FANDOM


Kanon
kanon
Emblem Imperium

Cień Imperium - Rozdział 4

D'jos

Kirk i Feendar stanęli przed grodzią do jednego z wielu luksusowych i naszpikowanych prestiżem do granic możliwości apartamentów Vel'kriego. Znali tego człowieka, lecz ostatni raz widzieli go lata temu. Stary znajomy otworzył drzwi, podejrzliwym wzrokiem ze skwaszoną miną spoglądając na dwóch Mandalorian mających założone na głowach metalowe hełmy, jakie były widoczne w praktycznie każdym miejscu w galaktyce, gdzie funkcjonował półświatek przestępczy, oczywiście nadzorowany przez Imperium.
– Powiedzcie mu, że pieprzą mnie jego groźby – powiedział zirytowany gangster, próbując zamknąć gródź.
– Garvel – Feendar ściągnął hełm i przytrzymywał go ręką do boku swojego tułowia. – Masz rację, ślimak nas wynajął, ale nic nie zrobimy.
– No tak, czekałem na was, wejdźcie.
Mandalorianie weszli do sporego pomieszczenia, które było totalnie zaniedbane, niemal wszędzie walały się butelki po drogich alkoholach oraz gdzieniegdzie damska, a nawet męska bielizna. Sam Vel'kri również nie wyglądał zbyt dobrze – rozczochrane włosy, zaspałe oczy, pogniecione ubrania. To nie w jego stylu.
– Hej, Garvel, co tu tak capi i... czemu tak wyglądasz – krzyknął podniosłym tonem Kirk.
– Nie twoja sprawa. Zabijcie Hutta i przynieście statuetkę Świętego Viktora albo wynoście się stąd. Nie mam czasu na gości – odparł agresywnie i ironicznie gangster.
– Co się stało? Mów – rzucił Feendar.
– A co mogło się stać? Interesy idą chujowo. Idźcie, nie mam cierpliwości.
– Garvel, ty taki nie jesteś, co się sta... – próbował spytać Vizla, lecz Vel nie dał mu dokończyć zdania.
– Wypierdalaj! Czego nie rozumiesz w tym prostym stwierdzeniu?
Mandalorianie jedynie zerknęli na siebie w równym momencie, stwierdzili, że to nie ma sensu i opuścili mieszkanie uprzednio wystawiąjąc środkowy palec jednej ręki człowiekowi Czarnego Słońca. Ten jedynie zacisnął mocno pięści, a później podszedł do niewielkiego baru w apartamencie, gdzie wziął butelkę koreliańskiej mocnej nalewając zawartość do niewielkiego kieliszka...


Mandalora

"Urkan tu niedługo będzie, Vel'kri się pozbędzie Vizli i Feendara, znajdzie też statuetkę. Ja natomiast idę szukać Ordo, pomimo sprzeciwu wszystkich..." – zanotował na skromnym metalowym urządzeniu Axer Maveric. Zaśmiał się, wiedział, że to nie będzie łatwe spotkanie, szczególnie emocjonalnie. Casian żywił do niego ogromną nienawiść, o czym Maveric doskonale wiedział. Był zabójcą jego rodziców.
Informatorzy byłego buntownika już wysłali wiadomość – cel był na Mandalorze, w kantynie na północy miasteczka Herfare, mało znanego, choć często odwiedzanego przez podrzędnych najemników i łowców nagród.
Casian po wejściu do budynku musiał przejść przez zaniedbany korytarz, brudny i zakurzony, w którym leżało kilka śpiących pijaczków, aż dotarł do grodzi prowadzących wprost do kantyny. Tuż po pojawieniu się we właściwym pomieszczeniu rozglądnął się na lewo i na prawo, po czym usiadł na stary, lekko pordzewiałym hokerze. Mimo fatalnych warunków kantyna była pełna – serwowano tam najlepsze drinki i potrawy, łatwo było znaleźć robotę oraz łatwo było znaleźć wszelkiego towarzysza do różnych zajęć.
– Merezańskiego – rzekł znużony Ordo.
– Na bogato, jak zawsze – odparł wesoło, jednak bez uśmiechu barman wycierający kieliszek. Człowiek ten dużo przeżył, miał sporą wiedzą, a wylądował tu. Pozornie nudne miejsce, gdzie zarabia się grosze, a jednak zarabia się tu mnóstwo, o czym świadczy chociażby posiadanie merezańskiego złota, a także ciągle spotyka się nowe, barwne twarze.
– Się zarabia, się wydaje.
Mandalorianin dostał zamówienie. Zdjął hełm, który położył na blacie i zabrał się do picia – zrobił to szybko, po czym kieliszek mocno położył na ladę. Głośno stuknęło.
– Casian Ordo! Cóż za niespodzianka, tak niedawno się spotkaliśmy i już się to znowu dzieje – zaśmiał się podle Maveric po znalezieniu celu.
– Nie dość ci tego co zrobiłeś? – odrzekł Ordo.
– Zostałeś ty – zbir wyciągnął powolnym ruchem pistolet z kabury, wycelował w głowę Casiana.
– Strzelisz w takim tłumie? Wszyscy się na ciebie gapią, na zewnątrz już chodzą imperialne patrole.
Ten się jedynie zaśmiał opuszczając rękę z bronią w dół. Odwrócił się idąc do wyjścia. Będąc na ulicy miasteczka szedł skierowany na miejsce, gdzie przebywał jego myśliwiec, po drodze jednak na konsolce wczepionej w część pancerza nad nadgarstkiej wpisał kod, następnie wciskająć inny przycisk. Kantyna wybuchła za jego plecami.


Despardia, 13 godzin temu

Ciemna ulica, Imperium już go szukało, ucieczka była ledwo możliwa, wszędzie chodzili szturmowcy, TIE przeskakiwały między chmurami. Mógł to zrobić w inny sposób, mógł się nie narażać na tak wysokie ryzyko śmierci. Ciągle biegł do punktu ucieczki, czekał tam na niego statek, którym szybko mógłby się zmyć. Tiell już miał prawie wszystko czego potrzebował – starożytny wibromiecz, lokalizację kryształu Ruusan. Brakowało mu jedynie statuetki pradawnego Jedi, którą niepotrzebni dłużej partnerzy niedługo dla niego zdobędą.
Została jedna uliczka do celu, ale szturmowcy się zbliżali. Ostatnia prosta, aby osiągnąć ważny kamień milowy zadania. Biegli kilkaset metrów za nim, już strzelali, ale były Jedi dotarł do maszyny. Szybko się na nią zapakował i równie szybko ją włączył. Myśliwiec zaczął unosić się w powietrzu, silniki odrzuciły go naprzód, w stronę orbity, lecz miejsce żołnierzy zastąpiły TIE, które chwilę przed skokiem w nadprzestrzeń uszkodziły silniki, co jednak nie zatrzymało procesu wejścia w prędkość nadświetlną.

← Poprzedni • Następny →
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.