Star Wars Fanonpedia

Szablon:Autor przechodzi restrukturyzację!
Za dyskomfort stylistyczno-wizualny przepraszamy

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Srebrny puchar (30 000+ bajtów)
Między murami.png
 Rozdział 4: Potrzeba wielkiej wagi
47025 bajtów • Nieco ponad godzina czytania ┃ ← Poprzedni
Nieopodal KorabandNa przysiędze Ladira, część 1Bracia Teck od kuchniNa Przysiędze Ladira, część 2Odlot ze stacji
Przeżywający żałobę po stracie ucznia Ya Nush wchodzi w skład ekspedycji Rose Forpa, mającej na celu zdobycie kamiennej maski z Koraband. W nocy poprzedzającej wylot Ya Nush ma dziwny sen, w którym jego dawny uczeń Nac przekazuje mu wytrych prowadzący do świątyni Sithów na Koraband. Trams, wspólnik Rose Forpa, nie chce, aby na wyprawę leciał jego uczeń You. Tymczasem w tym samym celu swoją załogę skompletował łowca nagród Chorty, który wraz z matką, harcerzem oraz bratem jest już w drodze do świątyni Sithów.


Nieopodal Koraband

Niczym naskórek suchej stopy po zetknięciu z nożem opadały kawałki skórki od coruscanciaków obieranych przez Bożenę. Tęga kobieta o zenkowomartyniukowym spojrzeniu zdawała się wyjątkowo przemęczona zajęciem, którego wtenczas się oddawała. Ilekroć jednak zmuszona była ścierać kropelki potu cieknące po jej czole niczym woda w wodospadzie Niagara, za każdym razem dbała o tym, aby przed ponownym zabraniem się do pracy wytrzeć dłoń o fartuszek.

Kobieta usłyszała coś za rogiem. Odwróciła więc głowę, tak iż jej oczom ukazał się Korec Odvinna, który właśnie skądś wracał. Ciężko jej było zgadnąć skąd dokładnie, bowiem na pokładzie statku nie było toalety, a jedyną dostępną kajutę zajmowały dwa łóżka — jedno, dwuosobowe, dla niej i jedno — dla jej synalka Chortiego.

Widząc twarz pasierba, Bożena zmrużyła brwi, pełna żalu. Nienawidziła tego człowieka — kojarzył jej się on z Boo Telcą Odvinna, jej byłym mężem. Kiedy Bożena brała z nim ślub równe trzydzieści lat wcześniej, Chorty miał już dwa latka; wtedy też niewiasta porzuciła swe panieńskie nazwisko Vagnerr (które przeszło na Chortiego, bowiem w dniu jego narodzin para nie pozostawała jeszcze w formalnym związku) na rzecz nazwiska Odvinna. Niebawem jednak okazało się, że Boo Telca miał siedmioletniego syna z jej starszą siostrą Walentyną. Tym synem był właśnie Korec. Dla zachowania twarzy (teoretycznie była przecież macochą swojego siostrzeńca) Bożena wzięła rozwód i zrzekła się dotychczasowego nazwiska, odtąd nie posiadając już żadnego. Dzień, w którym odprawiła Boo Telcę, był dniem odnowienia jej relacji z Walentyną. I choć odnowienie relacji z siostrą nie stanowiło dla kobiety problemu, o tyle patrzenie na mordę tego bękarta Koreca nie przychodziło tak łatwo.

Korec tymczasem wszedł do kajuty i zamknął za sobą drzwi, po czym podszedł do swojego brata, który siedział za sterami.

— Nie rozumiem, czemu tak długo lecimy poza tunelami nadprzestrzennymi — powiedział, siadając obok. — Toż to nie średniowiecze, by…

— Nie rozumiesz, boś głupi — Chorty zbił swojego towarzysza z tropu. — Koraband jest oddalone od Guoadarr’k na tyle daleko, że nie ma tu bezpośrednich połączeń. Dlatego to zapomniany świat.

Korec poczuł się głupio i z tego też powodu, dla zajęcia rąk, podrapał się po głowie.

— A tak w ogóle — sapnął, by odwrócić uwagę — to twoja matka jest coś nie w sosie.

Chorty posmutniał.

— Wiem… — wydusił z siebie. — Mówi, że jest zbyt zapracowana. Nie chce jej się gotować. Muszę…

— Hmm? — Korec nalegał na kontynuowanie.

— Muszę coś z tym zrobić. Rzeczywiście przez tydzień siedziała nad garami i robiła konserwy na tę podróż. Szkoda, że zapomniała ich wziąć… — dodał. — I do tego teraz te corusanciaki musi strugać. Biedna kobieta. Ale — co najważniejsze! — rozemocjonował się — jakoś temu zaradzę. Tylko jeszcze nie wiem jak.

Te luźne plany dwóch panów przerwał Dominik, który cały czerwony otworzył gródź i wszedł do środka. Wysuwając zza górnej wargi swe białe, nieco skrzywione zęby, patrzył tak na pilotów, jak zdawać by się mogło, bez żadnego celu.

— Coś się stało, Dominik? — spytał Chorty, obracając się w fotelu. Mina chłopca rzeczywiście była nietęga. Harcerz jednak nadal milczał. — No tak, zapomniałem — łowca nagród podniósł się delikatnie z fotela — jesteś nieśmiały. Chodź, powiesz mi na ucho.

Na tę propozycję 17-letni blondyn rozpromieniał radością, po czym pognał w stroję swego najemcy i wyszeptał mu coś na ucho.

— Mhm — Chorty starał się reagować na przekazywaną mu treść. — No dobrze… — dodał.

Kiedy harcerz skończył „swój meldunek”, łowca nagród spojrzał na brata, by powiedzieć mu, o co chodziło jego pracownikowi.

— Dominik musi siku — powiedział. — Za moment sprawdzę, czy nie ma tu żadnej stacji. Przecież nie będzie chłopak sikać do słoja.

— Harcerz umie wiązać supełki! — zachichotał Korec, jednak opanował się tuż po niewybrednym spojrzeniu ze strony szefa załogi.

Poszukiwanie odpowiedniego miejsca postoju nie było jednak możliwe, o czym obaj mężczyźni przekonali się, gdy tylko zajrzeli do nawigacji. Region, w którym się znajdowali, był praktycznie niecywilizowany, a poszukiwanie w nim toalety było niczym szukanie igły w stogu siana. Dopiero percepcja Koreca, która uwydatniła się zupełnie nieopodal Koraband, przyniosła nadzieję na nieco bardziej optymistyczne rozwiązanie tego impasu niż oddanie moczu do słoika.

