FANDOM


Autor: Mustafar29
Kanon
kanon
Real
Świat rzeczywisty
Sw logo

Ku ciemności: Epizod 10 – Punkt zbrojny

Hosnian Prime stanowił stolicę Nowej Republiki, odkąd siły Ogromnego Królestwa Sithów skumulowały się przeciwko demokratycznemu państwu i w efekcie wysadziły Chandrilę, używając do tego superbroni znanej jako Oko Shmi. Od tego czasu jednak sporo się zmieniło. Minęło już równe dziesięć lat od rezygnacji Lanevera Villechama z funkcji kanclerza oraz w zasadzie już cztery lata, odkąd Tarsunt pełnił funkcję Komisarza do Spraw Wewnętrznych, która, prawdę mówiąc, bardzo przypadała mu do gustu. Teraz z kolei posada mężczyzny mogła się zdawać zagrożona.
— Pani kanclerz! — zwrócił się Villecham, wchodząc do biura kanclerz Grewpshy. — Nie może mnie pani zdymisjonować! Zbyt wiele znaczę dla Republiki!
Grewpsha siedziała teraz z łokciami opartymi o swoje szklane biurko. W budynku Senatu czuła się jak u siebie.
— Ale Jego Wysokość Makewpa ma już obiecane stanowisko — powiedziała stanowczo, po czym wskazała ręką na fruwającego po jej prawicy Toydarianina.
— Kiedy to jakiś fruwający robak jest, a nie polityk z krwi i kości! — awanturował się Lanever Villecham, uderzając laską w podłogę.
Grewpsha natomiast nie skomentowała jego rasistowskich tekstów.
— Poza tym było to już planowane od dawna i nastąpiłoby nawet wcześniej, gdyby nie pańskie niepowodzenie w misji na Naboo — podsumowała.
Lanever Villecham dał znać kanclerz Grewpshy, że jest niezadowolony, i oparł się obiema rękami o swoją drewnianą laskę, trzymając ją po frontowej stronie ciała.
— Nonsens! — krzyknął. — Szukała sobie pani następnego komisarza za moimi plecami!
Grewpsha położyła swoje czoło na dłoniach, po czym wstała i podeszła do znajdującej się za biurkiem szyby. Jak zwykle skrzyżowała swoje ręce na plecach i odwróciła się tyłem do Villechamama.
Tarsunt tymczasem wymienił już niebyt uprzejme spojrzenie z fruwającym nieopodal królem Makewpą.
— Proszę dać mi jeszcze jedną szansę, a to wszystko odkręcę! — dawny kanclerz kontynuował.
— Kiedy tu nie ma czego odkręcać — odparła Grewpsha, odwracając się w stronę Villechama. — Jego Wysokość Makewpa po trzech latach rządzenia zrzekł się tronu tylko po to, by godnie pana zastąpić.
Makewpa, który fruwał po prawicy Grewpshy, cały czas wyglądał dość obojętnie. Villecham z kolei patrzył na niego spode łba, jak gdyby znalazł w nim osobę swojego największego wroga.
— Poza tym nie widzę możliwości — kontynuowała kobieta — by dać panu kolejną ostatnią szansę. Mniejszość Galaktyczna nadal rządzi planetą. Nie minie chwila, zanim wypowiedzą nam wojnę…
Wtem rozległ się strzał, jak gdyby ktoś strzelał z wielkiego blastera. Grewpsha ponownie odwróciła się, by spojrzeć przez szybę, i jej oczom ukazał się dymiący budynek, który jeszcze niedawno stanowił bazę basenu publicznego.
— Chyba coś jest na rzeczy, pani kanclerz — zwrócił uwagę Lanever Villecham. — Nie pamiętam, kiedy ostatnio potraktowano nas ogniem.
Grewpsha szeroko otworzyła oczy.
— Zaiste — powiedziała i w tym momencie nastąpił drugi strzał.
Kanclerz sięgnęła po swój komunikator, który miała przyczepiony do lewej strony pasa.
— Admirał Holdo! — powiedziała.
— …wiceadmirał — poprawił ją Lanever Villecham, unosząc się dumą; ta jednak postanowiła grzecznie go zignorować.
— …proszę poinformować swoją Radę Militarną, że ktoś nam ostrzeliwuje miasto. Zorganizujcie ewakuację dla senatorów!
Obserwując dwa kolejne strzały i wsłuchując się w słowa obecnej kanclerz, Lanever Villecham przypomniał sobie, jak to wiceadmirał Amilyn Holdo została wybrana Marszałkiem Rady Militarnej. I bynajmniej nie działo się to ku jego uciesze.
Piąty strzał był wymierzony w biuro Grewpshy. Kanclerz w ostatniej chwili zauważyła nakierowaną w jej stronę lufę wielkiego, neimoidiańskiego krążownika. Nie zdążyła nic powiedzieć. Wiązka laserowa spaliłaby ją doszczętnie, jednak w ostatniej chwili została odepchnięta przez Lanevera Villechama, który dodatkowo krzyknął „uwaga!”.
Kobieta ocknęła się po chwili. Obok niej siedział Villecham; oboje mieli osmolone twarze. Jak widać, Komisarz do Spraw Wewnętrznych ocalił kanclerz życie. Szkoda, że król Makewpa nie miał tyle szczęścia i laser przysmażył go jak off Ludzką Pszczołę.
— Panie komisarzu — Grewpsha odezwała się po chwili — cofam wszystko, co o panu mówiłam. Jest pan bardzo użyteczny.


