FANDOM


Sw logo

Clone Wars Story: Oszustwo pilota

Wojny klonów trwają już od ponad roku, a Republika cały czas testuje nowe pojazdy oraz sprzęt. Na planetę Arkanis, gdzie znajduje się baza zaopatrzeniowa, Republiki dotarł właśnie najnowszy myśliwiec Headhunter (prototyp przyszłego X-winga). Najlepsi kadeci akademii mieli zaszczyt testować najnowsze maszyny, a potem latać nimi jako pierwsi na froncie i zaskakiwać przeciwnika.
Tym razem było Ich za dużo jak na pięć przysłanych maszyn. CT – 19798 zwany Eddie – został przydzielony do sterowania maszyną wraz z innym klonem, Match'em. Problem tkwił jednak w tym, że Headhunter miał miejsce tylko dla jednego pilota. Kadeci umówili się na boku na pojedynek w karty, ponieważ pasją obu była gra w Sabaka. Zwycięzca miał odbyć lot.
– I… Sabaka! Haha – zadowolony powiedział Match, kładąc karty na stole. Eddie uśmiechnął się pod nosem.
– Z czego się cieszysz towarzyszu? Ten lot to nasza życiowa szansa! Gdy tylko zobaczą moje umiejętności, oddadzą mi do dowodzenia całą eskadrę. A Ty? Jak miliony innych klonów będziesz wysyłany na bitwy, gdzie będziesz musiał robić to, co będzie kazał ci robić jakiś nieznający się na wojnie generał.
– No niestety – odpowiedział dalej niewzruszony
– To ja się już będę zbierał. Za pięć minut lot testowy – powiedziawszy to Match wstał i zorientował się, że nogę miał przykutą kajdankami do ziemi.
– Nie sądzę kolego – teraz już pewnym głosem odparł Eddie.
– Widzisz, minusem robienia interesów na boku jest to, że każdy może cię wykiwać. Każdy. Zapamiętaj to na przyszłość. Hastala vista – powiedział mężczyzna wychodząc z pomieszczenia.
– TY OSZUŚCIE! NIE HONOROWY SZCZURZE! Myślisz, że ci się to uda?! Znajdą mnie i wszystko im powiem.
– Jesteś uwięziony w stodole jakieś dwa kilometry od bazy. Swoją drogą z tą pasją… dzisiaj pierwszy raz w życiu grałem w karty – zaśmiał się. – Galaktyko, nadciągam – krzyknął gdy wychodził
– Dzień dobry Panu
– Witaj synu, imię?
Nagle zza Headhuntera wybiegł młody klon.
– Match? Stary, kopę lat!
– Ja właściwie nie jestem… – dłos zabrał kapitan, patrząc w datapada.
– Zgadza się, CT-67009 o pseudonimie Match, dawniej Kanalia.
Eddie zaśmiał się pod nosem
– A jeśli chodzi o CT-19798, zwany Eddie'm, czy on nie został nigdzie przydzielony? – zapytał podejrzliwie Eddie.
– Aha, on. W systemie był jakiś błąd. Tak naprawdę miał słabszy wynik niż został zapisany. Prawdopodobnie przegrzanie systemu – odparł kapitan.
– Ale się cieszę, że znowu się spotkaliśmy Math! Wyglądasz trochę inaczej… – Eddie zaczął szukać wymówki.
– Chłopcy do lotu! – przerwał im kapitan.
Testowanie nowych maszyn było lepsze, niż się mogło wydawać. Można było wykonywać akrobacje, strzelać w sople na górach, ale również wykonać parę nudnych pomiarów i spisać długi raport.
Testowano je na przeróżnych planetach przez parę tygodni.
Piloci testujący Headhuntery dostali nawet lepsze pokoje niż pozostali kadeci. Było widać, że Republika nie bała się sypnąć pieniążka w ten projekt.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Eddie został wicekapitanem w najnowszej eskadrze złożonej z Headhunterów. Pierwsza misja: zniszczyć krążownik separatystów wykryty blisko planety Ryloth.
Eddie wstał wcześniej rano i założył kombinezon pilota przywitał się z kapitanem i jak zwykle przy przygotowywaniu maszyn rozmawiał z Garreyem, kolegą Matha, za którego wszyscy go mieli (za Matcha oczywiście).
Wyjątkowo dobrze wychodziło mu udawanie tego klona, gdyż wcześniej wypytywał się wszystkich znajomych, co o nim wiedzieli.
– Jak myślisz, co się stało Knoxem? – spytał Garret. Eddie nie miał pojęcia, o kogo chodziło.
– Nie wiem, może przenieśli go na lotnictwo.
– Przecież on kompletnie nie potrafił latać.
– Yyyy… boisz się tej misji?
– Nie, czemu miałbym się bać?
– Nie wiem, tak pytam.
Mężczyzna z każdej rozmowy próbował wyplątać się jak najlepiej.
Gdy już wyszli z nadprzestrzeni, im oczom ukazał się gigantyczny krążownik. Rozpoczęła się bitwa. Potyczka miała miejsce już na orbicie planety. Nagle jedno z dział zniszczyło statek kapitana. A potem kolejny. Headhuntery miały jednak możliwość bombardowań, więc wystarczyło wzbić się w górę i rozpocząć zrzucanie bomb. Eskadrze udało się zniszczyć krążownik i zrzucić go do kanionu, gdzie malowniczo zasypały go kamienie.
– Czas wracać do domu – powiedział Garret
Jakiś czas po tym zdarzeniu Eddie uzyskał stopień kapitana, dowódcy eskadry. Jego drużyna została przydzielona do pomocy podczas bitwy o Umbare.
– Wszyscy za mną! – krzyknął Eddie i uformował przejście towarzyszom.
– Zestrzeliłem jednego! – uradował się Pheeb.
– A ja trzy – z dumą odparł Nines.
Nagle jeden z myśliwców wroga trafił Headhuntera Eddiego prosto w silnik, który stanął w płomieniach i spadł na statek Garreta. Oba pojazdy spadły na ziemię, a dokładniej w okopy po ostrzale.
– Atch, halo!!! Match, słyszysz mnie?!!!
– Co do…
Eddie się ocknął. Ledwie słyszał. Wszędzie huczały silniki i ledwie co widział. Jedynie kulejącego Garreta przed sobą .
– Garret, stary słuch…
Nagle klon zakaszlał od dymu.
– Musisz wiedzieć, że tak naprawdę…
W tym momencie ogromny krążownik separatystów runął pionowo o ziemię, zaraz obok nich. Zaczął walić się w ich stronę.
– Garret, jest coś, o czym musisz wiedzieć.
Rozległ się straszliwy huk. Zrujnowany statek spadł prosto w okopy. Nagle od eksplozji wszędzie w okół było widać tylko biały rozbłysk… i cisza.

