FANDOM


Legendy
legendy
Sw logo

Rozliczenie z przeszłością

Prolog
Planeta Bismar I. Przestrzeń kosmiczna wygląda jak istne pobojowisko, wszędzie zniszczone okręty oraz stacja Cardan-II, rozbita i przyciągana przez kosmiczny obiekt, w tle. Zwycięska flota Crixa Harrusa unosi się i zbiera nad orbitą, wszyscy jednak się dziwią – jakim cudem Nowe Imperium upadło od zdrajcy, skoro najwyższe dowództwo dysponowało niebywałą bronią? Krążą plotki, że w tym istnieje pewien plan. Minęło pięć lat od porażki na Endorze, a w ciągu nich niejednokrotnie próbowano przywrócić jedyną słuszną potęgę – Imperium. Nie udało się to jednak nikomu, nawet admirał Thrawn został zamordowany. Teraz ponoć przybywa ktoś znacznie potężniejszy, planujący powrót do starego porządku. Do imperium totalnego na skalę całej galaktyki.


I
– Hjarnanie... Ileż ja bym dał, aby wrócić do tych czasów – powiedział człowiek w randze admirała, wpatrując się poprzez iluminator mostka imperialnego gwiezdnego niszczyciela na starą, dawno już opuszczoną stację kosmiczną, z którą wiązał wiele szczęśliwych wspomnień... Wspomnień z czasów, gdy Imperium było prawdziwą potęgą, symbolem władzy.
– Nie wiem, ja się aż tak nie przywiązałem do tego miejsca. Bardziej zależy mi na osobach, które tam poznałem – odparł drugi oficer, tej samej rangi, oglądając ten sam punkt, co jego towarzysz.
– Rozumiem. Lecz to ta stacja nas wszystkich związała, tu zaczynaliśmy. Niestety, admirał floty Evorn przekazał rozkaz wprost od wyższego dowództwa... Mamy to zlikwidować – dodał lekko opuszczając kąciki ust, tym samym oznaczając pogorszenie humoru. Nie dał przyjacielowi czasu na odpowiedź, odwrócił się i wyszedł krok naprzód, spokojnie wydając jasny rozkaz podkomendnym. – Ostrzeliwać obiekt kosmiczny. Ma z niego nic nie pozostać. Teraz.
Stało się zgodnie z poleceniem, dziesiątki cienkich, zielonych promieni krótko dziurawiło ogromną budowlę, na którą budowę Imperium lata temu wydało miliony kredytów. Po niespełna minucie ogromna implozja z poprzedzającą ją eksplozją podzieliła stację orbitującą nad dawno spacyfikowaną planetą Batorine na miliony części, z których część wyparowała. Hjarnan Twentile obserwował wydarzenie zachowując neutralny wyraz twarzy, wewnętrznie jednak pękał. Po całym zajściu odwrócił się i poszedł skierowany prosto zatrzymując się przy kompanie.
– Admirale Ardinn. Dobrze się z tobą służyło – powiedział nie oczekując odpowiedzi, która i tak nie miała nastąpić. Poszedł dalej, gdy przeszedł przez metalową gródź, człowiek, który wydał rozkaz uronił jedną łzę, również starając się zachować minę wskazującą na wyważony ucisk emocjonalny.

