Opuściwszy Kyrell Casino & Resort, Palmer ustawił kurs swojego statku na Sel'van, zgodnie z zaleceniem Lishiego Keefa. Utrzymywał on bowiem, iż na planecie tej stacjonowała grupa partyzantów, wywrotowców, którym przyświecał cel dostania się na Isolar – tam, gdzie Palmer i Jolene również chcieli się znaleźć. To stamtąd podobno pochodził, i tam miał swą bazę operacji łowca nagród, o którym wprawdzie wiadomo niewiele, lecz to o nim w krótkim czasie rozniosły się plotki po całym Sektorze Guoadarr'k i niemal każda istota zachwycała się jego nieuchwytnością i profesjonalizmem.

Tarkus wyszedł z hiperprzestrzeni. Podróż na Sel'van nie zajęła dużo czasu, ponieważ owa planeta znajdowała się w tym samym sektorze, co Kyrell. Troje załogantów przebywało na mostku; nie było to tak częste zjawisko, jak mogłoby się wydawać, bowiem Jolene spędzała większość czasu w swojej własnej kajucie, Palmer zaś, mimo bycia kapitanem, również nie uczestniczył aktywnie w pilotowaniu, tak więc rola pilota i wszystkie inne role, oczywiście, nie licząc dowódcy, przypadały droidowi L4-K3. Zapewne każdy przedstawiciel którejkolwiek świadomej formy życia wynudziłby się w takich warunkach na śmierć, chyba że uparł się, by być pilotem na własnym statku, ale droid? Można rzec, że został stworzony właśnie do tego! Wykonywania żmudnych zadań i robótek, których nikt inny nie chciałby wykonywać, w dodatku przy stosunkowo niskich kosztach utrzymania, bo przecież takiemu droidowi nie trzeba zapewniać jedzenia. Wystarczy od czasu do czasu naładować akumulatory i obejdzie się nawet bez okazjonalnej kąpieli w oleju.
Na radarze pojawiły się punkty. Zaczął on migać i wydawać odgłosy. Palmer spojrzał przed siebie, za iluminator stanowiący większość frontowej ściany mostka. Dostrzegł w oddali dwa gwiezdne niszczyciele klasy Imperial, tworzące coś na wzór blokady, jednak nie na tyle ścisłej, by nic przez nią nie przeleciały. Tego się właśnie obawiał. W jego głowie zaczęły pojawiać się domysły i zwątpienia – „Może Lishi mnie okłamał? Co jeśli ci partyzanci już nie żyją”. Oddychał. Powoli, nabierał powietrza w nozdrza i wypychał je kilka sekund później; próbował zachować spokój. Nie widziało mu się oblatywać planety dookoła, technicy pracujący na pokładzie bez wątpienia wykryli już zbliżający się pojazd. Pozostało tylko czekać na połączenie.
Zbliżali się do planety i do dwóch niszczycieli ze stałą prędkością. Konfrontacja, daj Bóg jedynie słowna, była nieunikniona. Kapitan rozkazał droidowi:
– Upodobnij nasz sygnał do Imperialnego. Powinni zostawić nas wtedy w spokoju. Jeśli nas jeszcze nie wykryli...
L4-K3 wziął się do pracy i po krótkiej chwili przekalibrował sygnał nadawany przez Tarkusa.
Pikanie, dźwięk nadchodzącego połączenia.
– Ktoś próbuje się z nami połączyć – potwierdziła stojąca przy konsolecie Jolene, jakby nie było to dostatecznie oczywiste.
– Akceptuj – Palmer wydał polecenie. Mrugnął parę razy, przełknął ślinę, odchrząknął. Próbował się otrząsnąć przed nawiązaniem kontaktu z przedstawicielami floty Imperium.
Na mostku rozległ się dźwięk akceptowanego połączenia, a wraz z nim szum urządzenia komunikacyjnego. Nie pojawił się żaden hologram. Głos imperialnego technika zaczął połączenie zgodnie z procedurami:
– Tutaj gwiezdny niszczyciel Dogobog. Znaleźliście się wewnątrz blokady. Podajcie cel waszego lotu. W przypadku braku odpowiedzi, będziemy zmuszeni otworzyć ogień.
Jolene spojrzała na Palmera. Jej oczy były przepełnione nadzieją, że jej towarzysz wymyśli jakąś wymówkę. Tylko kilka zdań dzieliło ich od zostania gwiezdnym pyłem, na mężczyźnie spoczywała więc wielka odpowiedzialność. Zabrał on głos.
– Mówi kapitan Puntar Fuba. Wieziemy żywność i zaopatrzenie medyczne jednostkom na powierzchni – podał swe zamiary głosem bardziej ochrypłym niż zazwyczaj, jakby próbował wcielić się w jakąś rolę. Minął moment, nim odezwał się niszczyciel.
– Wasz przylot jest poza harmonogramem – zwrócił uwagę głos po drugiej stronie.
– Jestem prywatnym kontrahentem – odparł po chwili „Puntar Fuba”, z nadzieją, że taka wymówka przypadnie do gustu Imperialnym.
Stał on wyprostowany, z rozłączonymi nogami i rękoma splecionymi za plecami. Taka poza dodawała mu pewności siebie.
– Rozumiem. Możecie lecieć dalej.
Wszyscy członkowie załogi, oczywiście poza droidem, odechnęli z ulgą. Najcięższe mieli już za sobą, teraz wystarczyło odnaleźć partyzantów.
– Biurokracja... – westchnął Palmer. – Za Republiki w ogóle nie zwracali uwagi na takie rzeczy.
– Wysyłamy wam koordynaty lądowiska, na które macie się udać – odezwał się nagle głos z gwiezdnego niszczyciela Dogobog. Palmer i Jolene spojrzeli na siebie nawzajem porozumiewawczo. Ich twarze zdawały się wyrażać coś w stylu „say what?”.
Oczywiście, że planowali zignorować te polecenia. Tarkus przeleciał jak gdyby nigdy nic pomiędzy dwoma krążownikami Imperium i miał czystą drogę do atmosfery planety. Wszedł w nią niedługo później.
– Dobra, to co teraz? – Zygerrianka spojrzała na Palmera.
