FANDOM


Autor: Cashao
Alternatywy
alternatywy
Real
Świat rzeczywisty

Sw logo

Imperium: Nowa Generacja: Echo przeszłości cz. I

Dwadzieścia trzy lata temu, Cal-Seti


Był to słoneczny dzień, dwudziestego dziewiątego roku po bitwie o Yavin. Wojna Nowej Republiki ze Związkiem Socjalistycznych Republik Zewnętrznorubieżańskich okazała się kompletną katastrofą. Anaron Tarkin po przebiciu się z Przestrzeni Huttów rozpoczął ambitną kampanię w stronę Jądra. Świeżo powstała armia robotniczo-chłopska pod przywództwem Tarkina okazała się być poważniejszym przeciwnikiem niż zakładano. Miażdżąc po drodze każde rzucane przeciw niej zgrupowanie, posuwała się w błyskawicznym tempie w stronę stolicy. Ostatnia republikańska próba odwrócenia sytuacji doprowadziła do rzezi floty Luke’a Skywalkera pod Kuat. Panika ogarnęła najgęściej zaludnioną część Galaktyki, gdy wojska Tarkina stanęły na orbicie Coruscant. Każdy znał opowieści o odwecie plebejskiego wojska na mieszkańcach uznanych za „wyzyskawiczy”. Nawet nie strumień, a prawdziwe morze uchodźców zalało szlaki nadprzestrzenne. Uciekając w popłochu bez dużej ilości paliwa, znaczna część z nich musiała się zatrzymać w miejscach takich jak Cal-Seti, żeby uzupełnić zapasy lub zabrać stamtąd swoją własność…
Na tej planecie znajdował się pewien sierżant. Wiedział wystarczająco dużo o ostatnich wydarzeniach. Siedząc zgarbionym na murku, z nogami zwisającymi w dół, przyglądał się zbliżającemu do zachodu gwiazdy centralnej. Pomarańczowa poświata objęła sobą cały równy piaszczysty bezład, leżący za wałem obronnym bazy. Głos w głowie mówił mu, że za chwilę słońce zajdzie nie tylko nad Cal-Seti, ale też nad Nową Republiką. Z jednej strony odpowiadało to mu. Nie po to walczył całymi latami, żeby żyć w tak parszywym świecie. Łza spłynęła mu po policzku.
- Sierżancie! Sierżancie! Słyszy mnie pan?! - usłyszał czyjś zaniepokojony głos, który wyrwał go z rozmyślań.
- Tak, kapralu - odparł mu krótko, obracając się w stronę stojącego za nim żołnierza. Pozbawiona wyrazu twarz oraz znużony ton wyróżniały się z jego postawy - Czemu tak się drzesz?
- Nie odpowiadał pan na moje poprzednie słowa przez ostatnie dwie minuty i siedemnaście sekund - wojskowy spojrzał na swój zegarek.
- Zamyśliłem się tylko - podoficer mruknął pod nosem. Podkomendny nic mu nie odpowiedział - Co się stało, że przylazłeś?
Kapral wyjął zza pazuchy datapad i podał urządzenie dowódcy. Starszy stopniem spojrzał na nie bez większego zainteresowania. Pogrążony w widocznej gołym okiem apatii początkowo nie zauważył czemu się przyglądał. Wpatrując się w ten sposób przez chwilę, dopiero po minucie zorientował się co robi. Zamrugał powiekami i spojrzał znowu na urządzenie. Na ekranie znajdowała się mapa z zaznaczoną pozycją bazy oraz źródłem jakiegoś sygnału. Nie wiedział co to dokładnie jest. Podniósł głowę w górę i spojrzał pytającym wzrokiem na kaprala.
- Chłopcy odebrali prośbę o pomoc od atakowanego konwoju, który jest ponad trzydzieści kilometrów stąd.