— Patrz, tam jest stacja! — powiedział siwowłosy mężczyzna, wskazując na coś za oknem. Chorty również rzucił okiem.

— To nie stacja, to księżyc — ziewnął. — A nie, jednak masz rację. To stacja, nie księżyc — poprawił się po chwili. — I to chyba jakiś satelita. Zwiększę przyspieszenie, bo zaraz nam zwieje. Takie satelity nad równikiem mają prędkość jakichś trzech kilometrów na sekundę!

Chorty uniósł palec wskazujący ku górze, popisując się przed bratem swoją wiedzą. W głowie tego drugiego jednak rodził się inny problem.

— Chcesz, żeby Dominik poszedł się wysikać na satelicie? — zdziwił się.

— W zasadzie… — Chorty zawahał się, patrząc na harcerza — w zasadzie tak. Kibel tam na pewno będą mieli. Stawiam, że to opuszczona stróżówka. Koraband przecież jeszcze kilkaset lat temu pilnowali strażnicy. Tak przynajmniej było w Coruscant Times History.

Łowca nagród powciskał jakieś rutery w panelu kontrolnym, po czym usłyszał dźwięk obgryzanych paznokci za plecami. Obrócił się.

— Hej! Dominik, nie martw się! — wstał i poszedł przytulić harcerza. — Pójdę tam z tobą. Nic się nie bój! Korec, ty też pójdziesz z nami? — zwrócił się do brata.

— Daj spokój — w tonie drugiego pilota dało się wyczuć nutkę cynizmu. — Nie mam zamiaru patrzeć, jak młody sika.

I tak też Chorty z powrotem usiadł w fotelu, i „wdusił pedał gazu”, aby już wkrótce wylądować na satelicie. Koreca dziwiło jednak, że w ogóle miał zamiar się tam zatrzymywać, skoro parę minut drogi dalej była już powierzchnia Koraband, jednak przez grzeczność wolał nie zadawać takiego pytania.

Lądowanie nie zajęło sporo czasu. Chorty przez moment obawiał się o stabilność sztucznego pola atmosferycznego na wypatrzonym przez jego brata-kuzyna satelicie. Dane pobrane przez jego statek wystarczyły jednak, aby wyeliminować tę trwogę. Przed wyjściem łowca nagród zdjął z siebie koszulę w kratę i w jej miejsce wsunął swój ulubiony element garderoby, mianowicie fioletowy golf; całość zaś przykrył jasnobrązową kurtką ze skóry banty, którą niegdyś nabył na Tatooine. Chorty skinął na Dominika, dając mu znać o wyjściu, i tak też obaj mężczyźni — lub też mężczyzna i nastolatek — opuścili pokład, i udali się w stronę pobliskiego budynku.

Pomieszczenie spowijał mrok. Smugi światła pochodzącego z powierzchni Koraband, która to z kolei odbijała je od pobliskiej gwiazdy, nie docierały nawet do przeciwległej ściany. Miały jednak wystarczającą „moc”, aby rzucić swój blask na przedmioty niedbale porozrzucane po całym pomieszczeniu. Wśród owych przedmiotów dominowały lady oraz stoły poprzykrywane bliżej nieokreślonym złomem.

— Nijak nie wygląda to jak stróżówka, co nie, Dominik? — powiedział do towarzyszącego mu chłopca. W swoim zaabsorbowaniu aurą otaczającego go miejsca nie zauważył nawet, jak 17-letni harcerz wtulił się w jego prawą dłoń, jak gdyby był zalękniony. — No dobrze, to idź się wysiusiać, a ja tu poczekam.

Dominik spojrzał na Chortiego; łowca nagród jednak nie zwracał na niego uwagi, dlatego też chłopiec schylił się i powiedział mu coś na ucho.

— Tam na wprost — oznajmił od razu. — Widzisz? Są neonowe lampki w kształcie pani, pana i Hutta. Wejdź do tej dla panów. I nie bój się, będę patrzył z daleka. Nic ci tu nie grozi.

Dominik pokiwał parę razy głową w zatrważającym tempie, a na wieść o opiece, jaką zdalnie miał nad nim sprawować Chorty, uśmiechnął się, robiąc wytrzeszcz i szczerząc zęby. Niebawem młodzieniec zniknął za drzwiami, które prowadziły do ustępu dla mężczyzn.

Chorty tymczasem poczuł się dość niekomfortowo. Otaczająca go ciemność sprawiła, że na wierzch wyszły wszystkie demony przeszłości. Przypomniał sobie wtedy, jak to za dzieciaka trwożył się, ilekroć miał zasypiać sam. To właśnie dlatego jego matka Bożena usypiała go do 13. roku życia.

— Kto tam jest?! — krzyknął łowca nagród i błyskawicznie sięgnął do kabury, z której wyjął blasterowy pistolet. W ciemności usłyszał gdzieś jakiś szmer. Coś było nie tak. — Halo?! — krzyknął jeszcze raz. — Jest tam kto?!

Wystrzelił. Ktoś tam był. Wtem zapaliło się światło.

— Dzień dobry, prze pana! — usłyszał i momentalnie obrócił się wokół własnej osi w poszukiwaniu źródła męskiego głosu.

Przy okazji łowca nagród spostrzegł, że miejsce to nie było aż tak bardzo opuszczone. Wręcz przeciwnie — ściany były białe, a nie szare, i ze świecą szukać tam było kurzu.

— Dzień dobry, prze pana! — usłyszał jeszcze raz. Spojrzał na wprost. Przed sobą zobaczył nastoletniego chłopca o jasnej cerze i blond włosach. Sprawiał wrażenie miłego — był chudy i miał równe 182 centymetry, co stawiało go o 10 centymetrów wyżej niż Chortiego.

— Dzień… dobry — szepnął. — A pan to kto?

— Właściciel — odparł chłopak. — Ale spokojnie! — jakby zestresował się. — Wszystko na legalu, mam papiery uprawniające mnie do prowadzenia tutaj gastronomii, razem z bratem — dodał. — Wszystko jest legalnie. Jesteśmy prawilni i prowadzimy legalny interes.

— No dobrze — Chorty schował blaster do kabury. — Z tego, co wywnioskowałem, robi tu kolega jakiś bar. W takim miejscu?

— Tak! — blondyn wybuchł entuzjazmem. — Mamy biznesplan, możemy pana z nim potem zapoznać. Chce pan się przejść po knajpie?