II
Hjarnan Twentile. Osoba, która w Imperium zaczynała od marynarza, dwa lata przed tragedią ponad księżycem Endora. Szybko dostał się na wyższe szczeble podoficerskie, a następnie jakiś czas po śmierci imperatora poszedł na szkolenie oficerskie. Ukończył je z wyróżnieniem. Następne awanse to już kwestia czasu – dla Thrawna służył już jako kapitan linii, a gdy przyszedł czas na powrót wielkiego Palpatine'a, wspiął się na szczyt, zdobywając stopień admirała. Ożenił się z kobietą imieniem Alice – posiadała ona stopień wysokiego komandora w szeregach imperialnej floty, a poznali się jeszcze, gdy Hjarnan był w trakcie szkolenia oficerskiego.
Był on wysokim człowiekiem o dość długich, sterczących czarnych włosach z delikatną, symetryczną twarzą i wręcz idealną budową ciała. Pochodził z Vardos – planety o wieloletnich imperialnych tradycjach, która dziś wciąż jest opanowana przez Imperium. Żył tam we wzorowo dobrych warunkach, jednak to zasługa lojalności mieszkańców wobec hegemona, którym zapewnił życie w dostatku, bez żadnych problemów... Zgodnie z tym co mówiła propaganda. Faktyczna sytuacja wyglądała lekko inaczej – w owym dostatku żyła kasta osób szlachetnych korzeniami, kasta wyzyskiwaczy, kasta inteligentów. Zwykli robotnicy, których na Vardos znajdowała się ogromna ilość żyli w śmierdzących, brudnych sektorach planety.
– Dobrze cię znowu widzieć, kochanie – powiedział Twentile wchodząc do ich wspólnej prywatnej kajuty umieszczonej w wieży mostkowej niszczyciela ochrzczonego jako Neutron Star.
– Hjar... – odparła niewyraźne z uśmieszkiem na twarzy wtulając się w męża. Głowę trzymała na jego piersi stykając czubkiem o brodę mężczyzny, była niższa i młodsza od niego niespełna o trzy lata.
Obydwoje, objęci nazwajem pozostali w tej pozycji jeszcze kilkanaście sekund. Po odklejeniu się od siebie złapali się wspólnie za ręce i poszli do pokoju sypialnego, gdzie razem rzucili się na łóżko przypatrując się sufitowi. Milczeli przez kilka minut, leżeli uśmiechnięci myśląc tylko o sobie, chcąc tylko siebie...
– Chcesz się zabawić, kotku? – zapytał w końcu Hjarnan.
– Miaaał... – odparła śmiejąc się Alice. Odgłos zastąpił przytaknięcie w dowolnej formie, często tak robiła, zdarzało się również mężczyźnie.
Leżąca w łóżku para jednocześnie się uniosła obracając swoje głowy ku siebie. Na dwóch twarzach rozszerzył się uśmiech, lecz pojawiła się nutka zawstydzenia. Oboje powolnie się do siebie zbliżyli lekko przymrużając oczy. Ich wargi zetknęły się ze sobą, rozpoczynając namiętny pocałunek, po którym nastąpiła chwila całkowitej ciszy. Obydwoje zdjęli z siebie wzajemnie ubrania rzucając je po kątach pomieszczenia. Mężczyzna położył się na łóżku, a kobieta na nim, stykając się swoimi ciałami w nieco niekulturalnym akcie miłości...

III
Próg grodzi gabinetu admirała Kyle'a Evorna przekroczył Michael Ardinn, mając się stawić w jak najszybszym tempie. Stanął przed jego biurkiem, trzymając dłonie złączone za wyprostowanymi plecami, które ukazywały w całej formie wzrost tego człowieka. Dowódca floty chwilę go ignorował przeglądając dane na osobistym datapadzie... Najpewniej kolejne rozkazy od najwyższego dowództwa.
– Dziękuję za przybycie, admirale – w końcu Evorn przemówił zerkając na twarz Ardinna, choć zażenowaną ostatnim rozkazem, to wciąż zachowującą należytą powagę. – Proszę usiąść.
Mężczyzna lekko odsunął fotel gościnny od biurka, następnie na nim zasiadając w wygodnej opartej pozycji ze złączonymi dłońmi przed torsem.
– Pamięta pan planetę Bismar I? – zapytał admirał floty.
– Jak mógłbym zapomnieć, to na orbitalnej stacji owej planety osiągnąłem spory kamień milowy w hierarchii. Po wielu potyczkach Harrus w końcu zaatakował... Spora część powierzchni została zniszczona w wyniku chybionych ostrzałów Assertora. Stacja cudem przetrwała tą masakrę, choć w fatalnym stanie – przypomniał sobie Ardinn na głos przeszłe wydarzenia sprzed niespełna pięciu lat.
– Również to pamiętam. Bismar został całkowicie pozostawiony przez Imperium 3 lata temu. Harrus po kryjomu zajął planetę, a gdy i on zaczął przegrywać, sprzymierzył się z Republiką. Na północ od Metropolii Konglomeradzkiej wykryli ogromne skupisko metali, głęboko pod powierzchnią, które mogłoby zostać wykorzystane na budowę dziesiątek niszczycieli. Wyznaczam pana na przejęcie koordynacji eskadry przechwytującej w operacji wyzwolenia Bismaru za 8 dni. Proszę mnie nie zawieść, admirale Ardinn. – Zakończył wykład Evorn, jednocześnie bez pożegnania jasno kończąc spotkanie.
Michael skinął powolnie głową, wstając i zasuwając fotel, a następnie, wychodząc z biura. Dowodzący flotą, w której ten stacjonował, spoglądał w jego stronę, właściwie w stronę grodzi zasuniętej tuż za jego plecami.