– Musimy odnaleźć partyzantów – odparł mężczyzna.
– Co? Nie mówiłeś mi nic o partyzantach. Pewnie każą nam im pomóc i nawet nie zapłacą – kobieta wyglądała na dość oburzoną tym stanem rzeczy.
– Zapewnienie transportu na Isolar będzie naszą zapłatą – uspokoił ją Palmer.
– Jak my w ogóle znajdziemy tych partyzantów, co? Pewnie się gdzieś ukrywają.
– Możemy szukać szukać sygnału, który nadają – L4-K3 wtrącił się do wymiany zdań, proponując rozwiązanie.
– Dobre, zajmij się tym – polecił mu Palmer. – Lishi musiał ich powiadomić, że się tu zjawimy.
Wtem, rozległ się kolejny dźwięk powiadamiający o nadchodzącej transmisji. Palmer odebrał osobiście.
– Tu lądowisko SV-41. Udajcie się bezpośrednio na wskazane koordynaty i podejdźcie do lądowania.
– Cholibka – mruknął pod nosem i rozłączył się. – Gdy zbliżymy się do kryjówki partyzantów, wyłączcie wszystkie funkcje statku poza silnikami.
– Dlaczego? – Jolene uniosła brew do góry.
– W najlepszym wypadku pomyślą, że się rozbiliśmy – odrzekł kapitan.
– A w najgorszym nas wytropią i zabiją – westchnęła Zygerrianka.
– Nie zaszkodzi spróbować.
I tak właśnie zrobili. L4 stał przy skanerze, obserwując, czy jakiś sygnał wyróżnia się wśród pozostałych. Partyzanci nie mogli mieć przecież imperialnego kodu, nawet jeśli ułatwiłoby to ich wykrycie. Natomiast Palmer i Jolene stali przy odpowiednich konsolach sterujących, czekając, aż Tarkus wyleci z chmur w niższe partie atmosfery.
Wyleciał. Patrząc przez iluminator dostrzegli zielony teren, który był jednak zbyt daleko, by mieć jakiekolwiek szczegóły. Zieleń wielu odcieni zlewała się więc w jeden. Zresztą, nie mieli czasu, by podziwiać widoki.
– Tu coś jest! – zauważył L4-K3.
– Świetnie, skieruj lot w tamtym kierunku.
Tarkus obrał kurs w miejsce wskazane przez droida, gdzie mieli przebywać partyzanci.
– Wylądujemy na tym jeziorze – Palmer wskazał na spory akwen pośród drzew. – Wyłączamy wszystko, teraz!
Na rozkaz wszystkie panele, procesy i funkcje statku były wyłączane, najszybciej jak się tylko dało. Ostatnie zgasły silniki, kiedy frachtowiec wylądował na tafli wody. Lądowanie można było uznać za udane. Na mostek docierał brzask słońca. Świergot ptaków i innych zwierząt tłumiony był zaś przez ściany.

Na klifowym brzegu stał młody mężczyzna, mający na oko nie więcej niż trzydzieści lat, lecz w rzeczywistości zapewne znacznie mniej. Był o stosunkowo jasnej cerze, brązowych włosach i oczach błękitnych jak wody oceanu. Twarz jego zdobił średnio zadbany wąs, reszta natomiast była całkowicie zgolona, dosyć dokładnie i bez żadnych ran. Miał narzuconą na szare drelichy parkę w leśnym kamuflażu, spodnie zaś wpuszczone w długie buty ubrudzone błotem. Jego tułów przepasała średnich rozmiarów torba na różne szpargały – prowiant, apteczkę, lornetkę i wszystko, co mogłoby mu się w każdej chwili przydać. Trzymał w rękach niewielki karabinek blasterowy. Tego człowieka musieli wysłać partyzanci, których szukali łowcy nagród. To on miał ich odnaleźć i poznać ich zamiary. Stał więc na tej skarpie na skraju lasu i patrzył na hydrofrachtowiec, który wylądował chwilę temu. Gródź na jednej z burt, prowadząca na pokład, otworzyła się i po trapie zeszli ci, których miał powitać.
Człowiek i Zygerrianka postawili swe nogi na piasku plaży, gdzieniegdzie zarośniętym trawą, jak to nierzadko bywało w otoczeniu jezior. Niewiele później zszedł do nich również L4-K3, którego nie mogli tym razem zostawić samego na Tarkusie.
Na plaży zjawił się także partyzant. Stanął w dosyć przyjaznej pozie, trzymając broń w obu dłoniach, ale nie tak, by wkazywało to, że ma zaraz obrać pozycję bojową, gotowość do strzału. Gdyby miał blaster z przymocowanym pasem, albo chociaż sznurem, z pewnością zwyczajnie zwisałby mu on z barków.
Palmer i Jolene stanęli na przeciw partyzanta
Mężczyzna uniósł wzrok i jego oczom ukazał się dryblas, mający na oko z metr dziewięćdziesiąt, z dokładnie ogoloną glacą, której tylko brakowało, by była wypolerowana. Bynajmniej, nie był całkowicie łysy, albowiem wzdłuż szczęki aż po uszy nosił brodę, a brwi jego były całkiem grube i charakterystyczne. Nos miał zaś spory, a uszy nieco odstające. Nad lewym uchem miał natomiast blaszki, których przeznaczenie nie było do końca jasne, choć można się było domyślać, iż służyły mu jako swego rodzaju części cybernetyczne. A gdy o tych mowa, grzechem byłoby nie wspomnieć o jego prawej ręce, którą zastąpił w pełni zautomatyzowaną.
Po prawej stronie partyzanta stała zaś kobieta niższa o jakieś piętnaście centymetrów. Była Zygerrianką – to pierwsze, co rzuciło mu się w oczy. Nie był to częsty widok w tej części Galaktyki; jeszcze rzadszy był natomiast jej niecodzienny wygląd – jej włosy wydawały się dłuższe niż u większości przedstawicieli jej rasy, i nie tylko z tyłu, jej czoło zasłaniała bowiem grzywka, która kryła również wypustki przy jej odstających, kojocich uszach. Jej oczy były złote z ciemnymi, niemal czarnymi białkami, a usta średnich rozmiarów, pomalowane naturalną, czerwonobrązową szminką. Jej twarz była trójkątna, z silnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi.