— Moment — Chorty potrzebował chwilę na poukładanie sobie tego wszystkiego. — Zakłada tutaj kolega z bratem bar? W starej stróżówce przy planecie, na którą nie ma wstępu? Z dala od tras nadprzestrzennych?

Rozmówca łowcy nagród potrząsł głową.

— Tak — potwierdził. — To bardzo korzystne. Proszę spojrzeć, ta stróżówka to sztuczny satelita, który orbituje w jednym punkcie nad równikiem. Korzysta z siły natury, by się przemieszczać. A to bardzo obniża koszty.

— No tak — Chorty wyjął blaster z powrotem i podświadomie przyłożył sobie lufę do głowy, zastanawiając się nad czymś. — Ale wie kolega, że parę parseków stąd jest podobna stacja w Przestrzeni Fide’a? Komu się będzie tu chciało latać…

— Stacja Przestrzeni Fide’a? — tęgawy łowca nagród usłyszał za sobą głos identyczny względem tego należącego do swojego rozmówcy. Odwrócił się i skamieniał. Przed sobą zobaczył nastoletniego chłopca o jasnej cerze i blond włosach. Sprawiał wrażenie miłego — był chudy i miał równe 182 centymetry, co stawiało go o 13 centymetrów wyżej niż Chortiego. Czyli innymi słowy wyglądał identycznie jak osoba, z którą gaworzył dotychczas.

Odwrócił się.

— A co wy, jakieś klony? — spytał skołowany; był nieco przestraszony, ale w sumie nie jedno już w tym życiu widział.

— Nie, bliźniacy! — odparł jeden z nich, ale Chorty nie wiedział już który dokładnie. Chłopcy byli bowiem ubrani tak samo, a na dodatek pozamieniali się miejscami tak zwinnie, że nowo przybyły łowca nagród stracił już orientację.

— Jestem Ann Teck — powiedział jeden z nich.

— A ja Voi Teck — dopowiedział drugi z nich.

— Jesteśmy bliźniakami! — powiedzieli razem.

Chorty przyglądał się rozmówcom uważnie. Nie do końca wiedział, jak powinien w tym wypadku postąpić — czy streszczać jednemu z młodzieńców dotychczasową rozmowę, czy też nie. Z drugiej strony, nawet jeśli by tak wypadało, za grosz nie wiedział, z którym dotychczas konwersował.

— A o stację Przestrzeni Fide’a niech się pan nie martwi! — jeden z braci machnął ręką.

— Tam jeżdżą same głąby, a mu tu stawiamy na bar familijny — drugi z braci machnął ręką.

— I dlatego w zasadzie blaster powinien pan schować w stojaku na parasole przy wejściu — zauważył jeden z nich — ale niech go już pan sobie zachowa, nie wygląda pan na groźnego.

— To co — kontynuował jeden — chce pan, żebyśmy pana oprowadzili?

— Ja?… no… — zastanawiał się, sięgając do kieszeni — właściwie czemu nie? Oprowadźcie mnie, chłopcy.

Ann Teck i Voi Teck niemalże podskoczyli z radości, mogąc pokazać komuś dzieło swojego dotychczasowego życia. Chorty tymczasem wygramolił z kieszeni to, po co do niej zajrzał — mianowicie papierosa — i przez grzeczność zamierzał nimi towarzyszy.

— Koledzy palą? — spytał, zaciskając swoją sztukę między wargami. Bracia tylko spojrzeli na siebie wymownie.

— Pan żartuje? — powiedział jeden.

— Mamy dopiero 16 lat! — doprecyzował drugi.

Chorty poczerwieniał i poczuł się dość głupio. W okamgnieniu schował paczkę do kieszeni, a papieros, który palił, rzucił na ziemię i zgasił podeszwą. Nie chciał demoralizować nieletnich. Choć z drugiej strony zaciekawiło go nieco, jak to możliwe, że dwóch 16-latków otworzyło sobie bar i wynajęło do tego starą stróżówkę gdzieś w zadupiu galaktyki.

— Czyli nieletni koledzy są… — powiedział pod nosem. — A wolno wam tak było biznes otworzyć?

— Się wie! — powiedział jeden, idąc dalej.

— Tak jak mówiliśmy, wszystko na legalu — dodał drugi.

Rzeczywiście Chorty pospieszył się z zadaniem tego pytania, bo w głębi ducha wiedział przecież, że wiek pełnoletniości był różnie definiowany w zależności od planety. Jeżeli Teckowie pochodzili, dajmy na to, z Alphanor, byli już pełnoletni i mieli dowód osobisty. Jednak dlaczego w takim razie odmówili papierosa? Być może miało to związek z wiekiem pełnoletniości obowiązującym na Koraband.

Korzystając z momentu ciszy, która zapanowała na parę chwil w przerwie od jawnego gadulstwa ze strony braci Teck, łowca nagród rozejrzał się dookoła i doszedł do wniosku, że to najbardziej sterylny bałagan, w jakim dotychczas gościł. Przyglądając się wypucowanym ścianom, gdzie niegdzie pozastawianymi gratami pokroju używanych pieców, Chorty zamyślił się i tak też zaliczył niefortunną gafę, jaką była wpadka w innego przedstawiciela rasy ludzkiej.

— Oj! — powiedział do siebie, stawiając parę kroków do tyłu. Wysuwając ręce przed swe korpulentne ciało, dopiero po jakimś czasie spojrzał w przód, gdzie dostrzegł mężczyznę.

Miał on równe 38 lat. Średnio opalony, uśmiechnął się pod nosem na znak zakłopotania, po czym przejechał dłonią po rudawych włosach.

— Nic się nie stało, proszę nie przepraszać — uniósł nieco pobudek. — Jestem Guice, Guice Taff. Guice Taff z Kaiwocker. Pszczelarz — oznajmił.

Chorty podał Guice Taffowi rękę, nie do końca świadom, co wokół niego właśnie się odbywa. Z powrotem na ziemię sprowadziły go dopiero twarze Anna i Voia — lub też Voia i Anna — które wychyliły się zza korpusu pszczelarza.

— Nie idzie pan? — spytał jeden z bliźniaków.

— No właśnie? — ciągnął drugi. — Nie idzie pan?

— Idę, idę — Chorty oprzytomniał, trzęsąc głową delikatnie. — Przepraszam, chłopcy, ale wpadłem na waszego pracownika.