Border

Ben Solo także zauważył strzały i w mgnieniu oka wybiegł z mieszkania na parterze budynku znajdującego się centralnie na przeciw Senatu, które wynajmował. Chociaż z jednej strony było mu przykro, no bo bądź co bądź nikt nie lubi być ostrzeliwany, zwłaszcza gdy giną niewinni mieszczanie, którzy po prostu chcą popływać, to z drugiej strony cieszył się, gdyż miał nadzieję, że ten atak opóźni jego planowany odlot; nazajutrz bowiem razem z Lukiem miał wracać do świątyni Jedi.
Teraz Ben znajdował się centralnie pod neimoidiańskim krążownikiem, z którego po chwili zaczęły wylatywać droidy-sępy. Maszyny bez oporu strzelały do wszystkiego, co się ruszało, a także do obiektów statycznych. Chłopak zapalił swój miecz świetlny, gotowy do odbijania ich wiązek laserowych. Kiedy jednak nikt w niego nie strzelił przez pięć minut, sięgnął po swój komunikator.
— Admirał Holdo! — krzyknął. — Proszę jak najszybciej ewakuować komisarza Villechama i kanclerz Grewpshę!
— Właśnie tam lecę — chłopak usłyszał głos oficer, która teraz stała na mostku Skawy. — Niestety obawiam się, że okręt jest za duży, aby podlecieć tak blisko Senatu!
— Masz ci los! — zmartwił się padawan.
Ben jeszcze chwilkę postał w tym samym miejscu, a potem jeszcze raz chwycił za swój komunikator.
— Lando! — krzyknął ponownie, a gdy usłyszał sygnał zwrotny, kontynuował. — Przyleć szybko na Stary Rynek, zabierz mnie z sobą i lecimy ratować Villechama i Grewpshę!
Ben jeszcze chwilkę postał sobie na placu, jednak znowu nikt do niego nie strzelał. Kiedy neimoidiańskich statków namnożyło się jeszcze więcej, w końcu zjawił i Lando, lecący Vrooblem Millennium.
— Co tak długo? — zapytał Ben. — Może nie być kogo ratować!
— Nie widzisz, że przeżywamy tu apokalipsę? — jęknął Lando. — Spokojnie, zaraz podlecimy na lądowisko awaryjne i zgarniemy senatorów.
Droga na ów lądowisko nie zajęła przyjaciołom zbyt dużo czasu. Kiedy wylądowali, z budynku wychodziła już kanclerz Grewpsha w towarzystwie swojej straży i podpierającego się drewnianą laską Komisarza do Spraw Wewnętrznych Lanevera Villechama. Wszyscy pospiesznie uścisnęli sobie ręce.
— Ale nam się zgrał ten punkt zborny! Czy może raczej… zbrojny! — zaśmiał się Lanever Villecham i klepnął kanclerz Grewpshę po plecach zbyt mocno, sądząc po jej minie.
Kiedy wszyscy się załadowali, Ben Solo jak z procy wbiegł do kokpitu, gdzie czekał już Lando.
— Dobra, to teraz zwiększ osłony na maksa i daj znać admirał…
— Wiceadmirał! — dobiegł głos ze świetlicy.
— …admirałowi Ackbarowi — kontynuował padawan — że zbieramy się wszyscy na Skawie. Trzeba opracować dalszy plan działania.

← Poprzedni • Następny →


Obok dawania możliwości tworzenia swojego własnego świata Gwiezdnych wojen celem Star Wars Fanonpedii jest gromadzenie twórczości znanej jako fanfiction. Opowiadań pisanych rozdziałami, które tworzymy od ponad trzech lat, jest już ponad 408, jednak ich liczba stale wzrasta.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.