Admirał wkroczył do swojego mieszkania, zdjął insygnia, cylindry, czapkę. Położył przedmioty na niewielkim stoliku położonym w rogu głównego pokoju, na którego środkowej linii, metr od tylnej ściany stało metalowe biurko. Całe pomieszczenie ozdobione było różnymi obrazami oraz dwiema parami kwiatów pochodzących z lasów Felucji. Wszystko wewnątrz było czyste i zadbane, wszystko pięknie się komponowało, lecz wszystko wciąż wyglądało jak zwyczajne pomieszczenie, w którym zawsze przesiadywał zwyczajny oficer Imperium.
Admirał jedynie w szarym stroju, bez żadnych służbowych ozdób, zasiadł za durastalowym biurkiem, które miało wbudowany holoprojektor. Uruchomił urządzenie, sprawdził stan eskadry, nad którą przejąć miał dowodzenie, jej oficerów i wszelkich należących do niej jednostek. Wszystko się zgadzało, a ewentualne usterki najpewniej były już reperowane przez techników, jednak dane o tym, jakie były siły Harrusa nie było dla nikogo znane. Agenci wywiadu donosili, że otwarcie na orbicie dryfowała niecała dziesiątka niszczycieli wsparta przez kilkanaście mniejszych krążowników, choć były komodor znany był z zaskoczenia, reszta okrętów najpewniej była ukryta.
Człowiek po jakimś czasie zdezaktywował holoprojektor, następnie powstając ze skórzanego fotela, jaki stał za metalowym meblem. Powolnymi ruchami skierował się do pomieszczenia na prawo od stanowiska, na lewo od wejścia. Była to sypialnia z podwójnym łóżkiem oraz szafą przy ścianie. Pokój był schludny i równie zadbany, jednak ozdoby nie znajdowały się tu praktycznie żadne. Ardinn nie przebrał się, zdjął jedynie buty i rzucił się na twardy materac sporawego łóżka, na którym zasnął w błyskawicznym tempie.

IV
Jego oczy, zalane łzami, musiały oglądać w lustrze najgorszy obraz, jaki sobie kiedykolwiek wyobraził – samego siebie. Co on zrobił... Najpierw zdradził, a później z zimną krwią zamordował swoją własną drugą połówkę. Nie myślał co robi, zła moc w niego wstąpiła, czyniąc za niego największe okropieństwo. Całe pomieszczenie było brudne od krwi, potu i łez, a to on był wszystkiemu winny. Zazdrościł sam sobie największego szczęścia, jakie go spotkało. Pistolet, jaki od pokoleń należał do jego rodu, przyłożył własną dłonią do własnej skroni. Piękna broń o smukłej sylwetce, z wygrawerowanymi bokami i skórzaną rękojeścią, wyprofilowaną idealnie do jego ręki. Spust już się znajdował przy stopniu, jaki miał zakończyć to wszystko...
Obudził się, to się nie wydarzyło. To był tylko koszmar. Zrzucił z siebie kołdrę i wylądował stopami na podłożu sypialni. Wstał i wyszedł w stronę kuchni. Otworzył lodówkę, wyjmując schłodzony alkohol, następnie nalewając go do odpowiedniej szklanki. Szybkim łykiem wypił zawartość, z hukiem odstawiając naczynie na blat. Oparł się rękami o stół, zamknął oczy.
– Znów koszmary? – zapytała kobieta oparta o ścianę.
– Znów się zakradasz? – odparł z lekką dozą humoru Hjarnan. – Alice, idź spać, proszę.
– Ty też idź, ostatnio coraz częściej budzisz się w środku nocy. Masz służbę.
– Jestem tylko formalnym narzędziem, kochanie. Ardinn wszystko załatwia.
– Ale to ty jesteś bohaterem Belvaris – dodała Alice. Kobieta podeszła do męża, mocno całując go w policzek, później opuściła kuchnię.
Mężczyzna jeszcze chwilę pozostał w pomieszczeniu. Wypił dwie kolejne szklanki trunku, po czym wrócił do sypialni, kładąc się spać. Leżał minutami ze ślepiami gapiącymi się na sufit zasłoniętymi powiekami, tym samym wyglądając jak martwy. Zasnął a wciąż miał świadomość nad wszystkim.
Kolejne jednostki czasu mijały, wciąż czując otaczający go powietrze, materiał ocierający się o jego ciało będąc wgłębionym w materac. Ciągle tlen mu umykał, aż się zbudził, wręcz nie wiedząc, że zasnął. Nie ujrzał swojej żony na drugiej połowie łóżka, jedynie odbite szczupłe ciało i zwiniętą kołdrę.
Ogarnąwszy się, mężczyzna zrzucił gruby kawał materiału z siebie, odrywając się od łoża i stawiając nogi na ziemię. Rozejrzał się po mieszkaniu, szukając Alice, krzycząc utęsknionym głosem w zmartwionym stanie, jednocześnie żałując pewnych czynów z przeszłości, jakich dokonał. Nie mogąc doszukać się kobiety przyodział służbowy mundur, przypiął insygnia, wsadził cylindry kodowe do kieszonek, w następstwie, opuszczając mieszkanie.