Coś w sierżancie drgnęło gdy to usłyszał. Ktoś cierpiał w pobliżu i prawdopodobnie został osaczony przez okrutnych piratów. Czuł, że powinien pomóc temu komuś. Miał jednak wyraźne rozkazy nieopuszczania posterunku bez zezwolenia wyższych stopniem w bazie. Wiedział o nich. Przez głowę mu przeszło wspomnienie o ostatnim ochrzanie od przełożonego. Sierżant opuścił głowę i głośno wzdychnął. Czuł się znowu bezsilny i sfrustrowany. Nigdy nie mógł niczego dobrego zrobić… Na pewien czas zapanowała wyczekująca cisza. Dopiero po chwili ją przerwał zadając niepozorne pytanie.
- A gdzie Brenden?
- Porucznik znowu poszedł na panienki, sir - ktoś wtrącił się do rozmowy.
Dowódca obrócił się i wstał ze swojego miejsca. Kapralowi towarzyszył jeden z szeregowych. Na twarzy czarnowłosego podoficera pojawił się wyraz zniesmaczenia. Zastanawiało go jak jego podkomendny mógł w tak bezczelny sposób naruszyć tak wiele przepisów w jednym zdaniu. Już miał go zbesztać, gdy...
- W takim razie postanowione! - oznajmił sierżant stając nagle przed dwójką mężczyzn i obracając się przodem w ich stronę. Chwilę temu przygnębiony i zamyślony żołnierz nagle przeobraził się w tryskającą energią stanowczą osobę - Przekażcie plutonowi, że wyruszamy. Zwiadowcy na AT-RT, a piechociarze do transportera!
- Ależ trzeba poinformować dowództwo! Nie możemy sobie od tak pójść bez zezwolenia, sierżancie! - oburzył się kapral.
- Jak chcesz to melduj dowództwu. Tylko pamiętaj, że Brenden nie cierpi jak mu się przerywa „zabawę”. Za to kapitan zastrzeli ciebie dla „urozmaicenia” służby, kapralu - poklepał go po ramieniu przechodząc obok niego.
Podkomendny musiał przyznać rację sierżantowi. Ich przełożeni nie należeli oni do wybitnych jednostek, ani nie wykazywali większego zainteresowania swoimi obowiązkami. Dobrze o tym wiedział. Jednak jedną sprawą są niekompetentni dowódcy, a zupełnie inną jest łamanie podstaw regulaminu.
- Niby ma pan rację, ale…
- Ale?
- A-ale tak nie wolno… - kapral wahał się. Ciężko mu było podjąć decyzję.
- Do diabła, Georg! - wykrzyknął sierżant, którego wkurzyła wypowiedź podoficera. Nie po to czekał tyle czasu na taką okazję do uczynienia czegoś dobrego, żeby teraz ją marnować - W Galaktyce trwa wojna, ludzie giną na froncie, a my siedzimy tu i nic nie robimy od ponad roku! Gdy wreszcie nadaża się okazja, żeby zrobić coś słusznego, a obywatele Nowej Republiki leżą i cierpią tuż przed naszym nosem, to ty mi wychodzisz z jakimś “nie wolno”! Za kogo ty mnie masz?
- A-ale… regulamin... - już kapral miał ułożyć jakąś składną kontrargumentację i zaprotestować, gdy mu brutalnie przerwano w pół słowa.
- Regulamin… śmegularin… Po jaką nam cholerę to gówno, jeżeli mają przez nie ginąć cywile, a skurwiele jak Brenden opływać w fortunie?!
- Sierżant ma rację. I tak tu nic się dzieje, a pilnie potrzeba naszego wsparcia gdzie indziej, sir - wtrącił się szeregowy.
- I ty przeciwko mnie… - cicho skomentował kapral, który czuł, że przegrał dyskusję. Znał swojego bezpośredniego przełożonego już pewien czas i wiedział, że rzadko się przy czymś upierał jak teraz. Zazwyczaj tak robił gdy chodziło mu o coś co uważał za “słuszne”. Teraz jednak kłóciło się to z regulaminem. “Dobrzy żołnierze podążają za rozkazami”. Głowa mu opadła w dół.
- Idźmy! - rozkazał stanowczo sierżant robiąc parę kroków w stronę koszar. Kapral się nie ruszył. Szeregowy spojrzał na dowódcę oddziału pytająco. Widząc jednak jego zdecydowaną postawę, ruszył za nim. Najstarszy stopniem słysząc ciszę, zauważył, że jego dotychczasowy rozmówca wciąż stał w miejscu. Zatrzymał się w miejscu i obrócił do tyłu.