Stali tak i patrzyli na siebie, w końcu partyzant odchrząknął i powiedział:
– Witam. To wy zabieracie się z nami na Isolar, prawda?
Jego głos był miły, choć trochę suchy, i miał charakterystyczny akcent.
– Tak – odrzekł Palmer z wymuszonym uśmiechem na ustach i niepewnością w głosie, kończąc chwilę milczenia.
– Doskonale, zaprowadzę was do reszty – mężczyzna się ucieszył i wykonał w tył wzrot, jak gdyby ktoś mu tak rozkazał. Nawet im się nie przedstawił – To niedaleko.
A zatem ruszyli w chaszcze, które rosły nieopodal brzegu. Szybko przerodziły się one w gęsty las, pełen paproci i różnych krzewów. Drzewa, które tam rosły, nie były zbyt wysokie i miały stosunkowo cienkie pnie pokryte mchem. Szli błotną ścieżką, wydeptaną pod samą plażę, gdzie krzaki i trawy zostały już dawno wykarczowane. Było duszno i gwarno, wszędzie szumiały liście kołyszące się na wietrze, a fauna wzajemnie sobie wtórowała: krzycząc, piszcząc, warcząc i ćwierkając. Jolene rozpięła swoją szkarłatną wiatrówkę, odsłaniając szarą podkoszulkę, która nie zdążyła zmoczyć się od potu. Pochodziła z planety o gorącym klimacie, był on jednak suchy, a nie wilgotny; poza tym przyzwyczaiła się do chłodu, jaki panował na pokładzie Tarkusa.
– Tooo... Jak się nazywasz? – spytała mężczyznę Jolene.
– Ja? Marr Cell – partyzant podał swoje imię. – A wy?
– Jolene – przedstawiła się Jolene.
– Palmer – odrzekł Palmer.
– L4-K3, droid pilot i zabójca – powiedział L4.
– Miło mi was poznać, mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracowało – stwierdził Marr z radością i pewnością w głosie.
– Ja też – westchnęła pod nosem Jolene. – Daleko jeszcze?
– Już prawie jesteśmy, z plaży do obozowiska jest jakieś trzysta metrów – człowiek odparł.
W oddali dostrzegli już grupkę istot zajmujących się swoimi sprawami, a w tle rozstawione płócienne namioty. Niektórzy z partyzantów również zauważyli zbliżającą się grupkę.
– Esteban, zobacz! – wskazał na nich palcem facet o czarnej skórze.
Mężczyźni ci pracowali właśnie nad jakimś urządzeniem mechanicznym. Wymagało ono naprawy, toteż dwaj żołnierze zostali do tego oddelegowani. Na pierwszy rzut oka szło im całkiem nieźle; wprawdzie narobili sporo bałaganu, części oraz narzędzia walały się dookoła rozkładanego metalowego stołu rzemieślniczego zamiast leżeć na nim, ale sama naprawa dobiegała już końca.
– To tu. Czujcie się jak u siebie – rzekł do najemników Marr Cell, kiedy weszli na niewielkie pole, gdzie nie rosły żadne drzewa, a ziemia była wydeptana.
Pierwszy podszedł do nich czarnoskóry mężczyzna. Chłop ten był wprawdzie niski, ale dobrze zbudowany, tego cięższego typu, gdzie nie można być do końca pewnym, czy ktoś ma kilogramy mięśni czy kilogramy tłuszczu. Miał na sobie brązową skórzaną kurtkę i koszulę pod spodem. Do pasa miał przypiętą kaburę, z której, oprócz pistoletu, wisiała doczepiona saszetka. Na widok Jolene, pierwsze, co próbował, to ucałować ją w poliki, do czego Zygerrianka podeszła raczej niechętnie, nie dając mu takiej możliwości.
– To Polycarp Pantassa – powiedział Cell chichocząc. – Jest Fertilianinem.
– To by tłumaczyło jego zachowanie – stwierdził Palmer.
Zjawił się wśród nich również człowiek o jasnośniadej cerze, podchodzącej pod pomarańcz lub brąz, który nosił na twarzy zarost i rozczochrane włosy. Skończył on reperować popsuty sprzęt.
– Esteban Dari – przedstawił się. – To was Lishi przysłał do pomocy?
– Tak – odparł łowca nagród. – Jestem Palmer.
– Jolene, do usług – powiedziała tak, jakby nie takie były jej zamiary.
– Chodźcie, zaprowadzę was do dowódcy – zaproponował Marr Cell.
Najemnicy zgodzili się. Jedynie L4-K3 został na chwilę sam, by pomóc Estebanowi i Pantassie jak tylko mógł. Marr, Palmeri i Jolene poszli zaś w kierunku namiotu, który był największy i najbardziej oddalony od wszystkich. Był on wykonany z oliwkowej tkaniny, a w jego środku tliło się wątłe niebieskie światło emitowane przez niewielkie przenośne komputery o nieznanym przeznaczeniu. Przy jednym z nich siedziała kobieta w pudermantlu, używając klawiatury wprowadzającej do wykonania niezbędnych kalkulacji. Obok niej stał zaś osobnik płci męskiej z długimi, zielonymi włosami i błękitnymi oczyma odziany w lekką, rozpiętą kurtkę, która niezapięta odsłaniała szarozielone ubranie o bardzo wysokim kołnierzu, acz takim, który nie przylegał mu bezpośrednio do szyi. Jego twarz była raczej cienka; miał niewielkie oczy i usta, cieniutkie brwi i małe nozdrza, a także bródkę z dołeczkiem.
– Kapitanie! Melduję posłusznie, że najemnicy właśnie się zjawili – oznajmił Marr Cell, odsuwając płachtę służącą jako swego rodzaju drzwi wejściowe namiotu.
Zielonowłosy mężczyzna odwrócił wzrok z przezroczystego ekranu komputera, by skierować go na podwładnego. Chwilę później zobaczył on również Jolene i Palmera, kiedy ci weszli do środka namiotu.