V
– Admirale, ofensywa za 8 godzin. Jak widzę, przygotowania idą wspaniale. Bardzo potężne siły oddaję do twojej dyspozycji. Pańskim zadaniem jest przechwycenie najcięższych jednostek Harrusa, a także i samego komodora – powiedział obserwując zza iluminatora sekcji dowodzącej imperialnego pancernika.
Była to ogromna jednostka mierząca kilometry, wielkości niemal pięciu podstawowych okrętów Imperatora, zdolna pokonać takich dziesięć. Choć to wciąż było za mało do potęgi superniszczyciela klasy Assertor, jaki od lat znajdował się na wyposażeniu wroga. To zapewne z nim będzie za zadanie miał zmierzyć się admirał Ardinn.
– Admirale floty – rozpoczął odpowiedź z naciskiem na sekundarne słowo. – Jak najbardziej. Z taką siłą okręt Harrusa nie ma szans, a warto podkreślić, że ma on swoje lata. Nie spodziewają się ataku.
– Nie wątpie, panie Ardinn, w powodzenie operacji. Życzę całkowitego sukcesu i minimalnych strat.
Michael skinął głową, na co Evorn odparł poszerzeniem uśmiechu. Dowódca floty prędko na pięcie się obrócił, wychodząc poprzez szeroką gródź w stronę turbowindy prowadzącej wprost do hangaru ponad siedmiokilometrowego pancernika. Prom typu Delta już czekał, przygotowany przez pilota, jednostka która od zewnątrz idealnie błyszczała niezabrudzona choćby odłamkiem kurzu. Tranportowiec z admirałem zapakowanym w sobie uniósł się, jednocześnie obracając i wylatując poprzez energetyczną ścianę z hangaru. Opuszczając skrzydła, prom skoczył w prędkość nadświetlną.