- Idziesz, Georg?
- Tak, Qan... - niemrawo odparł kapral dołączając do swojego dowódcy. Nogi ledwo się za nim wlokły.


Border

Cal-Seti (Nowa Republika)
Przez pustynię sunął frachtowiec przypominający kształtem i sylwetką pojazdy Trandoshan. Lecącemu kilka metrów nad ziemią statkowi towarzyszyło kilka zmodyfikowanych małych transportowców. Każdy z nich przewoził zapewne bardzo wartościowe dobra. Nikogo o tym wiedzącego nie dziwiło, że wszystkie transportery miały po jednej parze podwójnych działek. Bardziej zaskakujący był widok żołnierzy Nowej Republiki patrolujących zewnętrze pojazdu. Stojąc na specjalnych kładkach przyczepionych do boków transportowców, czuli smagającą ich burzę piaskową. Na szczęście zostali odpowiednio wyposażeni, więc nic im nie groziło. Podobnie jak oni, burzę mogli też zauważyć ludzie będący na mostku frachtowca. Panowała tam cisza okazjonalnie przerywana przez odgłosy towarzyszące piaskowi uderzającemu o szyby i poszycie.
- Czy coś widać na skanerach, pilocie? - mężczyzna w mundurze oficerskim pochylił się stojąc obok kierowcy siedzącego przy panelu kontrolnym.
- Właśnie nie, sir. Mamy zakłócenia, a rejestratory wariują po tamtym sztormie. Rano przed tym ostrzegałem - pilot krótko odparł przełożonemu pokazując pozbawione sensu odczyty ze skanerów. Wyglądał na zafrasowanego.
- Dasz radę to naprawić, pilocie?
- Nie bez zatrzymania się na dwie godziny, sir.
- Hmmm… Obawiam się, że nie będziemy mieli takiej możliwości. Będę musiał przedyskutować to z Seudem - człowiek głośno wzdychnął i odszedł od fotela, za którym siedział kierowca. Wychodziło na to, że ta misja będzie bardziej męcząca niż się spodziewał.
Dowódca obstawy obrócił się na pięcie i skierował na tyły pojazdu. Przechodząc przez serię otwierających grodzi, nie zwrócił uwagi na towarzyszący temu świst. W trakcie swojej służby zdołał przyzwyczaić się do niego i nie poświęcał mu wiele uwagi. Podobnie zwykli czynić inni w wojsku względem niego (do czego z resztą też się przyzwyczaił). Tak samo uczynili dwaj strażnicy stojący przy pewnym wejściu. Skinął lekko głową im na powitaniu i wszedł do pomieszczenia, gdy grodzie się rozstąpiły. Stojący w środku pomieszczenia stał Neimodianin rozmawiał z drugim z przedstawicieli swej rasy. Na sobie miał cienką czerwoną szatę.
- Coś się stało, poruczniku? - zapytał się wyższy z nich obracając głowę i przyglądając się dowódcy obstawy. Wyglądał na zainteresowanego, ale zarazem chłodnego.
- Nic wielkiego, panie prezesie Seud - krótko odrzekł wyprostowany żołnierz. W akademii nauczył się sztuki zwięzłego i krótkiego raportowania oraz rozmaitych gestów towarzyszących jej - Poza tym, że skanery zostały uszkodzone w trakcie poprzedniej burzy.
- I?
- I jesteśmy zdani na obserwację wizualną, która w aktualnych warunkach jest ograniczona.
- Da się je naprawić?
- Jest to możliwe, prezesie, ale będzie wymagało to conajmniej dwóch godzin postoju.
- Dwie godziny… - Nymerkun Seud głośno się zastanawiał - To trochę dużo czasu - obrócił się w stronę drugiego Neimoidianina pytając - Nie sądzisz, Pontanie?