– Witam serdecznie – zbliżył się do łowców nagród i wyciągnął rękę w geście powitalnym, najpierw do dziewczyny, potem do faceta. – Nazywam się Stern, ale mówcie do mnie „kapitanie”. Od tego momentu odpowiadacie przede mną, zapamiętajcie sobie.
Palmer zastanawiał się, jakie ten człowiek, z którym stał oko w oko, nazywający siebie „kapitanem”, miał doświadczenie jako kapitan. Jednostka, którą dowodził nie wyglądała na tyle dużą, by dowodził nią kapitan, lecz sierżant czy ktoś mniej więcej o tej randze. Było w niej na oko kilkanaście osób. Mogło być więc po prostu tak, że gość ten miał rangę kapitana, lecz dowodził znacznie mniejszą grupą. Przecież byli to partyzanci.
Kapitan Stern odwrócił się, by wrócić do pracy. Wtem, Palmer ujrzał na jego lewym rękawie sześciokątną naszywkę z granatową insygnią.
– Jesteś Separatystą – powiedział stanowczym tonem.
– Gratuluję spostrzegawczości – na twarzy Sterna pojawił się leciutki uśmiech, kiedy zbliżył brwi minimalnie ku sobie.
Ontharczyk w ogóle nie odpowiedział. Wyszedł zwyczajnie z namiotu, a za nim również Zygerrianka.
– Palmer, co ty odwalasz? – nie potrafiła ona zrozumieć zachowania swojego towarzysza.
On zaś spojrzał na nią, zatrzymując się. Wpierw odwrócił tylko swą głowę, potem całe ciało i stał ze dwa metry od niej. Jego oczy patrzyły zdradzonym, zrezygnowanym wzrokiem. Jolene zdążyła domyślić się, o co chodzi, lecz Palmer i tak wytłumaczył:
– To są Separatyści – bardzo chciał podnieść głos, lecz bał się, że ktoś go może usłyszeć.
– No i co z tego? – dziewczyna położyła akcent na „co”. Miała głowę uniesioną w górę i oczy wpatrzone w jego.
– Co z tego... – Palmer przedrzeźniał ją. – Pamiętasz ostatni raz, jak pomagaliśmy Separatystom. Od tamtej pory praktycznie nie mieliśmy szczęścia.
– Dobra, z tym się nie zgodzę – odrzekła. Nie chciała jednak ciągnąć tego tematu, miała już bowiem gotowy argument. – Rozumiem, że możesz czuć uraz do Separatystów, tak jak ja czuję uraz do Republiki. Ale ich już nie ma! Ostały się tylko resztki.
– Resztki najbardziej wierzące w ich ideały. Zaślepieni fanatycy!
Jolene westchnęła. Wydawało jej się, że Palmera już nic nie przekona. Nie pomagał fakt, iż jej rasa w czasie Wojen Klonów wspierała Konfederację Niezależnych Systemów. Oczywiście, nie skończyło się to dla nich najlepiej, ale to i tak była przeszłość, o co jej przez cały ten czas chodziło. Konfederacja została rozwiązana, Republika przemianowana na Imperium i tak dalej.
– To jest nasza jedyna szansa, by dostać się na Isolar, prawda? – kobieta odezwała się po chwili namysłu.
Palmer jedynie pokiwał głową twierdząco.
– I ty chcesz ją zaprzepaścić, bo ci się nie podobają poglądy pracodawcy? Jesteś najemnikiem, do cholery! – Jolene podniosła głos na swojego kompana. – Żyjesz z pracowania dla innych, nieważne czy reprezentują skorumpowany rząd czy ubogich wieśniaków... Nie mów mi, że nagle zmieniłeś zdanie i już nie jesteś taki hop-siup do przodu z wybieraniem zleceń.
Jej słowa były mocne i na swój sposób inspirujące. Widać przekonały one Palmera, bo ten wydał z siebie zmęczone „ech” i odrzekł:
– W porządku, niech ci będzie. Jesteśmy najemnikami, a najemnicy nie patrzą ludziom w serce. Co nie zmienia faktu, że i tak im nie ufam.
– O to, to się ja w ogóle nie martwię. Zawsze warto mieć oczy dookoła głowy.
Marr Cell wyszedł z namiotu na plac. Poinformował:
– Dostaliśmy nowe rozkazy. Mamy pójść upolować coś do jedzenia. Zostaliście wcieleni do mojej drużyny, oczywiście nie na papierze... Ale można powiedzieć, że ja wami dowodzę.
Najemnicy spojrzeli na siebie porozumiewawczo i kiwnęli głowami. Razem z ich nowym dowódcą podeszli we troje do Estebana i Polycarpa.
– Ten wasz droid jest świetny! – powiedział ten pierwszy, gdy tylko ich ujrzał. – W ogóle nie sądziłem, że trzeba skalibrować sensory.
– Bardzo nam pomógł – dodał Fertilianin.
– Jest bardzo pomocny – odrzekł Palmer sztucznym, wymuszonym tonem głosu.
– Kapitan wysłał nas na misję – Cell zwrócił się do Estebana. – Zawołaj Karsona i wyruszamy.
– Karson! Cho no tu – krzyknął Dari.
Momentalnie, zjawił się wśród nich wysoki kosmita, prawie-człowiek o miętowej skórze i czerwonych oczach, ubrany podobnie do reszty – w ersatz prawdziwego munduru.
– Tak, sierżancie? – zapytał zdyszany.
– Wyruszamy na łowy, idziesz z nami.
– Tak jest!
Udali się w pięć osób wydeptaną ścieżką wgłąb zarośli, jedynie L4-K3 i Polycarp Pantassa zostali w obozie. Szli przez wilgotny gąszcz selwy, schodząc coraz głębiej i głębiej. Nieco ponad ziemią unosiła się leciutka mgiełka; wszędzie było parno, duszno i ciepło. Zewsząd dochodziły odgłosy cykania i ćwierkania, raz na jakiś czas zabrzęczał owad, przelatując nad ich głowami. Krajobraz był niemal całkowicie zielony, jedynie ziemia i kory drzew, choć i tak pokryte naroślami, były brązowe. Paprocie były wszędzie, duże. Drzewa zaś nie były aż tak spore, jak można było spotkać na innych dżunglowych planetach.