Najwyższy czas. Eskadra rozpoznania jest już na miejscu, raporty zostały dostarczone przed ewentualnym zakłóceniem sygnałów. Okręty pod nadzorem Ardinna szybowały w przestrzeni gotowe na skok. Rozkaz został wydany, cała eskadra licząca kilkanaście okrętów rozmyła się. Na miejscu całkowitej kosmicznej pustki pozostały jedynie wydalone odpady – czynność wykonywana zazwyczaj przy skokach, gdy uzbiera się zbędnych ton brudnych, śmierdzących resztek wystarczająco dużo.
Kilkuminutowa podróż pośród niebieskich, rozmytych obłoków zdołała mocno zagrzać umysły wszystkich osób przebywających i spełniających różnorakie funkcje – mniejsze bądź większe – na okrętach zgromadzonej jednostki, podnieść im adrenalinę, spodziewając się najgorszej z możliwych do wyobrażenia opcji.
Zgodnie z zebranymi danymi miało na nich czekać około piętnastu cięższych jednostek, z czego trzy niezidentyfikowane – kształtem przypominające wychudzone niszczyciele Imperial z ogromnym pierścieniem wbitym przed wieżą dowodzenia, wielkością natomiast równały się jednostkom Victory. Szczególnie przerażające miało być ich uzbrojenie... 160 wyrzutni rakiet, 10 ciężkich baterii turbolaserowych. Harrus od zawsze imponował potęgą swoich wojsk, przybywających w najmniej spodziewanym momencie.
Gromadka imperialnych wypłynęła w niepełnym składzie... Jedynie sześć okrętów, reszta pozostała w zgrupowaniu jako wsparcie oczekujące pomocy dla wroga. Przeciwnicy byli ustawieni w dwóch liniach, rozchodzących się na dwie, przeciwne sobie, strony. Jednostki ciągle stały w miejscu, nie próbując się skomunikować. Jasne było, na co się przygotowali... Na przylot statku zatrzymującego dech w piersiach, mrożącemu krew w żyłach, powodującego momentalne zatrzymanie myślenia, tylko wrażenie szybko nadchodzącej śmierci. Teraz miało być inaczej – wszyscy marynarze, podoficerowie, dowódcy okrętów byli przygotowani na ten widok, nauczeni pewności zwycięstwa bez konsekwencji, totalnego pogromu. Trzy interdykcyjne krążowniki, eskortowane przez dwa niszczyciele, dowodzone przez admirała Ardinna rozpoczęły powolne sunięcie się ku przodowi, jedynie oczekując pierwszego, agresywnego ruchu wroga. Ciągle odległość się zmniejszała, osoby odpowiedzialne za działa, wszelakie uzbrojenie byli uprzedzeni na gotowość w wyniku każdej ewentualnej sytuacji. Skanery szybko zaczęły wariować. Migały ciągle na czerwono, starająć się sprawdzić sygnaturę nadciągającego olbrzyma, mającego zjawić się za 50 sekund. Krążowniki interdykcyjne dostały szybkie zadanie – przeciągnięcie siłą emiterów najbliższego okrętu Harrusa na linię lotu giganta. Okoliczności sprawiły, że była to owa niezidentyfikowana jednoskta. Samym wyglądem budziła niepewność, nie przypominała niczego, co do tej pory wyprodukowano. Emitery dalekiego zasięgu wzięły się do działania – miały 30 sekund. Zaczęły wypychać jednostkę z bieżącego umiejscowienia. O dziwo nie sprzeciwiła się, już było wiadomo, że doszło do niepowodzenia.
– Gdzie jest eskadra zabezpieczenia? Czy, zgodnie z postanowieniami, Bellator jest już w drodze? – krzyczał zestresowany admirał, czując w kościach, żyłach i skórze nadciągającą anihilację.
10 sekund, zaczęto się wycofywać w stronę oddalonej eskadry rozpoznania składającej się z lżejszych jednostek – Raiderów, Lancerów i Victory. Nie zdążyli do nich dotrzeć, co i tak nie zmieniało sytuacji. Assertor wyskoczył, nad wypchniętą jednostką. Ogrom okrętu przykrył słońce dla Imperium, dla mieszkańców planety, dla robotników pracujących na wykopaliskach metali widocznych z przestrzeni. Ardinn wciąż się powolnie wycofywał.
– Jesteśmy przygotowani na wszystko, admirale – przerwał wszystko dźwięk dochodzący z komunikatorów Assertora. – Wsparcie się nie przyda.
Tylne jednostki rozpoznaniowe zawracały, gotując się do skoku, bez wyraźnego rozkazu dowództwa. Niezidentyfikowany statek runął za nimi. Mieli już skakać – wystrzelone pociski pierścienia zatrzymały wszystko, silniki się rozpadły, część statków całkowicie eksplodowała, załoganci wyparowali.
– Oto nasz najnowszy projekt. Krążownik Tyrant – dodał głos Assertora.
– Nie przybyliśmy z zamiarem walki, mieliśmy... – rozpoczął Michael, bez możności dokończenia wypowiedzi.
– Mieliście nas zlikwidować na rozkaz fałszywego imperatora – zastopował, najprawdopodobniej komodor Harrus.
– A wy działacie na rozkaz Nowej Republiki, dostarczając im surowce, broń...
– Nie działamy na ich rozkaz. Współpracujemy. – ponownie przerwał Harrus krótką i zwięzłą wypowiedzią.
Niespodziewanie wydarzyło się szokujące zjawisko, deszcz bez chmur, który ocalił życia dziesiątkom tysięcy ludzi. A większej ilości zabrał. Z nadprzestrzeni wyskoczyły dziesiątki niszczycieli, w formacjach, które przedzielały krążowniki Allegiance, wspierające standardowy superniszczyciel. Rozpoczęła się beztroska batalia – miliony wiązek produkowanych przez turbolasery, inne działa, wzajemnie się omijały nagle ostrzeliwując największe okręty. Niepełna eskadra Ardinna wykorzystała to, wykonała niezauważony obrót, celem skoku do macierzystego systemu. A na Bismarze potyczka się rozgrzewała.