— Pracownika? — zdziwił się Guice — wolne żarty, ja im tylko miód dostarczam.

— Właśnie! — potwierdził jeden z Tecków — tylko miód. Mamy tylko jednego pracownika.

— Tylko jednego! — kontynuował drugi. — Na umowę-zlecenie, zamiast podpisu odcisk palca, bo to analfabetka. Obecnie smaży frytki.

— Ach tak… — Chorty nie czuł się jakkolwiek lepiej po bolesnym zderzeniu, przytłoczony tak wieloma informacjami nadal. — No dobrze.

— No bardzo dobrze — zgodził się jeden z braci — miód wychodzi taniej niż cukier.

— Zwłaszcza miód z Kaiwocker — drugi rozłożył ręce.

— Zwłaszcza od firmy Guice Taff’s Kaiwocker — Guice Taff zmrużył oczy i uśmiechnął się.

Pszczelarz odwrócił się na pięcie w stronę zleceniodawców.

— Pokazujecie temu panu swój biznes? — spytał bliźniaków.

— A i owszem — potwierdził jeden.

— Się wie! — drugi pospieszył z dodatkowym potwierdzeniem.

— Zmierzamy do kuchni — dodał któryś z nich.

— No to dobrze — odparł Guice — może potem do was dojdę, teraz idę do ustępu.

— W porządku — sapnął jeden z braci.

— Miłego siusiania! — dodał drugi.

Miłego siusiania? Chorty nie mógł zrozumieć, jakie relacje panowały w tym barze, jednak na pewno nie miał zamiaru wnikać w nie głębiej. Tym bardziej, że obiecał braciom rzucić okiem na ich lokal, a Korec i jego matka Bożena czekali na statku.

Border.png

Na Przysiędze Ladira, część 1

Korytarz był wąski, jednak na pokładzie Przysięgi Ladira ze świecą było szukać innego miejsca jakkolwiek przeznaczonego na „kolektywne leniuchowanie”. Po lewej, patrząc od strony mostka, stronie siedzieli kolejno Rose Forp, Andal i Beth Azile, a po przeciwnej — Lude Vick i Ya Nush. Strażnicy trzymali się na uboczu. Panowała absolutna cisza, co jakiś przerywana dźwiękami towarzyszącymi rozgrywce Cashao, którą odbywały Coe Goot i Qu’ra na specjalnie przeznaczonym do tego niewielkim stoliku.

Drzwi prowadzące na mostek otworzyły się i oto ujawniły one sylwetkę Tramsa. Mężczyzna, jak widać, musiał porzucić pilotowanie statku. Teraz sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął skręta, po czym jak gdyby nie bacząc na obserwujące go dziesięcioro gałek ocznych, odpalił ową używkę, aby ostatecznie umieścić ją między swoimi ustami.

Rycerz ostentacyjnie przeszedł przed mistrzem Ya Nushem. Na koniec usadowił swoje pośladki obok Andal, na tej samej ławeczce czy czymkolwiek siedzisko to było. Spojrzał przed siebie i zrozumiał, że otrzymał oczekiwany efekt: przyciągnął uwagę pulchnego mistrza.

— Coś nie tak? — powiedział, chmurząc. Rose Forp i Lude Vick obrali taktykę niezwracania na niego uwagi. Ya Nush też próbował, ale mu się to nie udało.

— Tak się zastanawiam — wydusił z siebie — kiedy w zasadzie jesteś sobą, a kiedy udajesz.

Młodszy z rozmówców wzruszył ramionami i potrząsł głową. Zamknął oczy, a wtedy wziął kolejny wdech marihunaen — tak się nazywał narkotyk, który w tym momencie absorbował.

— Prawda — skomentowała Andal; Nush nie zauważył, że od jakiegoś czasu również przyglądała się młodemu rycerzowi. — Trams naprawdę bardzo dobrze potrafi grać — powiedziała, kładąc palce swej prawej dłoni na karku mężczyzny.

To wybawiło Tramsa z transu, w jaki się wprowadził. Ostentacyjnie spojrzał na kobietę.

— Ktoś z nas musi udawać — powiedział, zaciągając się po raz któryś, na co jego interlokutorka błyskawicznie usunęła dłoń z karku rycerza.

„Ciekawe” — pomyślał sobie Ya Nush. Doszedłby może nawet do pewnego wniosku, gdyby nie Coe Goot i Qu’ra, których gra przeszkodziła mu w poukładaniu sobie tego wszystkiego w głowie.

— Szach mat! — powiedziała Coe, kładąc jedną z kart na stole. Nie spodobało to się jej konkurentce.

— Daj spokój, kochana, przecież nie gramy w ping-ponga! — wkurzyła się. — Nie będę tolerowała takich wybryków! — to zapowiedziawszy, tęga kobieta podniosła się z miejsca błyskawicznie i wyrwała stół z podłogi, napierając na niego od dołu. Obserwując całe zajście, nieco zdystansowany Ya zastanawiał się, z o ile większą siłą olbrzymia mistrzyni Jedi musiałaby zabrać się za zdemolowanie stołu, żeby utworzyć w podłodze dziurę, która wyssałaby ich wszystkich w przestrzeń kosmiczną. — Już nigdy z tobą nie zagram! — zdenerwowana Qu’ra krzyknęła, ile sił w płucach, po czym z powodu braku odpowiedniej liczby siedzisk usadowiła swój tęgi żyć na skrzyni. I zawaliła ją.

— Ała! — rozległ się kobiecy głos. Usłyszawszy go pod sobą, olbrzymia mistrzyni Jedi w okamgnieniu wstała i przypatrzyła się temu, co niemalże by zgniotła swoimi pośladkami.

W tamtą stronę spojrzeli także Rose, Ya i Lude, jednak to, co zobaczyli najbardziej wstrząsnęło tego pierwszego.

— Trams, czyś ty zwariował?! — krzyknął sędziwy archiwista. — Brać ze sobą padawana na tak niebezpieczną misję?

Trams natomiast, choć wstał, nie zdawał się zbyt obruszony tym, co zaszło, tylko dalej pykał swojego skręta.

— Kiedy… kiedy Trams o niczym nie wiedział! Naprawdę! — tłumaczył się zgnieciony You Reck. — Sam tutaj przyszedłem i…

Rose Forp doskonale wiedział, że tak być nie mogło. You Reck nie mógł wejść na pokład Przysięgi bez wiedzy swojego mistrza, który statkiem się opiekował i de facto oprócz Rady Jedi jako jedyny znał jego lokalizację.