– Nie mogliśmy po prostu pójść nałowić trochę ryb? – zdziwił się Palmer.
– Pewnie przepłoszyliście wszystkie, lądując na jeziorze – zażartował Marr. – Potrzebujemy czegoś większego.
Szli dalej. Gorące powietrze dawało im się we znaki. Wszyscy byli spoceni, lecz żaden z nich nie czuł jeszcze zmęczenia. Każdemu z nich pot spływał po czole. Pojedyncze smugi światła, dostające się poprzez liście koron drzew, oświetlały im drogę. Gąszcz stawał się coraz gęstszy, ścieżki nie było, a ziemia jedynie ledwo widoczna przez leśne runo.
– Służyliśmy tu jeszcze za wojen klonów, wiesz? – stwierdził nagle Karson, zupełnie nieproszony. – Mieliśmy bronić tej planety za wszelką cenę. Z rok czy dwa temu, już nie pamiętam, wysłali tu klony... Wytępili prawie cały garnizon. Ostaliśmy się tylko my.
Przerwał on nagle, tak jak zaczął mówić. Po chwili znów kontynuował:
– Przysięgałem na portret hrabiego Dooku, że nie opuszczę Sel'van, dopóki nie otrzymam rozkazów. Z jednostki została nas bodaj piątka?... Schudliśmy. Większość została wzięta do niewoli lub rozstrzelana przez klony. Szczęśliwe dranie! Wolałbym dostać tibanną w łeb niż zdechnąć z wycieńczenia – splunął śliną na grunt. – Albo, odpukać, stać się kolacją jakiegoś stwora. Jakiś czas temu dostaliśmy wsparcie, pojawił się Stern ze zgrają. Mieli trochę jedzenia ze sobą, tośmy pojedli... Do tej pory wykradaliśmy sobie resztki z plecaków albo próbowaliśmy coś złowić. Nadal jest ciężko.
– Mamy na statku trochę zapasów, mogliśmy wam dać – wtrącił się Palmer. – Trzeba było powiedzieć.
– Oczywiście, jeśli lubicie paróweczki Amanamana – dodała Jolene.
– Może i burczy mi w brzuchu, ale bez przesady – Marr Cell uśmiechnął się do niej szczerze, a Zygerrianka odwdzięczyła się tym samym.
– Na czym to ja? – Karson wrócił do swego monologu. – A, na początku myślałem, że pomogą nam po prostu w walce z klonami. Ale mają niby jakieś zadanie bojowe, by wkraść się do ich fabryki czy coś takiego. Mają gdzieś niby lecieć.
Szli dalej, a po zwierzynie nie było ani śladu. Wszystko zarośnięte, że ledwo się dało przejść bez używania maczety.
– Nie możemy się za bardzo oddalać od obozu. Wszędzie mogą czaić się patrole – zauważył sierżant Marr Cell.
– Może się rozdzielmy? Łatwiej będzie coś znaleźć? – zaproponował Esteban.
– To zbyt ryzykowne – stwierdził Cell.
– Zgubimy się w tym gąszczu – wtórował Karson.
Nagle, z oddali dobiegł szmer. Coś przechodziło między krzakami.
– Szzz... – uciszyła ich Jolene, marszcząc przy brwi, by lepiej widzieć zwierzynę.
Esteban przyłożył do oczu lornetkę termowizyjną i spojrzał w tym samym kierunku, co Zygerrianka. Faktycznie, coś się tam kryło. Zwierzak ten był tłuściutki i pulchny. Jego sierść mieniła się w wątłym blasku słońca, a malutkie oczęta spoglądały w poszukiwaniu przekąski.
– Musiał się odłączyć od stada – stwierdził Dari półszeptem, żeby przypadkiem nie spłoszyć ofiary.
Odłożył lornetkę do torby, po czym dosięgnął karabinu przewieszonego za swoimi plecami i przyłożył go do swojego ciała. Patrzył przez szczerbinkę w kierunku zdobyczy, czekając na moment, w którym odda strzał. Strzelił. Czerwona wiązka przeleciała w oka mgnieniu przez las, płosząc ptaki siedzące na gałęziach, i trafiła zwierzę w głowę. Opadło ono na glebę pozbawione życia.
– Karson, przynieś łup – zwrócił się do kosmity Marr Cell.
– Rozkaz, panie sierżancie! – odpowiedział Karson i ruszył w kierunku martwego stwora.
Przedarł się on przez gęste runo, stawiając zamaszyste kroki, wręcz susy, między roślinnością. Pochylił się nad zwierzyną, próbując unieść jej tęgie ciało. Było dziwnie cicho. Jedynie wiatr szumiał ponad drzewami.
– „Będzie dużo mięska” – pomyślał.
Lecz truchło ani drgnęło.
– Za ciężki jest! – krzyknął z oddali.
Do Karsona ruszył Esteban. Kosmita zaś pochylił się raz jeszcze. Nagle, zza krzaków wyskoczył robak, rosły na około metr do półtora. Z wyglądu przypominał skarabeusza o fioletowo-brązowym chitynowym pancerzu. Karson zdążył wydać z siebie tylko przeraźliwy krzyk, nim owad go zaatakował.
– Karson!!! – krzyknął przerażony Dari.
– Strzelać! – wrzasnął Marr Cell.
Skarabeusz został potraktowany salwą z blasterów, lecz wciąż był nieugięty; strzały go tylko rozjuszyły.
– Strzelajcie dalej – krzyczał Esteban, biegnąc z powrotem do swych towarzyszy.
Żuk wtem ruszył jak z kopyta, zostawiając zmasakrowane ciało za sobą. Warczał, na tyle, na ile mógł warczeć owad; w oka mgnieniu był już przy partyzantach. Cell skupiał na nim swój ogień. Skarabeusz skoczył, niemal powalając Palmera na łopatki. Był to jednak chłop rosły, który nie dał się od tak jakiemuś robakowi. Próbował zrzucić go z siebie. Chwycił za jego malutką głowę swoją robotyczną ręką. Ten zaś wymachiwał wciąż swymi ostrymi odnóżami, próbował się wydostać. Podbiegła Jolene z nożem w ręce. Pierwsze, drugie, trzecie pchnięcie; lecz pancerz był twardy. Marr Cellowi przegrzała się spluwa. Esteban nie strzelał karabinem z tak niewielkiej odległości. Najemnicy byli zdani na siebie.
