FANDOM


Emblem Imperium

Cień Imperium - Rozdział 5

D'jos

Kirk Vizla i Feendar od wieżowca należącego do Czarnego Słońca maszerowali w stronę wcześniej odwiedzonego sklepu z częściami. Mieli wejść w niespodziewaną przez nich pułapkę Vel'kriego, lecz najpierw musieli zdobyć durastalową figurkę starożytnego Jedi, którą dziś nazywano statuetką Świętego Viktora. Niestety trzymał ją paskudny i gburowaty Hutt Wilan.
Dwójka Mandalorian zbliżała się do jego siedziby, po wejściu jednak zobaczyli całkowicie niespodziewany widok – ślimak był cały podziurawiony, prawdopodobnie wiązkami blastera, skrzynie w magazynie były poprzewracane. Obydwoje wyciągnęli z kabur pistolety, które mocno złapali oburącz, w tej sytuacji musieli być bardzo czujni, wszędzie mógł się czychać jakiś przeciwnik. Po wejściu do tylnego pomieszczenia dokładnie się rozglądnęli, jednak niczego nie zauważyli. Zaczęli po walących się wszędzie skrzyniach i beczkach szukać figurki.
– Znalazłeś coś? – zapytał po kilku minutach Kirk, mocno zszokowany zaistniałą sytuacją.
– Nic... Czekaj, słyszysz? – odrzekł równie zaskoczony Feendar, któremu udało się podsłuchać pobliską rozmowę. Kirk przybliżył się do wyjścia bezpośrednio z magazynu.
– Towar jest schowany w beczkach, w foliowych torebeczkach, nie jakiś zardzewiałych figurkach, imbecyle, nie za to wam płacę! Jabba ma mieć pieniądze za dwa dni, transakcja za pięć godzin, a wy przyprawy nie możecie znaleźć – krzyczał na kilku kosmitów elegancko ubrany gangster, będący kimś dość wpływowym w kartelu Huttów. Wyrwał z rąk Rodianina poszukiwany relikt, po czym cisnął nim w ziemię, co poskutkowało oderwaniem się główki od reszty. Ze środka wydobywał się jasny promień o niebieskawym odcieniu, którego jednak nikt nie zdołał zauważyć.
Nie było co tracić czasu, za chwilę mogli przyjść kolejni. Feendar odczepił od pasa granat porażający i złapał go w prawą rękę, nacisnął przycisk uruchamiający i cisnął nim w grupkę najemników. Ci nie zdążyli się obrócić, a po dwóch sekundach granat wydał z siebie dziesiątki niewielkich błyskawic, które tymczasowo (lub do końca żywota) ich sparaliżowały. Mandalorianie szybko podeszli pod leżące ciała, by zabrać połamaną figurkę, zbytnio się nie denerwowali, wiedzieli, że ważne jest to, co jest w środku a nie ona sama. Prędko zabrali ją do Vel'kriego.
– Wejdźcie – powiedział szybko Krill otwierając gródź do mieszkania jednocześnie spodziewając się gości. – Dobrze, że macie tą figurkę... Ehh, przepraszam za swoje zachowanie, wszystko idzie źle. Wy niestety też.
– Co? – zapytał z niedowierzaniem Feendar.
– Wybaczcie, to tylko formalność.
Za plecami byłych buntowników pojawiły się dwa droidy VT-100 dzierżące lekkie karabinki blasterowe MBP-5 wycelowane prosto w głowy przyjaciół z dawnych lat gangstera Czarnego Słońca. Obaj to poczuli, schylili się w tym samym momencie, lecz niestety jeden z zabójców strzelił szybciej, przebił potylicę Kirka, drugi natomiast chybił, a wiązka gazu rozbiła szybę. Feendar szybkim ruchem złapał Garvela jedną ręką za szyję, drugą zaś wyjął pistolet z kabury i przyłożył do skroni mężczyzny stając przodem do droidów. Te były inteligentne, więc nie strzelały, gdyż obliczyły wysoką możliwość śmierci pana, mimo otwartego celu.
– A teraz każ droidom zainicjować proces samozniszczenia, inaczej przebiję ci łeb – zagroził cicho pod uchem Feendar, któremu poziom adrenaliny i strachu jednocześnie skoczył jak nigdy.
– Skasować wszystkie dane, jakie posiadacie... – vigo chciał jedynie wyczyścić wszelkie informacje, programy, dane jakie droidy posiadały, by później je sprzedać lub zaprogramować ponownie.
– Samozniszczenia.
– Proces samozniszczenia, już.
Droidy się nie zawahały, wszystkie podzespoły włączyły na maksymalną możliwą moc, przez co doszło do spięcia, czego kolejną konsekwencją było przypalenie wszystkich mechanizmów i niegroźny wybuch maszyn. Feendar następnie puścił zakładnika i pchnął go na ziemię. Klęknął na ziemi, przed ciałem Kirka, sprawdził jego puls, niestety nie było szans na ratunek. Pomógł powstać Krillowi, po czym mocno uderzył go w twarz, aby stracił przytomność. Oba ciała wziął na barki i opuścił mieszkanie, aby poszukać dość pojemny na tyle osób statek. Prędko go znalazł, był na lądowisku dla maszyn na tym samym poziomie wieżowca, co apartament Garvela. Siłą otworzył właz do niego, zostawił ciała fotelach mocno przywiązane, po czym zamknął statek i uruchomił go bez klucza, lata doświadczenia miał za sobą, wiedział, jak radzić sobie w takich sytuacjach. Opuścił atmosferę planety, natychmiast próbował skontaktować się z byłym Jedi.