- Owszem, ojcze. Jesteśmy mniej niż dwieście kilometrów od najbliższego posterunku. Lepiej byłoby zignorować drobne usterki techniczne, dolecieć do bazy i tam je naprawić - odpowiedział młodszy uśmiechając się z powodu własnej bystrości.
- Brawo, Pontan. Właśnie takich porad potrzebuję - Nymerkun poklepał go po ramieniu.
Dotychczas bezemocjonalny oficer uniósł brew ze zdziwienia. Cała ta “porada” była zbyt optymistyczna według niego. Jeżeli coś zdołał zapamiętać z treningu w Akademii to na pewno to, że przesadny optymizm nigdy nikomu nie mógł w niczym.
- Jakiś problem, poruczniku? - Nymerkum obrócił się w stronę oficera.
- Nie, prezesie - mężczyzna nie zamierzał się wykłócać o swoje racje. Gdyby znajdował się na misji Armii to byłyby i tak małe szanse, że spróbowałby zmieniać zdanie “góry”. Teraz jednak był pod tymczasową komendą prywatnej spółki, więc szanse na wyrażenie sprzeciwu przez niego były równe zeru.
- Chciałby pan coś może dodać? - Neimodianin wolał się upewnić, a przynajmniej tak to wyglądało.
- Nie, prezesie. Przekażę reszcie obstawy pańskie polecenia i wyjdę na zewnątrz - sucho odparł oficer, nie chcąc dłużej uczestniczyć w rozmowie. Dodał po krótkiej przerwie - Sprawdzę wtedy jak się mają wartownicy.
Prezes jedynie skinął głową, a ludzki żołnierz obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i opuścił pomieszczenie. Dalsza rozmowa z Neimodianinami mogłaby go przyprawić o mdłości, a tego ani nie chciał, ani nie potrzebował. Żwawym krokiem oddalił się, idąc w sobie znaną stronę.


Border

Minęło trochę czasu, a porucznik wreszcie wyszedł na zewnątrz. Towarzyszyła mu dwójka szeregowych pełniących obowiązki ochroniarzy. Wychodząc na zewnątrz przeszedł przez grodzie, które się przed nim rozstąpiły i rozejrzał się dookoła. Zauważył, że burza piaskowa osłabła. Jeden z wartowników go zauważył, zatrzymał się w pół kroku, obrócił głowę w jego stronę i zasalutował.
- Dzień dobry, sir - przywitał go wyprostowany na baczność kapral.
- Spocznij, żołnierzu - krótko odparł oficer. Nie miał ochoty na procedury i pogawędki - Dotarły do wszystkich z was rozkazy?
- Tak, sir - podoficer rozluźnił się - Co prawda przydałaby się przerwa…
- Nic na to nie poradzę, kapralu. Na tej trasie nie ma żadnych stacji przeładunkowych.
- Szkoda… - wzdychnął dowódca warty - To prawda, że skanery nam wciąż nie działają?
- Niestety tak. Dlatego musicie podwoić czujność. Czy zauważyliście coś niepokojącego?
- Nie, sir. Cały jest czas czysto.
- Mhm… - odparł porucznik obracając się w bok i robiąc kilka kroków stronę barierki. Odruchowo jego dłoń pomaszerowała do zapalniczki. Przypomniał sobie, że papierosów tutaj nie zapali.
- W zasadzie co my tutaj transportujemy, sir? - zapytał podoficer.
- A bo ja wiem? Pewnie jakieś dobra luksusowe czy coś bardzo drogiego. Prezes Seud inaczej by się nie fatygował, żeby wydawać na pieniądze na obstawę NR.
Dwójka żołnierzy ze sobą konwersowała w najlepsze. Obaj byli znużeni już licznymi obowiązkami, które powierzono ich plutonowi. Mimo tego nie zapomnieli, żeby w trakcie rozmowy zwracać się do siebie w formach nakazanych przez regulamin. W pewnym momencie porucznik stanął obok wejścia na pokład i zamknął oczy, zastanawiając się nad czymś…
- Poruczni-...! - wykrzyknął ktoś, gdy rozległ się dźwięk strzału z blastera.
Mężczyzna otworzył oczy. Kapral leżał przed nim, ranny w klatkę piersiową. Przez chwilę nie wiedział co się stało.