– Tnij, gdzie nie ma skorupy!! – krzyknął Dari.
– Co? – Zygerrianka nie dosłyszała kompana.
– Między płyty!
Załapała, o co chodzi. Wsadziła nóż do jednej wnęki i cięła wzdłuż linii. Skarabeusz osłabł. Palmer odrzucił go przed siebie, a ten upadł na plecach. Strzał. Drugi. Skarabeusz leżał martwy.
– Całe szczęście nie mają opancerzonego brzucha – Marr dyszał ze stresu i zmęczenia.
Spojrzeli na Karsona. Leżał ubrudzony krwią i błotem. Nie ruszał się.
– Karson... – na twarzy Marr Cella pisał się smutek i gorycz. Zacisnął powieki, rozszerzył usta. Nie spłynęły mu łzy.
Palmer i Esteban Dari podeszli zaś do zwłok. Pierwszy, by podnieść zdobycz, drugi natomiast chwycił za torbę Separatysty, dobierając się do wszystkiego, co w niej miał: apteczki, prowiantu, osprzętowania i wszystko to upychał do swojego plecaka.
– Co ty robisz? – osiłek wyraźnie zauważył kradzież.
– Biorę jego rzeczy? – Dari spytał takim tonem, jakby to, co robił, było zupełnie oczywiste.
– No i co, zostawisz go tak? – zapytał Palmer.
– Nie możemy go zabrać. Zostanie tu i zgnije. Co za różnica czy tutaj czy sześć metrów pod ziemią? – odrzekł Esteban.
Palmerowi ciarki przeszły plecami na tę myśl. „Być zjedzonym”. Karson niemal stał się obiadem dla skarabeusza, teraz ma być obiadem dla całej padlinożernej fauny! Albo przynajmniej rozłoży się, wyżerany przez robaki i bakterie. Takiego losu nie życzyłby nikomu, nawet Separatyście.
– Co ty taka miękka faja jesteś, Palmer? – Jolene szturchnęła go w ramię; metalowe, więc natychmiastowo pożałowała tej decyzji.
On tylko na nią spojrzał z politowaniem. Wziął w ręce martwe zwierzę:
– „Faktycznie ciężkie” – szepnął do siebie, po czym poszedł z nim w stronę reszty. Był teraz bardziej narażony na ataki, więc liczył, że go obronią. Był jednak nieufny, nawet w stosunku do swej wspólniczki.
Szli więc, zostawiając Karsona w tyle. W szumie liści; poprzez gęstwinę leśną dotarli na bardziej wydeptaną ścieżkę. W selwie niemal nigdy nie było ciszy. To nawet lepiej, bo kiedy robiło się cicho, w pobliżu na pewno czaił się jakiś drapieżnik. Zwierzęta, czując jego obecność, nagle milkły. Nie chciały zwrócić na siebie uwagi. To był instynkt, prymitywny rozum, który wyewoluował przez tysiąclecia, adaptując się do otoczenia, w jakim przyszło mu żyć. Istoty rozumne również posiadały ten instynkt, choć na pierwszy rzut oka nie powinny. Ale jednak, kiedy żyje się w dżungli dostatecznie długo, zaczyna się zauważać pewne wzorce, schematy, reguły, jakie tam panują. I trzeba się zaadaptować albo zginąć.

Zbliżali się już do obozu. Na przeciw wyszła im młoda dziewczyna o jasnej jak piasek plaży cerze i blond włosach zgolonych po jednej ze stron. Nosiła zaś szarobeżowy bezrękawnik i szerokie workowate spodnie wsadzone w buty. Za nią stał sam kapitan Stern, z rękoma złożonymi na krzyż. Leciutki wiatr rozwiewał jego bujną zieloną czuprynę.
– Idą tu – rzekła do niego dziewczyna.
– Zauważyłem – odparł niewzruszony Stern. – Yeleno, przygotuj kuchnię polową.
– Robi się – rzekła bardzo szybko Yelena.
Esteban, Jolene, Marr Cell i Palmer dotarli do celu.
– Co tak długo – Stern spytał ich suchym głosem, wcale ich nie powitał.
– Mieliśmy pewne... komplikacje, sir – Cell próbował wytłumaczyć. – Straciliśmy jednego żołnierza.
– Karson padł ofiarą lasu – wtrącił się Esteban.
Stern tylko zmrużył oczy i wziął głęboki wdech.
– Przenieście zdobycz do kuchni – powiedział.
– Tak jest! – krzyknął Cell. – Słyszeliście kapitana, ruchy!
Marr Cell sprawiał przy wyższym rangą wrażenie kompetentnego, chłodnego... Lecz to tylko pozory, w rzeczywistości nie był taki. W przeciwieństwie do Sterna faktycznie dbał i troszczył się o swoich żołnierzy, na tyle, na ile pozwalała mu dżungla. Śmiał się z nimi, płakał, dużo ze sobą rozmawiali. Znali swoje plany – to, co chcą zrobić, gdy opuszczą wreszcie to duszne i wilgotne piekło. Na przykład Karson chciał osiąść gdzieś na Glee Anselm, może otworzyć jakąś knajpę w nadmorskim kurorcie, ożenić się... Oby tam, gdzie trafił, było mu dobrze.
W kuchni polowej siedziały na stałe trzy istoty – dwoje ludzi i jeden Sullustanin.
– Przynieśliśmy wam kolację – powiedział do nich Marr Cell.
Palmer zaś położył zabite zwierzę na ziemi.
– Sanaa-nzuri kubwah! – powiedział Sullustanin, patrząc na złowioną sztukę.
Kuchnia polowa była stosunkowo niewielka, Składała się z kilku palników, dwóch blatów i niedużej lodówki. Wszędzie stały kosze i wiadra na jedzenie i wodę, przyprawy były schowane w skrzyni, a na stołach leżały łychy i noże.
– Wracamy na chwilę na nasz statek – Palmer zwrócił się do Marr Cella.