Podstarzały Eddie siedział w swoim apartamencie na Akivie i patrzył, jak szturmowcy zbiorowo aresztują, zapewne rebeliantów. Nigdy wcześniej nie widział tak specyficznych ras. Chociaż wśród nich byli też ludzie. Widoki Imperium depczącego po piętach obywatelom nie były rzadkością na tej planecie, zapewne jak i w całej galaktyce. Nagle zadzwonił telefon.
Apartament Eddiego wyglądał na bardzo luksusowy i w rzeczy samej taki był. Na półce stało zdjęcie Garreta, towarzysza, który uratował mu życie. Klon odebrał telefon i zaczął rozmawiać na odległość. Odezwał się mężczyzna z zewnętrznorubieskim akcentem.
– Cześć Anntool. Co dziś dla mnie masz?
– Witaj Ed. Zobaczmy… Jakiś mężczyzna oczekuje naprawdę szybkiej podróży na Chandrillę.
– Coś jeszcze?
– Jakiś bogaty Rodianin chce lecieć do swojego klubu golfowego na Secili.
– Ciekawe…
– Jeszcze jakieś młode dziewczyny jadą na jakiś… wieczór panieński? Zapewne jakieś ze Światów Jądra. Chcą, by je zawieść i odwieść. I przygotować dużo alkoholu.
– Hmmm, to mi się podoba. Zadzwoń do nich i przekaż, że mogą przyjść za 20 minut.
Eddie uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z pokoju prosto do hangaru, gdzie stał duży luksusowy statek, a obok baner z reklamą: „Luksusowe przewozy, do 10 osób aż do Światów Jądra”. Nosił ze sobą elektropałkę na ramieniu, Akiva to niebezpieczne miejsce pełne gangsterów i agresywnych szturmowców. On jednak nie chciał zadzierać z nowym rządem, nawet jeśli niezbyt mu się podobał. Dobrze wiedział, jak to się mogło skończyć.
Klon zauważył parę chuliganów, którzy grzebali przy statku, wyciągając części.
– Hej, hej, hej! Co robicie z moim statkiem? Zostawcie go w spokoju, będzie lepiej dla was.
Obrócili się zdziwieni. Jeden z nich, kosmita z twarzą podobną do małego wilka, zaśmiał się. Inni również się nie przejęli.
– Spadaj stąd, dziadku, bo coś ci się stanie.
Eddie odwrócił się, chcąc zaalarmować policję, lecz nagle usłyszał to:
– Ty chyba jesteś klonem! Haha! Twoje miejsce nie jest przypadkiem z resztą bezosobowych takich samych dziadków na jakimś zadupiu na Wewnętrznych Rubieżach?! Nie wracaj tu więcej, twoja durna wojenka już dawno się skończyła.
Eddie ponownie uśmiechając się pod nosem wziął w dłoń elektropałkę i energicznym ruchem wyrzucił nią ciężką szklankę z piwem, którarozbiła się o głowę kosmity, obezwładniając go.
Podszedł wyżej do złodziei. Niektórzy wyciągnęli noże. On włączył swoją broń.
– Będziemy tak stać cały dzień, czy będziemy walczyć?

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.