- Wezwijcie medyka! - rozkazał jednemu ze swoich ochroniarzy, który przyłożył dłoń do hełmu by uruchomić komink. Wtedy jednak jego głowę przebił na wylot pocisk blasterowy.
Oficer spojrzał w bok - w stronę, z której najpewniej padł strzał. Trzymając blaster w garści rozejrzał się po okolicy i zbliżył do barierki. Pośród drobinek unoszonych przez burzę piaskową dostrzegł jakiś niepokojący kształt na jednym z pobliskich transporterów. Nim mógł wypowiedzieć słowo, ze strony kształtu poleciały dwa strzały w jego stronę. Stojący na statku transportowym żołnierz obrócił się w stronę “zjawy”. Wtedy powietrze przeszył kolejny wystrzał i wartownik wypadł martwy z pojazdu.
- Ogłoś alarm… argh… - leżący na podłodze porucznik syknął z bólu, gdy wydał rozkaz i zaczął się czołgać w stronę grodzi. Rany kolana oraz ramienia utrudniały normalne poruszanie się.
- Niech pan pójdzie stąd, sir. Jest tu zbyt niebezpiecznie - jego ochroniarz próbował pomóc mu wstać. Oficer z trudem wstał i przeszedł na drugą stronę grodzi. Szeregowy już miał do niego dołączyć. Jednak wtedy na kładkę wskoczyła trójka postaci ubranych w brązowe mundury z maskami przeciwgazowymi i blasterami. Wystrzelili kilkanaście wystrzałów w stronę żołnierza przy grodzi, zabijając ochroniarza na miejscu. Upadając, przypadkiem nacisnął guzik, zamykający wejście.
- Frank! - wykrzyknął porucznik widzący śmierć podkomendnego. W ciągu mniej niż minuty stracił aż dwóch ludzi.
Powoli wstał i stanął na obu nogach. Lewe kolano bolało go mocno. Spojrzał na swój pasek. Przy nim miał swój przydziałowy pistolet blasterowy.
Przez chwilę zastanawiał się czy zostać tu i utrzymać tę pozycję. Na środku drzwi pojawiły się jednak ślady topienia ich w osi góra-dół. Krótka kalkulacja w głowie wystarczyła mu by dojść do wniosku, że szybciej te drzwi pękną niż posiłki tu przyjdą. Wziął więc nogi za pas, słysząc za sobą odgłos stopniowo ustępujących drzwi. W trakcie nerwowego biegu jakimś cudem udało mu się uruchomić komlink.
- Do wszystkich jednostek! Kod czerwony! Wróg jest na frachtowcu i czwartym transporterze! Mamy dwóch zabitych i jednego rannego przy tylnym wyjściu frachtowca! Zbiórka przy mojej pozycji! Powtarzam…


Border

W tym samym czasie Nymerkun Seud mógł usłyszeć stukot butów republikańskich żołnierzy i coraz głośniejsze odgłosy wystrzałów. Słyszał desperackie rozkazy porucznika dowodzącego obstawą. Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Zdecydowanie nie podobało mu się to.
W końcu odgłosy wystrzałów z oddali umilkły. Przez chwilę zapanowała cisza. Neimoidianin pomyślał wtedy, że wygrali. Jego wątpliwości zostały rozwiane, gdy usłyszał odgłosy duszenia kogoś oraz dwa wystrzały blasterowe. Grodzie się rozstąpiły, a wbiegła przez nie czwórka wrogich żołnierzy. Ostrzelali zaskoczonych szeregowych pilnujących obu Seudów, raniąc lub zabijając większość z nich. Za nimi wszedł młody czarnowłosy mężczyzna ubrany w typowe łachy przemytnicze z prostymi insygniami oficera wojsk ZSRZR. Na plecach miał plecak, pod lewą pachą trzymał maskę przeciwgazową, a w prawej dłoni trzymał szyję porucznika. Duszony dowódca obstawy wierzgał nogami w powietrzu. Prawą rękę miał odciętą, a z powodu bólu nie był w stanie skutecznie stawiać oporu.