VI
– Michaelu Callanie Ardinn. Za niewykonanie swojej misji, nieświadomie przyczynienie się zdziesiątkowania kilku ciężkich sojuszniczych jednostek, a ostatecznie ucieczkę z pola bitwy, zostaje pan zdegradowany do stopnia kapitana linii. Razem z tym orzeczeniem przyznaje się panu dowództwo nad VIII linią defensywną 756 floty Imperium Galaktycznego. Istnieje sprzeciw? – orzekł niski człowiek w randze moffa, na co wskazywała piersiowa plakietka, mający opaskę na pustym oczodole, przegryzający ze zdenerwowania wargi.
– Nie – powolnie z wyraźną irytacją odparł kapitan.
– W takim razie zezwalam na opuszczenie sali i powrót od odpowiednich obowiązków.
Ardinn skinął lekko głową, pogrążony w smutku i żalu, opuszczając powolnie, typowym imperialnym krokiem, salę. Najmniejsza niesubordynacja ma swoje konsekwencje – również to. Człowiek udał się na mostek flagowca gromady, na którym ów sala sądowa się znajdowała.
– W końcu wyznaczono nam planetę stacjonowania. Flota już nie będzie włóczyć się po kosmosie, oczekując na rozkazy – powiedział admirał Twentile wchodzącemu przyjacielowi.
– Słyszałem – odparł znużonym głosem Ardinn.
Hjarnan obrócił tułów w stronę przybysza, spoglądając na insygnia, którym brakowało kilku kolorowych, kwadratowych figur. Zamierzał coś powiedzieć, jednak plakietka jasno mu przekazała to, co się wydarzyło. Wrócił do poprzedniej pozycji, mierząc oczyma po niebieskich ścianach nadprzestrzennego tuneli, który w ułamek sekundy zamienił się w widok planety spowitej purpurem, gdzieniegdzie z zauważalnym ciemniejszym fioletem, przez księżyc. Szeroka urbanizacja na równiku była naznaczona jasnymi liniami i wyraźną granicą między dalszymi pustkami.
– Oto Belvaris – dodał dość radośnie Twentile.