Hyphosis

Maxim Tiell obudził się, od razu przed jego oczyma zauważył stojącego ze splecionymi rękami za plecami tokkas'siańskiego flociarza z Imperium, a obok na metalowym stoliku artefakt, jaki ukradł. Niewiele zapamiętał... Ostatnim widokiem była flota niszczycieli i orbita planety-miasta.
– Co jest? – zapytał niewyraźne Tiell podnosząc jedną rękę do góry i łapiąc się za czoło.
– Wreszcie cię dorwałem, stary przyjacielu – zaśmiał się admirał. – Rozbiłeś się, miałeś uszkodzony silnik. Spałeś przez 10 godzin, niektórzy medycy nie dowierzali, że udało ci się przeżyć. Wydobrzej a ja tu za godzinę wrócę. – powiedział, po czym na pięcie się odwrócił z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. – A, zapomniałem dodać. Nie próbuj nawet wstawać z łóżka.
Gdy imperialny już miał przekraczać próg pomieszczenia zabrzmiał dźwięk komunikatora jakiego nosił przy sobie zawsze Tiell. Feryi ponownie się obrócił i podniósł ze stolika urządzenie odbierając połączenie.
– Urkan, Krill próbował mnie zabić. Lecę na Mandalorę... – próbował poinformować Feendar, któremu jednak przerwał nieznajomy głos.
– Urkan przeżyje, jeśli zjawisz się na superniszczycielu dryfującemu na orbicie owej planety. Dziękuję – odparł Feryi, następnie się rozłączył. – A więc to ty jesteś Urkan... Domyślałem się. Poinformuj resztę towarzyszy – dodał skierowany w stronę ledwo oddychającego Jedi kładąc komunikator na jego brzuchu. Następnie wyszedł.
Maxim próbował zgiąć nogę, jednak okropnie go to zabolało, więc odpuścił. Wiedział, że o ucieczce nie ma nawet co myśleć, jednak był zdziwiony, że trzymano go w takich warunkach – zamknięty był w pomieszczeniu z dużym łóżkiem, szafką, na której leżały różne medykamenty i stolikiem. Leżał kilka minut z zamkniętymi oczami, nie mógł jednak zasnąć. Wziął zatem komunikator do ręki, uruchomił go i wezwał Maverica do przylotu na Frectisera (próbował też zadzwonić do Vizli, jednak nie odbierał, najpewniej był z Feendarem).


Mandalora

Wokół ruin kantyny (gdzieniegdzie pozostawały jakieś niezburzone ściany) zebrały się oddziały imperialnych szturmowców oraz agentów IBB, które badały sprawę. Udało im się szybko określić przyczynę wybuchu, wokół budynku podłożono sześć ładunków wybuchowych.
Casian Ordo w przeciwieństwie do wielu innych miał wiele szczęścia – oczywiście przeżył wybuch, wytrzymały pancerz ochronił go przed większymi ranami, choć, w co niektórych miejscach zdarzał się większy siniec bądź przecięcie w skórze. Próbował zrzucić z siebie kawałki sufitu kantyny, imperialni to zauważyli, natychmiast skierowali swoje latarki w jego stronę. Kilku szturmowców pomogło mu wydostać się ze sterty odłamków, jaka leżała na jego plecach.
– Tożsamość – rzucił zimno i szybko agent Imperium do łowcy.
– Nieistotne. Pracuję dla Feryi'ego – odparł równym tonem Ordo, po czym obrócił się i poszedł w stronę StarVipera, jaki czekał na lądowisku nr. 11.
– Stój albo zostaniesz aresztowany! – krzyknął agresywnie agent. Ordo stanął.
– Casian Ordo – rzekł obracając się.
– Zawód.
– Łowca nagród.
– Żonaty?
– Nie.
– Gdzie pan mieszka?
– Co to ma do rzeczy, idioto? Wy mi powinniście opiekę medyczną załatwić. Albo mnie puścisz, albo będziesz się meldować u admirała – groźnie odparłszy dalej szedł w stronę swojego myśliwca.
– Zostajesz aresztowany za obrazę oficera na służbie! – usiłował przemówić do Ordo agent. Wszyscy wokół go ignorowali.
Mandalorianin szedł dalej, imperialny miał chęć zabicia go, powstrzymał się jednak. Po kilku minutach chodu dotarł do swojego pojazdu, zapłacił za możliwość przechowywania tutaj swojego statku i wskoczył do środka. Powolnie uruchomił myśliwiec oraz włączył komunikator dalekiego zasięgu, aby połączyć się z admirałem Feryim.
– Ordo, wyjątkowo dla ciebie odebrałem połączenie. Nie ma czasu, przybądź na Hyphosis, na Frectisera. Do zobaczenia na miejscu. – Powiedział Tokkas'si nie dając dojść do słowa pracownikowi.
Czarny StarViper począł unosić się w powietrzu, wolno acz coraz szybciej. Po opuszczeniu bloku lądowiska rozłożył skrzydła nadające wybitnej aerodynamiki i zgrabności maszynie wyprodukowanej na ojczystej planecie klanu Ordo. Obrócił się pod kątem w stronę orbity planety, w którą z ogromną prędkością się rozpędził i wyleciał poza atmosferę. Nieco jasne nocne niebo nagle zmieniło się w czarną kosmiczną pustkę przyozdobioną świecącymi daleko gwiazdami, a pod wpływem prędkości nadświetlnej przeobraziły się w szerokie niebieskie smugi.

← Poprzedni • Następny →
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.