- Nakaż się poddać reszcie obstawy! - zażądał napastnik.
- N-nie będę słuchrhał rhozkhazów khomunisthy - wycharczał porucznik.
Na twarzy wrogiego oficera pojawił się grymas niezadowolenia. Puścił duszonego rzucając go na podłogę. Nim oswobodzony mógł zareagować, komunista wyciągnął z kabury blaster. Seria trzech szybkich strzałów pozbawiła życia leżącego porucznika.
- Może wy będziecie bardziej skorzy do kooperacji? - przywódca napastników obrócił się w stronę obu Seudów i resztek ich ochrony.
- Jak śmiesz?! Kim ty w ogóle jesteś, że śmiesz wchodzić nieproszonym na mój okręt i napadać moją obstawę?! - wykrzyknął oburzony prezes. Napastnik się zaśmiał głośno.
- Masz jaja jak na Neimoidianina - gdy przestał się śmiać dodał - Jak mniemam nazywasz się Nymerkun Seud.
- Dla ciebie prezes Seud jak już - Neimoidianin twardo obstawał przy stanowczym tonie - I skąd ty mnie znasz?
- To nie twoja sprawa… - oficer zbył go żartobliwie.
Do pokoju weszła szóstka kolejnych żołnierzy ubranych w proste mundury bardziej przypominające ubiór przemytniczy niż strój wojskowy. Wraz z resztą obecnych przeciwników wycelowali swoją broń w Seuda i garstkę osób obok niego. Nymerkun domyślił się, że odzywanie się do człowieka nie ma sensu, a pozorowanie stanowczości nie działało. Dlatego milczał. Napastnik za to delektował się swoją przewagą, która wymuszała tę ciszę, którą tak łatwo zakłócał swoimi przechwałkami.
- Ale gdzie moje maniery… - kontynuował - Jestem kapitan Kyke Travius z dumnej Armii Robotniczo-Chłopskiej. Nasz oddział przyszedł tu tylko po transport twoich statków oraz życia republikańskich śmieci.
- Przypomnę jedynie, że moja korporacja jest neutralna, a obecni tutaj żołnierze NR zostali wynajęci jak najemnicy -
- Doceniam i uznaję twoją neutralność, burżuju. W ramach chlubnej tradycji pokoju między nami… - Kyke zaczął swój monolog, po czym przybliżył swą twarz do twarzy Seuda na zbyt bliski dystans - …niech twoi „najemnicy” się poddadzą.
- Kiedy? - Nymerkun zapytał wymuszonym spokojnym tonem.
- Natychmiast! Teraz! W tym oto momencie! Co myślałeś? Że za miesiąc? Masz mnie za durnia?! - niespodziewanie Travius odsunął się od Neimoidianina i wybuchł gniewem wykrzykując słowa w tempie serii karabinowej. Niemal od razu zmienił ton na poważny i stanowczy - Wydaj rozkaz swoim ludziom poddania się.
Do Nymerkuna początkowo nie docierało czego od niego żąda ten człowiek. Stał w miejscu jak słóp soli i nie reagował.
- Teraz - warknął kapitan.
Prezes nerwowo wziął od towarzyszącego mu ochroniarza komunikator. Trzęsącymi się dłońmi uruchomił urządzenie.
- Tutaj prezes Nymerkun Seud do obstawy konwoju - z trudem wycedził. Przyglądający mu się oficer spojrzał na niego i wykonał gest machnięcia dłonią znaczący tyle co „no dalej… pośpiesz się”. Biznesmen nie miał wyboru - Poddajcie się i nie stawiajcie oporu nowym przybyszom.
Ledwo Neimoidianin rozłączył się, po skończeniu wypowiedzi, a człowiek wyrwał mu komunikator i rozdeptał go obcasem o ziemię. Uniósł dłoń w górę i opuścił ją, a jego żołnierze otworzyli ogień i zastrzelili ochroniarzy obu Seudów, którzy właśnie złożyli broń. Na twarzach obu Neimoidianin pojawiło się nieskrywane przerażenie.
- Widzisz? Dobrze jest kooperować - zaśmiał się głośno Kyke Travius.