— Daj spokój, młody — wychmurzył mistrz chłopca. — Nie musisz mnie kryć. Jesteś plusem dla tej misji.

— Kiedy ja mówiłem, że cię będę krył, i właśnie cię kryję! — optymistycznie oznajmił padawan, patrząc w stronę superwizjera swojego treningu. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że w zasadzie spalił się już na samym początku. Rose Forp zaś jeszcze przez jakiś czas przepychał się z Tramsem — oczywiście słownie — jednak z czasem i jemu się znudziło. W duchu postanowił, że teraz oprócz Coe Goot, Qu’ry i Beth Azile musi znaleźć jakiś sposób na pozbycie się You. Ostatnia z wyżej wymienionych kobiet natomiast podeszła do dopiero co wydobytego ze skrzyni dziecka i opowiedziała mu jakiś dowcip, po czym żałowała, że nie uprzedził jej wcześniej o swoim planie, „toby zabrała ze sobą jakieś słodycze”.

Border.png

Bracia Teck od kuchni

W ramach wycieczki po barze u Tecków Chorty właśnie dotarł do kuchni. Rozemocjonowani właściciele, pochłonięci radością czerpaną z oprowadzania pierwszego gościa, praktycznie nie dopuszczali go do głosu przez całą drogę. Łowca nagród wyłączył się jednak w stosownym momencie i nie słuchał już ich gaworzenia. Teraz przyglądał się niewielkiej kuchence, o ile można ją było tak nazwać. Przez otwór w ścianie służący jako okienko do wydawania posiłków zobaczył jedynie jakąś tęgą kucharkę w czarnym fartuszku, jednak jej twarz zasłaniał parujący olej, w którym smażono frytki. Przed okienkiem nie było nic ciekawego — ot, zwykła lada oraz parę innych mebli porozrzucanych gdziekolwiek. Jednak coś szczególnego przykuło uwagę Chortiego, a mianowicie pewna niecoponadpółtorametrowa kobieta o czarnej skórze i szerokim ciele wpatrująca się w niego przenikliwie, inna niż ta kucharka. Pomimo swej nie wrodzonej, lecz nabytej skromności Chorty zdawał sobie sprawę, że bądź co bądź był przystojny. O wiele bardziej zastanawiało go, kim była ta kobieta. Nie chciał o nią pytać braci Teck, bowiem niekulturalnie byłoby im przerwać naprzemienny monolog. Jednego był jednak o niej pewien — była to Fertilianka.

Fertilianka widziana przez Chortiego

Fertilianie byli humanoidalną rasą bardzo podobną do ludzi — praktycznie od nich nieodróżnialną. Cechowała ich jednak znacznie wyższa odporność na wszelkiego rodzaju choroby oraz wynikająca z niej długowieczność — średnio żyli bowiem 123 lata, przy czym proces starzenia nie odbiegał tam dalece od tego obserwowanego u ludzi, być może z wyjątkiem wcześniejszego rozpoczęcia pokwitania (ok. 8 r.ż. u dziewcząt i 10 r.ż. u chłopcząt).

Ferlianie byli natywnymi mieszkańcami planety Fertilia. Chorty na pamięć znał legendy o tej planecie. W zamieszkałych czasach, kiedy to Sithowie toczyli wojnę z zakonem Jedi, świat ten miał opanować niejaki Darth Fertilious. Celem mrocznego lorda było osiągnięcie nieśmiertelności w sposób bardziej naukowy aniżeli przy podporządkowaniu sobie Mocy. Z tego też względu Sith zniewolił tamtejsze tubylcze ludy i prowadził na nich masowe eksperymenty genetyczne, dążąc do stworzenia człowieka nieśmiertelnego, którego ciało jego duch mógłby opanować po jego własnej śmierci lub też na podstawie którego ciała jego własne ciało mogłoby zostać unowocześnione (preferował to ostatnie). W szczytowym momencie doszło nawet do planetarnej kontroli urodzeń (Planetary Birth Control), w ramach której poczęcie dziecka możliwe było jedynie drogą in vitro i jedynie ze sztucznie zmodyfikowanego nasienia. Potomstwo płodzone inaczej było abortowane, a ich rodzice surowo karani.

Stan ten miał utrzymywać się do czasu przecięcia Fertilii przez Starą Republikę, która powstrzymała niemoralny precedens, gdy tylko go odkryła po niemalże dwustu latach jego trwania. Pod koniec tamtego okresu Fertilious poddany był hibernacji, by powstać, dopiero gdy przeniesienie jego jaźni byłoby możliwe. Podobno ciała nigdy nie odnaleziono. Na ile prawdy w tej legendzie — nikt nie wiedział. Grono naukowe podchodziło do niej raczej sceptycznie, podczas gdy historycy-fanatycy, jak chociażby ci czytający Coruscant Times History, byli przekonani co do jej autentyczności. Badania genetyczne potwierdzały natomiast anomalie — oczywiście z perspektywy anatomii człowieka — występujące wśród Fertilian; pomijając samą długowieczność i zwiększoną płodność, przedstawiciele tej rasy mieli bowiem aż dwa serca, dwie trzustki oraz po dwie sztuki niektórych innych narządów, zwłaszcza układu rozrodczego i pokarmowego. Co jeszcze ciekawsze, w czasie mającej miejsce tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt dziewięć lat wcześniej pandemii 21-DIVOC Fertilianie zachowywali niemalże stuprocentową odporność stadną; ich osocze oraz kod genetyczny pozwoliły na szybką produkcję szczepionki, która niemalże całkowicie wypleniła chorobę z życia publicznego.

Na skutek tych licznych „anomalii” Fertilianie byli nieco tężsi niż ludzie, a także niżsi, bowiem przeciętny wzrost wynosił jeden i sześćdziesiąt trzy setne metra. Niewiasta, na którą teraz spoglądał Chorty, była jeszcze niższa — miała metr pięćdziesiąt pięć. Teraz natomiast czterdziestolatka była już w drodze do łowcy nagród. Spojrzawszy mu głęboko w oczy, chwyciła go za kark i pieszczotliwie pogłaskała go w tamtym miejscu, aby następnie zbliżyć swe usta do ust jego i złożyć mu soczystego, namiętnego buziaka.

— Ej, zostaw ją! — Chorty usłyszał za sobą. Odczekał jeszcze parę sekund, aby dokończyć to miłe doznanie, po czym odwrócił się i zobaczył za sobą Guice Taffa, który zapinał rozporek po podróży do toalety. — Nie daj się zwieśćmojej żonie! To Leia Wiendu. Niesamowicie piękna, jednak nieco puszczalska.

