składzie 90% okrętów do układu Despardia. Ponadto deleguję pana do rozmów z moffem Dandisem w moim imieniu. Wykonać.
– Zgodnie z rozkazem, Sir.
Kapitan obrócił się prędko na obcasie buta, uprzednio salutując, aby udać się ku grodziom pomieszczenia. Admirał chwilowo zmrużył oczy na stukot, uderzających o siebie, dwóch grubych, metalowych płyt. Łza spłynęła z oka oficera, powolnie staczając się po szorstkiej, łuskowatej skórze. Nagła seria turbulencji zapoczątkowana przez skok w wir czasu i przestrzeni rozprysnęła kropelką czystej wody. Oddanie, czas i możliwości, jakie oddał w Imperium spełzły na niczym, marzenia kosmity umknęły w jednej chwili. Chwili gdy los Imperium został zapieczętowany.
Nie minęło 10 minut, a ponowna seria turbulencji dała o sobie znać na okręcie. Feryim to jednak nie poruszyło. Ciągle gapił się w ciemną, lśniącą powierzchnię podłogi. W końcu wyciągnął datapad służący jako najważniejszy, służbowy notes admirała, rozpoczynając pisanie tekstu nań. 12 flota wymagała poważnych poprawek, podzielona i pomniejszona. Tokkas'si notował wszelkie myśli nad przegrupowaniem jednostki oraz zebraniem finansów na renowacje oraz wznowienie działalności stoczniowej sektora Athin.


Mandalora

Miasto Hodar'mav. Nazwa tego przylądku pochodzi od dwóch słów z języka Mando'a – rodzimej mowy Mandalorian. Hodar oraz mav, co oznacza oszukany oraz wolny. Ma to głębokie znaczenie w historii osady, bowiem niegdyś stacjonował tu obóz, który dla zwyczajnych cywili Mandalory miał być jedynym ośrodkiem wolności przeciw uciskowi faktycznej władzy planetarnej. Fakty były inne, to miejsce nie różniło się niczym, było wręcz gorsze.
Mandalorianin, którego wizjer hełmu rumienił się na czerwono, tworząc aurę grozy u boku szlachcica o kryminalnych zapędach, które wyrzuciły go na skraj galaktycznego społeczeństwa, wszedł do kantyny, od razu zwracając na siebie uwagę większości gości. Ciemny pancerz, ozdobiony srebrnymi wstawkami zdawał się jednak nie budzić wrażeń u klientów, zapewne dzięki ubiorowi gangstera – fioletowa tunika pod bordowym płaszczem, przedzielona złotymi przeszyciami budziła jedynie chęć śmiechu wśród ludności.
Dwójka podeszła do baru, luźno opierając się o ladę. Na koszt Garvela Krilla zamówiono dwa kielichy merenzańskiego złota, które przy akompaniamencie bittańskiej muzyki, komponowanej z idealnie wydobywanych przez instrumenty dźwięków, sprawiały tylko większe uczucie majętności oraz prestiżu. Ludzie już dawno zeszli ze wzroku innych klientów. Wchodząc na skanery otoczone zielonkawą poświatą innych Mandalorian, w znacznie bardziej wyszukanej zbroi, w barwach beżu i brązu, z tuzinem kolców na górnym poszyciu hełmu.
– Krayt do centrali. Znaleźliśmy cel.

← Poprzedni • Następny →


Obok dawania możliwości tworzenia swojego własnego świata Gwiezdnych wojen celem Star Wars Fanonpedii jest gromadzenie twórczości znanej jako fanfiction. Opowiadań pisanych rozdziałami, które tworzymy od ponad trzech lat, jest już ponad 408, jednak ich liczba stale wzrasta.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.