W pomieszczeniu nastała cisza, w trakcie której kapitan nucił pewną melodię pod nosem i stukał swoim butem o podłogę. Wtem statek nagle się zatrzymał i coś wstrząsnęło nim. Oficer zaklął pod nosem i wstał. Nacisnął swój komunikator i połączył się ze swoim zastępcą.
- Towarzyszu-poruczniku, minęła minuta. Co tam się u was dzieje?
- Przejęliśmy mostek. Niestety mamy problem.
- Jaki?
- Jeden reakcjonista zdołał uciec. Wysłał przedtem sygnał alarmowy do bazy Republiki i uszkodził silniki - słysząc tę wiadomość Kyke otworzył szeroko oczy.
- Znajdźcie i zabijcie tego reakcjonistę! Naprawcie silniki natychmiast!
- To trochę zajmie, towarzyszu-kapitanie…
- Skończcie narzekać i zabierzcie się do roboty - wkurzony kapitan rozłączył się nie czekając na podkomendnego. Teraz nie obchodziły go procedury prowadzenia rozmów. Nie, nie teraz. Nie w takim „parszywym momencie”.
W jego spojrzeniu była czysta irytacja. Skierował swój wzrok na Nymerkuna Seuda.
- Chciałeś mnie wykiwać?! - wrzasnął uderzając Neimoidianina w twarz.
- Nie… Ja im się kazałem poddać… - wyjąkał prezes, ocierając swój policzek i próbując wstać.
- Gówno mnie obchodzą twoje kłamstwa, burżuju - obrócił się w stronę Twi’leckiego wojownika stojącego za nim - Towarzyszu-szeregowy, procedura 37.
Słysząc tą złowieszczą nazwę, niektórzy żołnierze Związku przerazili się. Dobrze wiedzieli co to oznacza. Ci bardziej doświadczeni uśmiechnęli się i zaśmiali. Jeden z nich stwierdził, że „zaczyna się zabawa”.
Twi’lek ściągnął ze swoich pleców piłę tarczową i podszedł z nią do zaskoczonego Nymerkuna. Nacisnął guzik, uruchamiając ją. Bogacz zorientował się co to dla niego oznacza. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Tarcza ustawiona w osi pionowej wbiła się w jego brzuch. Ostrze zaczęło poruszać się w mechanicznie błyskawicznym tempie, a krew leciała na około. Seud głośno jęczał „nie! Nie!” i krzyczał z bólu. Jego cierpienie przeraziło stojącego obok Pontana, który skamieniał ze strachu.
Poważnie ranionemu Nymerkunowi przeszła przez głowę myśl, że poranna decyzja o wylocie konwoju była błędną. Powinien był wysłuchać ostrzeżeń wojskowych. Wolał jednak pójść na skróty i nie zwlekać. Gdyby tylko zatrzymał się na naprawę skanerów to przynajmniej mógłby wykryć “tych bandytów”…
Na tym się jednak nie skończyło. Kapitan strzelił w kolana Neimoidianina dziurawiąc je. Pozbawiony stabilnego oparcia padł bezwładnie w dół, prosto na piłę tarczową, która rozcięła go na pół. Jego mózg i płuca zostały posiekane na tysiące kawałeczeków.
- Ojcze! - krzyknął Pontan klękając na podłodze obok trupa. Kapitan się zaśmiał z Neimoidianina.
- Teraz już wiesz, burżuju, co spotyka tych, którzy próbują nas wykiwać - triumfalnie oznajmił oficer - A szczególnie tych, którzy próbują przechytrzyć Kyke’a Traviusa.
Pontan nie słuchał mordercy. Zamiast tego patrzył na leżącego przed nim trupa. Łzy ciekły mu z oczu. Nymerkun był nie do poznania. Wpatrując się w niego zdał sobie sprawę, że gdyby doradził mu inaczej to by się wtedy zatrzymali, mieliby naprawione skanery i byliby w stanie uniknąć wrogów, a przynajmniej wcześniej ich zauważyć. Tak jednak nie było, bo był złym doradcą. To była jego wina, że Nymerkun umarł. To była jego wina…

← Poprzedni • Następny →
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.