To oznajmiwszy, Guice podszedł do swej wybranki miłosnej i pocałował ją w usta równie namiętnie co przed chwilą Chorty. Sam Chorty zaś, nie za bardzo ogarniając całą tę sytuację, spojrzał na braci Teck, którzy niespodziewanie zamilkli, a teraz zdawali się równie skonsternowani co on.

— Była kuchareczka, mieliście mi ją pokazać — powiedział do nich łowca nagród, nie za bardzo wiedząc, co innego mógł zrobić po przyłapaniu go na pocałunku z mężatką.

— A, no tak! — powiedział jeden z braci, unosząc palec wskazujący ku górze.

— Oczywiście! — dodał drugi, cofając się o jeden krok i wskazując na okno kuchenne, a za nim — na kobietę stojącą ze szpachelką w ręku nad frytkownicą. — Oto ona!

Chorty uważnie przyjrzał się niewieście przez okno, jednak ledwo objął ją całą wzrokiem. Była bowiem tak obszerna, że mogłaby bez problemu aspirować do rasy Hutta. Jej klocowate cielsko przykrywał niebieski fartuszek gosposi.

— Chorty, miło poznać — powiedział łowca nagród, kładąc rękę przez okienko. — Niech zgadnę, pani nazywa się Yagna, Yagnaa, Ya Gna lub Yag Na?

— Nie, skądże znowu? — jeden z braci od razu zdementował. — To Julie Taa, nasza pracownica.

— Julie Taa? — zdziwił się Chorty. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, toteż sam się obrócił w stronę gospodarzy. — Jak ją znaleźliście? — spytał?

Bracia poczęli chichotać.

— Śmieszna sprawa, hi hi — powiedział jeden, przykrywając usta lewą dłonią.

— Bo… byliśmy z bratem na Kashmarr’k zbierać kosmojagody.

— I uwierzy pan lub nie, ale wracamy na statek i nagle coś słychać w szafie…

— Właśnie! — kontynuował drugi chłopak. — No to my otwieramy szafę, a tam ona…

— Po prostu przyłapaliśmy ją w niedwuznacznej sytuacji z naszym droidem, ha ha! — pierwszy z nich nie wytrzymywał ze śmiechu.

Chorty również się zaśmiał, po czym spojrzał na klocowate cielsko pyzatej kucharki. Jej nie było do śmiechu — była czerwona jak nadęty burak.

— I ją zniewoliliście? — kontynuował łowca nagród.

— Ależ skąd! — zaprzeczył jeden z braci.

— Tak jak mówiliśmy, mamy z nią umowę-zlecenie.

— Dokładnie! — dodał ten drugi. — Naruszyła naszemu droidowi obwodzik, więc co nieco odpracowuje.

— Oczywiście jej płacimy…

— Ale mniej! Bo odliczamy koszt naprawy droida.

— No właśnie — jeden z chłopców zakończył temat.

Chorty począł się zastanawiać.

— Hmm… — zamuczał sam do siebie. — A dobrze gotuje?

— Bardzo dobrze — powiedziała Leia Wiendu, która przyglądała się całej sprawie. — Po ostatnim rosole miałam takie wzdęcia, że myślałam, że zaszłam w kolejną ciążę.

— No dobrze — Chorty klasnął. — To biorę ją. Kupuję ją od was.

Bracia popatrzeli jeden na drugiego.

— Ale… — zaczął jeden.

— My nie handlujemy ludźmi! — dodał drugi.

— Wszystko na legalu! Zero czarnego rynku!

Guice Taff pszczelarz opylał miód na czarno.

— E tam, wyluzowalibyście — teraz do dialogu dołączył Guice Taff. — Ja tam miód na czarno opylam.

— Widzicie, chłopcy? — Chorty zamknął oczy i potrząsł głową, rozkładając ręce. — Mogę wam dać za nią 18 tysięcy kredytów.

Bracia Teck spojrzeli na siebie. Ta kwota z pewnością pomogłaby im rozkręcić interes. Ale czy aby na pewno powinni sprzedawać swoją pracownicę?

— Kiedy my nie handlujemy ludźmi, prze pana… — wymamrotał jeden.

— Właśnie… — potwierdził drugi, równie smętnie.

Chorty podrapał się po głowie, próbując wpaść na jakiś argument.

— Oglądacie może spaceball? — spytał.

— Żartuje pan? — wykrzyczał jeden z braci.

— No pewnie, że tak! — dodał drugi.

Bliźnięta zapewne kontynuowałyby tę wypowiedź, gdyby nie wymowny gest Chortiego, sugerujący konieczność zaprzestania monologu.

— No właśnie. Drużyny sprzedają i kupują graczy, ale tak naprawdę płacą sobie nawzajem za zerwanie umowy. To i ja wam zapłacę za zerwanie umowy z panią Julie, a potem sam z nią jedną podpiszę. I obiecuję, że odstawię ją do domu, jak tylko skończymy misję tam na dole…

Chorty ugryzł się w język. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że po pierwsze, nie powiedział gospodarzom, co właściwie robił w ich lokalu i jak do niego trafił, a po drugie, jego działalność mogłaby zostać różnie odebrana przez potencjalnych „sprzedawców” tęgiej kucharki.

— Działalność? — spytał jeden z braci.

— A jaka to działalność? — dopytał drugi.

— No… jakby to powiedzieć… archeologiczna, chłopcy — powiedział i sądził, że powiedział dobrze. — Będę prowadzić te, no, badania tam na dole.

— Badania? — jeden z braci Teck pytał dalej.

— Tak, badania. Wiesz, świątynia i te sprawy — Chorty brnął w swe „niewinne” kłamstewko.

Bracia spojrzeli na siebie. Nastała cisza.

— No pokaż im pan zgodę, to panu tę gosposię dadzą — radził Guice Taff. — Bo chyba masz pan zgodę?

— Znaczy… no tak — Chorty pozwolił sobie na jeszcze jedną nieprawdę. — Ale jest ona ściśle tajna i niestety nie mogę wam jej pokazać. Za to mogę dorzucić kolejne 2 tysiące za tę kucharkę i… moment, mój brat ma dyplom ukończenia studiów licencjackich na kierunku „kulturoznawstwo”. Chcą koledzy rzucić okiem?

