FANDOM


Autor: Mustafar29
Kanon
kanon
Real
Świat rzeczywisty
Sw logo

Ku ciemności: Epizod 05 – Mroczny Jedi

Ben oderwał się od siedzenia i po chwili stał już z włączonym mieczem świetlnym, wpatrując się w przeciwnika, który również wyglądał na gotowego do walki. Na jego podwójnym metalowym bisento widoczne były jeszcze ślady krwi zamordowanego przez momentem Nara.
— Jak ja dawno nie walczyłem z Jedi — powiedział przeciwnik, stojąc w dość dużym rozkroku i prawą nogą lekko ugiętą w kolanie. — Chyba w ogóle od czasu pamiętnego pojedynku z Yaraelem Poofem. Pewnie nie chcielibyście skończyć tak, jak on, hę?
Na te słowa Dexter Jettster rzucił się na przeciwnika, jednak nie dane mu było do niego dotrzeć, gdyż jeszcze w czasie, gdy biegł, został uniesiony za pomocą Mocy i skierowany ku bezpiecznikom na ścianie, aby następnie uderzyć centralnie w nie. Besalisk wydał z siebie donośny dźwięk bólu, który poprzedzał w miarę głośny huk na skutek zderzenia, a po chwili w całej komnacie zgasło światło, najwyraźniej z powodu zwarcia elektrycznego. Jedynym widocznym obiektem był wtedy świecący na niebiesko miecz Bena Solo, który trzymał go teraz oburącz.
— Widzisz, padawanie. Taki z ciebie Jedi… taki, który gaśnie wraz ze światłem — chłopak usłyszał głos i choć potrafił zlokalizować jego źródło, nadal nie widział absolutnie nic. — W tym mroku jesteś niegroźny. Na przykład co byś zrobił, gdybym powiedział Ci teraz, że zabiję senatora?…
Ben starał się nie wdawać w konwersację z mężczyzną, a zamiast tego przesunął się o parę kroków do tyłu, by w razie czego być bliżej komisarza Villechama. Ale jego tam nie było.
— Uważaj, gdzie leziesz, chłopcze — powiedział Tarsunt, który — na tyle, na ile słyszał Ben — najwyraźniej wstał ze swojego siedzenia. — Nie weźmiesz go w ten sposób, tu trzeba planu.
— Tu nie ma co planować — odparł Ben. — Jesteśmy na jego podwórku.
Stwierdzenie Bena nie było dalece różne od prawdy. Uahoo był bowiem na tyle wprawionym użytkownikiem ciemnej strony, że wyczuwanie lokalizacji obiektów i osób nawet w absolutnej ciemności nie stanowiło dla niego problemu.
— Au! — krzyknął Ben, gdy poczuł uderzenie pod swoim lewym kolanem. Chłopak zgiął nogę i dotknął poszkodowanego miejsca, ale nie wyczuł krwi.
Solo zaczął zdawać sobie sprawę, że Tuskenin po prostu się z nim droczył. Słyszał, jak jego metalowe bisento co jakiś czas zderzało się z podłogą, co wydawało dość charakterystyczny dźwięk, dodatkowo wzbogacony zespołem podśmiechiwań ze strony przeciwnika. Mężczyzna musiał się wiele naskakać.
— Co ty chcesz osiągnąć! — krzyknął Ben.
Chłopak nie usłyszał odpowiedzi. Zaczął się bać jeszcze bardziej niż przed momentem.
Ben stał jeszcze tak parę minut, aż w końcu ni stąd ni zowąd wielkie wrota prowadzące do komnaty otworzyły się. Zarówno Solo, jak i walczący z nim Tuskenin zostali porażeni światłem do tego stopnia, że obaj jak jeden mąż przykryli oczy swymi dłońmi.
— A! — rozległ się krótki dźwięk. Benowi stosunkowo szybko udało się przystosować do światła, a gdy otworzył oczy, zobaczył, że poniekąd odpowiada za niego Dexter Jettster.
— Leć! — krzyknął barman do Bena, podtrzymując drzwi trzema spośród czterech swoich rąk. Wszystko wskazywało na to, że w jakiś nieznany nikomu sposób odepchnął Tuskenina, tak że ten zemdlał.
— Tak! Właśnie, pospiesz się! — dodał Lanever Villecham, który trzymał dźwignię do otwierania drzwi, machając do niego. — Jak wyjdziesz, twój koleżka puści tego obskurnego chłystka i będziemy mogli wiać!
Młody Solo nie przypuszczał, że w niemalże absolutnym mroku Villechamowi i Dexterowi Jettsterowi uda się opracować aż tak skomplikowany plan. Gdy wszystko poszło tak, jak należy, Tuskenin rzeczywiście znalazł się po drugiej stronie drzwi, a wysłannicy Republiki udali się w nogi za pas.


Border

Tuskenin tymczasem leżał omdlały na ziemi. Obudził go dopiero rząd uderzeń w twarz, które ktoś zadawał mu najwyraźniej po to, aby go ocucić.
– O, w końcu! Otworzył pan oczy! — użytkownik ciemnej strony ujrzał nad sobą bezradnego Prewta, który musiał zadać sobie wiele trudu.
Tuskenin wstał i podrapał się po czole, tak że omal nie zdrapałby swojego specyficznego odzienia.
— Och, niech pan zobaczy, co te bydlaki zrobiły! Zabiły prezesa Nara i uciekły, oj! — martwił się Neimoidianin. — Uważa pan, że powinniśmy w ślad za nimi wysłać droidy?
— Nie — odparł Tuskenin. — I tak im uciekną, a z naszej fortecy się nie wydostaną. Każ swoim droidom nie ingerować, może ewentualnie niech się z nimi troszkę podroczą.
Kiedy użytkownik Mocy począł kierować swe kroki ku wyjściu, tym razem to Prewt podrapał się po głowie.
— Zaraz, zaraz! — powiedział. — Dlaczego pan myśli, że może rozkazywać moim droidom? Straciliśmy prezesa, my… ekhem…
Na skutek jakiejś niewidzialnej siły admirał zaczął się dusić, toteż złapał się za gardło, a po chwili wyczerpany uklęknął.
— Prezes nie żyje — powiedział mu duszący go Tuskenin.
— Niech żyje prezes — odparł Prewt.

← Poprzedni • Następny →


Obok dawania możliwości tworzenia swojego własnego świata Gwiezdnych wojen celem Star Wars Fanonpedii jest gromadzenie twórczości znanej jako fanfiction. Opowiadań pisanych rozdziałami, które tworzymy od ponad trzech lat, jest już ponad 403, jednak ich liczba stale wzrasta.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.