– W porządku, na razie i tak macie wolne – odrzekł sierżant. – Tylko wróćcie na kolację! – dodał, gdy łowcy nagród odwrócili się i ruszyli w kierunku Tarkusa.
Szli przez obozowisko. Po wydeptanym, błotnym placu, gdzie małymi kępkami rosła trawa, a tu i ówdzie walały się kamyczki, krzątali się partyzanci. Każdy wydawał się zajęty, pogrążony w powierzonym mu zadaniu. Nawet Stern, który zwyczajnie stał, w rzeczywistości miał najwięcej na głowie – pilnował porządku, czy wszystko, co zlecił, zostało wypełnione. Dbał o morale podwładnych; zajęty człowiek, jak był skupiony, nie myślał o głodzie i niebezpieczeństwach, które czyhały ledwie paręnaście metrów od obozu. W wielu miejscach stały skrzynie: z jedzeniem, które starczało na bardzo długo, bronią i amunicją, w większości jednak puste. Misja Sterna i Separatystów, którzy się z nim zjawili, dobiegała końca. W obozie brakowało za to pojazdów, które zwyczajnie nie sprawdziłyby się w tak gęstym lesie i, co gorsza, tylko zwróciłyby uwagę Imperium.
– Dokąd się wybieracie?! – kapitan zwrócił uwagę na idących placem Palmera i Jolene.
– Wracamy na statek – odrzekła Jolene.
– Uciekacie od nas? – zdziwił się Stern, na jego twarzy pojawiła się mina konsternacji.
– Nie, musimy po prostu wziąć zaopatrzenie – stwierdził Palmer.
– Tylko nie próbujcie niczego głupiego – mina Sterna dalej wydawała się niepewna. Nie był w stanie przewidzieć, do czego najemnicy byli zdolni, znał ich zaledwie kilka godzin i z całą pewnością im nie ufał.
Oni zaś minęli swojego droida.
– L4, idziesz z nami.
– Oh, stwórcy dziękować! – ucieszył się L4-K3. – Ten klimat źle działa na moje obwody.
– Nie marudź tak – zganiła go Zygerrianka. – Tak chętnie pomagałeś tym Separatystom i nagle narzekasz...
Droid jednak nie odpowiedział. Poszedł za łowcami nagród ścieżką nad jezioro. Gdy dotarli, weszli po trapie na pokład Tarkusa.
– Weź wszystko, co potrzebne. Będziemy na Isolar przez kilka dni – powiedział do towarzyszki Palmer. – Tam jest dosyć chłodno, więc weź coś ciepłego!
– „Zupełnie nie tak jak tutaj...” – powiedziała do siebie Zygerrianka cichutkim głosem.
Weszła do swojej kajuty i od razu zwróciła się w lewo, w kierunku szafy. Otworzyła ją, w sumie w środku nie było wiele ubrań, na pewno nie takich codziennych, albowiem leżały przede wszystkim na podłodze, część schludna, część wygnieciona. Szafa mieściła za to stroje na bardziej konkretne warunki – przeciwdeszczowe ponczo, jakieś długie i ciężkie peleryny z kapturem, gogle, szale...
– Znalazłam! – powiedziała do siebie Jolene i wyciągnęła ze środka ocieplaną kurtkę w kolorze szkarłatu, z jasnym futrem przyszytym do kołnierza.
Wyciągnęła też inną ciepłą kurtkę, a także pozbierała z podłogi część ubrań. Przymocowała sobie do pasa pełną kaburę, a potem sięgnęła po obszerny plecak, w który wkładała wszystko to, co mogło przydać jej się na Isolar. Gdy już skończyła, był on wypełniony niemal po brzegi. Wyszła na korytarz, gdzie czekał na nią Palmer i L4-K3 z torbą przełożoną przez ramię.
– Będziesz to ze sobą taszczyć? – spytał wspólniczkę mężczyzna.
– O co ci chodzi? – spytała dziewczyna.
– Ten plecak wygląda na ciężki. Jesteś pewna, że wzięłaś same potrzebne rzeczy?
– No ba! – Jolene parsknęła śmiechem. – Wzięłam tylko najpotrzebniejsze.
Ontharczyk tylko spojrzał na nią z litością. Wiedział, że kiedy tylko Jolene zaczynie narzekać, że jej ciężko, powinien siedzieć cicho. Jej wina, że nabrała do plecaka szpargałów.
– Jak uważasz – westchnął tylko i udał się w kierunku włazu. – Mam nadzieję, że uda nam się tu wrócić...

Jolene na Sel'van
Nadszedł wieczór, słońce powoli kryło się za horyzontem. Na granatowo-pomarańczowym niebie pojawiły się postrzępione chmury, które przykrywały czerwonego gazowego giganta. Zwierzyna leśna powoli kładła się do snu, kryjąc się po dziuplach i norach. W górę unosił się siwy dym z ogniska. Partyzanci tak ucztowali raz na jakiś czas, dziś zresztą była ku temu okazja – zjawili się wśród nich najemnicy. Wszyscy siedzieli wokół ognia, część na przewróconych pniach, a niektórzy na rozkładanych krzesłach. Jedli, co mieli – nie dla wszystkich starczyło mięsa upolowanego wcześniej zwierzęcia.
– Chciałbym coś ogłosić – Marr Cell wstał, a wszyscy wokół na niego spojrzeli. – Część z was poznała już dwoje najemników, którzy pomogą nam w ataku. Ci z was, którym nie dane było jeszcze poznać ich imienia, oto Jolene i Palmer. Palmerze, Jolene... To jest Seve Namb – mężczyzna wskazał Sullustanina. – To są Yelena Trenalli, Vivian Klothir, Zerk Lovelantes i Fifla Tora.
– Hej – powiedziała Fifla, Twi'lekanka o niebieskiej skórze.
– Ja jestem Muldoon Fuba! – powiedział Muldoon pełen entuzjazmu.
– Na czym to ja... A, to jest...
– Daruj sobie może to przedstawianie, co? – przerwał mu Stern. – Nie muszą znać imion wszystkich tutaj.
– Ale...
– Wystarczy, że znają ludzi ze swojej drużyny – uargumentował dowódca.
Palmer i Jolene wrócili do jedzenia mięsa, które sami pomogli zdobyć.