Ann i Voi Teck spojrzeli na siebie i jak gdyby porozumieli się w ten sposób bez użycia słów. Ostatecznie poprosili łowcę nagród o dokument, a ten szybko skontaktował się z bratem przez komunikator.

Border.png

Na Przysiędze Ladira, część 2

Od czasu ujawnienia się You Recka, który zgodnie z planem opracowanym wraz z jego mistrzem miał siedzieć w skrzyni do czasu lądowania, Przysięgę Ladira opanowała cisza. Coe Goot i Qu’ra również milczały, obrażone jedna na drugą; ta większa miała nawet złożone ręce, co sugerowało postawę zamkniętą. Najbardziej obojętna temu wszystkiemu była Beth Azile, która nie bacząc na spór wewnątrzzałogowy, zajęła się tym, co lubiła najbardziej — robieniem na drutach.

You Reck czuł się trochę winny zaistniałej sytuacji, jednak z drugiej strony wiedział, że nie zrobił nic, na co jego mistrz mu by nie zezwolił. Było mu jednak przykro, że z jego powodu teraz Trams wdał się w konflikt z Rose’em. Chcąc jakoś zakończyć ciągnącą się ciszę, chłopiec postanowił zagadać siedzącą naprzeciwko niego kronikarkę.

— Przepraszam, mistrzyni Azile — zaczął nieśmiało — a jak właściwie została mistrzyni archiwistką?

Beth uśmiechnęła się pod nosem, jednak nie odwróciła wzroku od drutów. Były rzeczy ważne i ważniejsze.

— Hmm — zaśmiała się. — Cóż, mój los nie był zbyt różny od losu innych archiwistów. Przeniesiono mnie tam jak inne starocie.

— Starocie? — dopytywał chłopiec. — Co mistrzyni ma na myśli?

Beth zgubiła oczko. Musiała się pomylić — dlatego też teraz mogła z czystym sumieniem odłożyć druty na bok.

— Kochanie, skończmy z tą całą „mistrzynią” — powiedziała, schylając się w stronę padawana. — Mów do mnie „ciociu” albo „ciociu Bethie”.

Rose Forp, który przysłuchiwał się rozmowie — zresztą nie tylko on — zrobił niewielki wytrzeszcz. Nie chciał jednak, aby pękła mu żyłka, dlatego więc wstrzymał się od wdawania w dyskusję ze swoją koleżanką.

Qu'ra obszerna

— Spójrz, You — powiedziała, wskazując na Coe Goot i Qu’rę. — Przypadek tych dwóch ponad wszelką wątpliwość udowadnia, że archiwistów w naszej świątyni nie szuka się przez pryzmat kompetencji, a przenosi się tam tych, którzy — kolokwialnie mówiąc — „wymiękają” na innych polach. Coe, co prawda, jest młoda. Ma może jakieś 37 lat czy coś. Jednak Qu’ra… cóż, na starość nabawiła się demencji czy coś w ten deseń. Jest nawet starsza od Rose Forpa o jakieś dziesięć lat.

You uważnie przyglądał się obydwu mistrzyniom Jedi. Początkowo bał się, że jego spojrzenie zostanie zauważone, lecz po chwili pojął, że obie panie nie przejmowały się zbytnio otaczającym je światem.

— Mistrza Rose’a też to spotkało? — spytał.

— Zależy co, he he — „Bethie” zaśmiała się. — Demencję pewnie jakąś ma. Ale jeśli chodzi o jego profesję, to ślepy trop — Rose jest archiwistą z powołania, tylko niestety brakuje mu trochę pokory. Przez wiele lat pracował na Susso, jednak został stamtąd wydalony za niesubordynację i przeniesiony na Coruscant.

You Reck czuł się nieco dziwnie, biorąc udział w obgadywaniu kogoś, kto siedział tuż nieopodal. Bał się — poniekąd słusznie — reakcji obiektu ich ploteczek.

— Stul już ten pomarszczony pysk, Bethie! — wrzasnął Ichtochianin. Musiało się w nim ostro gotować, bowiem nikt ze zgromadzonych wewnątrz Przysięgi Ladira nie widział go nigdy w takim stanie. — Te kanalie z Susso pozbawiły mnie wszystkiego. Wyrzuciły mnie, zabierając cały mój dorobek naukowy. Musiałem wszystko zaczynać od początku! — podniósł głos jeszcze bardziej.

Beth natomiast tylko śmiała się pod nosem.

— Musisz się przyzwyczaić do jego wybuchów, skarbeńku — powiedziała do You. — Pewnie dlatego nasz Rose nie ma kolegów i całe dnie siedzi sam nad swoim biurkiem…

Po tym, jak Ichtochi wstał z siedzenia i poszedł na mostek, byleby nie musieć dalej słuchać tych — jak to określił — bredni na jego temat, You chciał jakoś podtrzymać rozmowę.

— Nie ma kolegów? To tak jak Trams! — powiedział optymistycznie. — Zawsze mówi, że ma tylko mnie i Andal i że na nikim innym mu nie zależy. Typ samotnika.

Trams miał skrzyżowane ręce i siedział wyprostowany, wpatrzony w jeden punkt. Słysząc, co mówił o nim jego padawan, wziął bardzo głęboki wdech nosem i powoli wypuścił powietrze tym samym ustępem.

— Tkwisz w takim błędzie, że nawet nie chce mi się ciebie z niego wyprowadzać — powiedział, nie obracając głowy. Nie chciał mówić nic więcej — rozmowy na temat tego, kto ma kolegów, a kto nie, uważał za absurdalne, a dodatkowo sądził, że nie powinny one śmieszyć nikogo oprócz dzieci. No i seniorów, bo na starość się dziecinnieje.

Niespodziewanie jednak do rozmowy włączyła się Andal.

— Trams pewnie mówi o Vick Torrze — powiedziała do You Recka. Spoglądała jednak na Tramsa, co mogło sugerować, że miała zamiar się z nim podroczyć.

— Vick Torrze? — spytał padawan.

— Tak, Vick Torrze, You — powiedział, spoglądając na padawana poprzez gwałtowne obrócenie głowy w swoje prawo. — Nie mam jednak ochoty o tym rozmawiać. Mam nadzieję, że to uszanujesz — zastosował znany sobie manewr psychologiczny. — Znamy się od półtora roku i powinieneś przywyknąć, że nie wiesz wszystkiego o moim życiu — zakończył półszeptem.

Border.png

Odlot ze stacji

Jeden z braci Teck — aczkolwiek Chorty nie wiedział, który z nich to był — uważnie analizował wyświetlany hologram potwierdzający ukończenie przez Koreca Odvinnę szkoły licencjackiej. Hmm, powiedział sobie chłopak, przykładając palce prawej dłoni do swego podbródka.

— Wygląda legitnie — powiedział młodzieniec. — To co, brat — zwrócił się do współwłaściciela swego biznesu — dajemy mu gosposię?

— Właściwie… — odparł drugi — w zasadzie niby jak? Przecież nie mamy w menu zerwania umowy…

Dialog pomiędzy rodzeństwem Tecków zmartwił Chortiego. Musiał działać szybko, jeśli chciał zakupić otyłą Tę i wziąć ją ze sobą na pokład.

— Dobra, ostateczna decyzja — powiedział — daję wam jeszcze pięć tysięcy. Czyli łącznie dwadzieścia pięć. Pożyczysz mi, prawda, Korec? — tym razem zwrócił się do swojego własnego brata.

Korec otworzył oczy szeroko. Ten zakup oznaczałby bowiem wyczerpanie wszelkich funduszy, jakie synowie Boo Telci miał przygotowane na ekspedycję. Nastąpił krótki dialog, w czasie którego Chorty obiecał wspólnikowi, że odda mu z nawiązką po skończonej wyprawie.

Bracia Teck zdawali się tym ukontentowani, gdyby nie jeden szczegół.

— No dobrze — powiedział jeden — ale przecież nadal nie mamy w cenniku umów z gosposią.

— No właśnie! — potwierdził drugi.

Chorty już miał w tym momencie coś powiedzieć, jednak nie zdążył, gdyż z odsieczą przybył ktoś inny.

— To się akurat da załatwić! — odezwał się Guice Taff, stawiając parę kroków przed siebie i podchodząc do okienka barowego. — Pani Julie To — zwrócił się do słoniowatej gosposi — ile pani waży?

Ociężała niewiasta poczerwieniała.

— 129 kilogramów, psze pana — powiedziała.

— No to dobrze! — ucieszył się pszczelarz. — Panowie — poprosił braci Teck — naliczcie zatem 129 kilogramów tych francuskich smażaków, co je gosposia smaży, i już!

Guice Taff, początkowo dumny z pomysłu, na jaki wpadł, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że koncepcja ta nie odpowiadała na wszystkie problemy, bowiem pozostawał jeszcze jeden, chyba najbardziej ważny: cena.

— Wiecie… — dodał. — Naliczcie po…

— 193,80 kredytów za kilogram smażaków — na pomoc mężowi „wyruszyła” Leia Wiendu. — 25 000 podzielone przez 129 to dokładnie 193,7984496124, ale zawsze można zaokrąglić.

Chorty zdziwił się, jakim cudem niskorosła kobieta tak szybko obliczyła wynik. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że przecież Fertilianie słynęli z niesamowitego umysłu analitycznego.

Bracia Teck jeszcze przez moment stawiali opór, jednak ostatecznie — choć nie bez wątpliwości — zgodzili się na transakcję. Wystawili paragon, jednak zamiast naliczać 129 kilogramów smażaków, których i tak nie mieli, po prostu sprzedali opakowanie od burgera za dwadzieścia pięć tysięcy. Od słoniowatej Julie Ty pobrali odcisk palca, aby zerwać umowę o pracę. Upewnili się, że otyła kucharka nie ma nic przeciwko takiemu układowi (nie miała), a następnie przypomnieli Chortiemu, by po skończonej wyprawie odstawił swą pracownicę z powrotem na Kashmarr’k, do jej domu.

Chortiego, Koreca i pyzatą Julie do statku odprowadził Guice Taff, który pokiwał trójce, widząc, jak znika w przejściu dla pasażerów, i odszedł. Przed Chortim natomiast stało kolejne wyzwanie, mianowicie wytłumaczyć wszystko, co zaszło, swojej mamie, która szalała z zazdrości, gdy tylko pojawiał się temat związany z życiem romantycznym swojego 32-letniego synalka.

I tym razem Bożena nie była zbyt optymistyczna. Gdy tylko zobaczyła, jak jej potomek posuwał klocowatą pracownicę przez drzwi, skrzywiła usta, a ramiona oparła na biodrach, wskazując na niezadowolenie. Z kolei gdy zza obszernego cielska wylewnej kucharki wyłonił się Chorty, od razu chciała zacząć robić mu wyrzuty, nawet nie prosząc o wyjaśnienie, jednak szybko została uprzedzona przez samego zainteresowanego.

— Mamusia się nie martwi, przecież na nią nie lecę — powiedział, patrząc na obfitą kucharkę. — Chciałem mamusię nieco, że się tak wyrażę, „odciążyć”, coby mamusia nie musiała wiecznie przy garach stać.

Bożenę nieco uspokoiła ta deklaracja, jednak nie na długo. Jako przywódczyni załogi chciała bowiem móc decydować w tak ważnych kwestiach jak przyjęcie do niej kolejnej członkini.

— Zwariowałeś?! — krzyknęła. — Chciałam, żebyś mi pomógł — ty i ten bękart — a nie mi kolejną babę sprowadzał! — tupnęła nogą. — Kuchnia jest moja, i nic ci do tego! — wrzasnęła jeszcze głośniej, odwracając się do reszty plecami i znikając w pomieszczeniu kuchennym.

Chorty podrapał się po głowie i spojrzał wpierw na pyzatą twarz słoniowatej Ty, a potem na swego brata. Korec miałby pewnie ubaw, gdyby nie to, że na zakup grubej kucharki poszły wszystkie ich fundusze, byle tylko pozornie uszczęśliwić Bożenę. Przez moment łowca nagród chciał wrócić do braci Teck, żeby odkręcić transakcję; dopiero po chwili przypomniał sobie jednak o karteczce z napisem „zwrotów nie przyjmujemy”, co całkowicie wykluczyło szansę na odzyskanie pieniędzy.

— Pani Julie To, pani pójdzie ze mną na mostek i się nie przejmuje mamusią — powiedział. — Jakoś to będzie. Na pewno nie będzie pani tak bezużyteczna, na jaką wygląda, i przyda się w czasie wyprawy.

To oznajmiwszy, Chorty pomógł obwitej pracownicy przedostać się na fotel drugiego pilota (długo się nim nie cieszył), a następnie odpalił i wyruszył bezpośrednio na Koraband, gdzie wkrótce miał wylądować.

Advertisement