– Smakuje jak ryba – zauważył łysy.
– Jest strasznie słone – dodała Zygerrianka.
Wyglądało jednak na to, że mięso to jej całkiem odpowiadało. Gdyby nie aż nadmiar soli byłoby niezłe. Nie wybitne, ale zjadliwe. Zdecydowanie lepsze niż paróweczki Amanamana... Wzięła jeszcze parę kęsów i nic już nie zostało.
– Moge zobaczyć? – powiedział Vivian wskazując na kaburę Jolene. Ta spojrzała na niego podejrzliwie. – Przecież ci nie ukradnę – dodał.
Kobieta niechętnie wyjęła z kabury pistolet i podała siedzącemu obok mężczyźnie. Ten go dokładnie obejrzał i powiedział:
– Bryar... Dobry wybór – po czym oddał go posiadaczce.
Partyzanci siedzieli dalej przy ognisku, opowiadając sobie różne historie. Marr szturchnął koleżeńsko Palmera w ramię.
– Ej! Skąd jesteś? – spytał.
– Ja? – odrzekł mężczyzna, nieufny w stosunku do siedzących przy ognisku Separatystów.
– No, do ciebie mówię.
Polycarp Pantassa wychylił się, by posłuchać.
– Z Onthar – odparł człowiek o łysej glacy.
– Onthar, tak? – dopytał sierżant. – To tam, gdzie była ta bitwa... Znajomego starszego stażem tam wysłali jako dowódcę. To było jakoś na początku wojny, co nie?
– Nie wiem... – stwierdził Polycarp.
– Gildia Kupiecka wysłała tam kilka tysięcy jednostek. Nas, strażników, była zaledwie garstka... Próbowaliśmy stawiać opór. Było ciężko, wielu z nas padło ofiarą brzękaczy. Gubernator parokrotnie prosił Republikę o pomoc, ale nigdy nie pojawił się żaden klon, żaden Jedi...
– Bo Republika to psy! – krzyknął któryś ze słuchaczy. – W ogóle nie przejmują się Rubieżami!
– Byłem zmuszony patrzeć, jak droidy Konfederacji mordują moich przyjaciół. Ludzi, których znałem od dziecka... Gdy walka stała się bezsensowna, uciekłem.
– To... smutne – stwierdził Cell.
– Może i jesteście Separatystami... Ale chyba rozumiecie mój ból – zauważył Palmer. – „Z nimi potrafię się utożsamić. Droidy to już inna kwestia” – pomyślał.
– Ach, zrobiło się jakoś smutno – westchnęła Jolene. – Musicie sobie opowiadać te wojenne historie? Depresji można dostać! Nic tylko zbrodnie, zabójstwa, pogromy...
– Wy najemnicy też macie z tym do czynienia na co dzień – powiedział Muldoon.
– Właśnie! – dodał inny partyzant. – Po co narzekasz?
– Bo jestem zmęczona, matko... – Jolene odpowiedziała zirytwowana.
Było już ciemno. Wieczór upłynął im wszystkim na rozmowach. Palmer i Jolene poznali nieco ludzi, z którym przyszło im współpracować, a oni poznali ich. Czas miał pokazać, czy ich wspólna relacja doprowadzi do głębszej współpracy.

Lało. Deszcz, który pada w nocy zaczyna się od pojedynczych kropli wystukujących nieregularny rytm. Stopniowo narasta, a dźwięk przeistacza się w szum, okazjonalnie przerywany hukiem błyskawicy. Nocą jest strasznie zimno. Spanie w takich warunkach to męczarnia.
Jolene leżała na prawym boku zwrócona w stronę płótna namiotu, ze skulonymi nogami, przykryta cienkim kocem. Chłód oraz hałas panujący na zewnątrz nie dawał jej zasnąć. Choć była wdzięczna, że mogła spędzić tę noc wewnątrz namiotu, a nie pod gołym niebem... Nadal nie była w stanie zasnąć. Leżała tak może z pół godziny, przewracając się co jakiś czas z boku na bok. Podłoże było niewygodne. Choć przyzwyczaiła się do spania na materacu, chłód gleby, nad którą miała posłanie, ją irytował. I jeszcze to kapanie.
– Palmer, śpisz?! – szepnęła do kompana.
Nie odpowiedział. Pewnie już smacznie kimał. Całe szczęście nie zaczął chrapać, choć w tym szumie i tak niewiele by to zmieniło. Pierwsza noc na Sel'van była koszmarna. Coś jest w niespaniu we własnym łóżku, co sprawia, że zaśnięcie bywa trudniejsze. Nawet przy zamkniętych oczach, próbując liczyć shaaki, Jolene dalej nie była w stanie zapaść w sen. Nie wiedziała, czemu nie mogą z Palmerem spać na Tarkusie. Widocznie musiała znosić trudy integracji z partyzantami śpiąc razem z nimi w namiotach...
Szumiało nadal. Tąpnięcia kropel o płótno namiotu drażniły Zygerriankę coraz bardziej. Nie wytrzymała. Przewróciła swe ciało na plecy i podniosła się, odkładajac koc na bok. Włożyła na siebie pelerynę przeciwdeszczową, która akurat leżał w pobliżu. Nie był to oczywiście jej peleryna, lecz był środek nocy – nikt na pewno nie zauważy, że ktoś ją zajumał. Co najwyżej, gdy się obudzi, to zobaczy, że jest cała mokra. No cóż... Założywszy ową pelerynę, odchyliła materiał przy dziurze wejściowej i opuściła namiot. Deszcz kapał jej na kaptur, kropla po kropli czynił go bardziej mokrym; woda jednak nie wsiąkała, całe szczęście. Zygerrianka szła powoli przez błoto, brudząc sobie kozaki. Spojrzała w niebo. Było pełne gwiazd, w ogóle nie zakłócone światłem. Mimo częstych podróży kosmicznych, ten widok nigdy jej się nie znudził. Była zmęczona, lecz zdecydowała, że nie wróci do środka. Usiadła na jednym z krzeseł przy zgaszonym ognisku. Siedziała i słuchała, jak deszcz uderzał w ziemię, jak cykały owady, jak wiatr szelestał mokrymi liśćmi.