Batalia toczyła się od godzin. Dowódcy obu niesłychanie potężnych, ogromnych flot ciągle obmyślali taktykę. Ogromny Assertor w niczym nie ustępował wiele dłuższemu niszczycielowi Super. Dwojga frunących na przeciw siebie kilometrowych statków nieustannie obrywało rakietami, wiązkami i promieniami od wszystkiego czym dysponował przeciwnik. Tysiące myśliwców się ścierało w imię różnych idei.
Niespodziewani przybysze utworzyli wielki klin z gigantem na czele, natomiast obrońcy Harrusa złożyli się w formację przypominającą z grubsza połowiczny owal kryjący Assertora. Obie utworzone gromady jednak stały na różnych wysokościach – Harrus był niżej.
Prototypowe Tyranty wybitnie się spisywały – zaopatrzenie w setki rakiet zdolnych do samodzielnego nakierowywania się we wroga w połączeniu z zakłóceniami wymierzonymi we wrogie Immobilizery strącały niejednego Imperiala. Była jednak pewna wada, która czyniła z nich jednostki, które sensowne wykorzystanie miały jedynie w odpowiednich warunkach. Wielkość okrętów nie pozwalała na zamontowanie w nich zaawansowanych osłon. Na czas wystrzeliwania rakiet, niszczyciele stawały się podatne na wszelkie uszkodzenia, ponieważ tarcze blokowałyby rakiety. Niemal każdy statek tej klasy poległ w trakcie batalii, niosąc jednak za sobą równie wielkie straty u przybyszów.
Potyczka dobiegała końca. Dziesiątki jednostek powolnie opadało na powierzchnię Bismaru, który niegdyś i tak został diametralnie zniszczony w wyniku bombardowań. Assertor coraz mocniej zatracał swoją ochronę, starając się ciągle wytrwać. Możliwość ostrzeliwania jedynie spodu niszczyciela Super była mało skuteczna.
– Dostajecie ostateczną szansę na poddanie. Kolejnej możliwości nie będzie, a istnieje możliwość odpokutowania zdrady... – dobiegł komunikat pochodzący z dziewiętnasto-kilometrowego kolosa.
– Zgadzam się na zaprzestanie walk, jednakże nie oddamy się w ręce fałszywego imperatora – starał się załagodzić sytuację komodor.
– Towarzyszu Harrus. Przed nami już nie uciekniesz, od lat uginasz się pod potęgą, taktyką, strategią mojej floty, teraz przybyliśmy po coś, co nasze. Zakończmy to raz na zawsze, kolejnej okazji nie będzie.
– Rozstrzygnijmy to ostatecznie – odparł Harrus przerywając całkowicie komunikację.
Z powierzchni wydobyły się ogromne zielone wiązki turbolaserów, mocno ingerujące w osłony superniszczyciela, ograniczając je do minimum. Assertor wznowił atak, strajkując agresorowi.
– Zbombardować planetkę. Będę nad nią ubolewać. Przygotować krążowniki interdykcyjne, wszystkie promienie ściągajace na Assertora – powiedział dowódca przesiadujący na mostku superniszczyciela.
I stało się tak, jak rozkazał. Wielkie, odkryte powierzchniowe kopalnie zostały zmyte, a pozostałą zieleń ogarnęła szarość, zaraz po dziesiątkach wybuchach na powierzchni. Assertor został zatrzymany, przed planowanym skokiem w nadprzestrzeń. W końcu zaprzestano walk, znając w obu frakcjach jasnego zwycięzcę. Srebrzysty prom wyleciał z hangaru Supera, po chwili wlatując na pokład Assertora, w kilkanaście minut powrócił. Zwycięska flota skoczyła do komórki macierzystej, zwyciężona flota rozpadała się, odłamując się na zdewastowaną przed laty powierzchnię Bismaru, którą dziś jedynie dobito.

VII
– Pani admirał wie co to dobra zabawa! – krzyczał pijany Twentile z pełnym kielichem alkoholowego trunku, co trochę wylewając jego zawartość.
– Hjarnanku, ściągaj to! – odkrzyknęła kobieta, skąpo ubrana, która służbowo nosiła insygnia admiralskie.
Twentile prędko się rozebrał, towarzyszka uczyniła to samo. Obydwoje pogrążyli się w nieczystej zabawie, nie myśląc nad niczym, co czynili w tej rozkosznej chwili. Obaj żonaci – a jednak obaj nie lękali się, przy kompanii alkoholu, zagrać w brudne gierki z innymi. Oczywiście wszystko w ścisłej tajemnicy, zamkniętej pod kluczem ukrytym w głębokiej otchłani.
Hjarnan nie zastanawiał się nad Alice, zapomniał o niej. Liczyła się tylko ta wysoko postawiona dziwka. Ale podobnie robił lata temu, jeszcze zanim znalazł się na Batorine... Zanim poznał dzisiejszą żonę. To był cały Twentile. I taki był jego brat, ojciec, dziad. Wszyscy mieli ogromne, niewyjaśnione powodzenie wśród płci pięknej.

Mężczyzna otworzył oczy. Serce mu panicznie waliło w piersi, wydając się chętnym do natychmiastowego wyrwania się. Ale to był jedynie kolejny koszmar, tyle że inny, porównując do reszty – on to dobrze pamiętał, to się wydarzyło, jeszcze przed trzema dniami, gdy Ardinn był degradowany. To był dzień, który miał wszystko zmienić.
Dorosły chłopiec wstał z łóżka, idąc do kuchni, gdzie otworzył lodówkę. Już łapał za butelkę wódki, ale jej nie uchwycił. Zamknął chłodną maszynę, a do stojącej na blacie szklanki nalał trochę wody, który powolnie wypił jednym, ciągłym duszkiem.
Wracając, zatrzymał się. Obejrzał niewielki stolik ze złotą szkatułką stojącą na nim. Otworzył pudełeczko, w którym ukazała się rodzinna broń – ta, o której śnił, jako o narzędziu zbrodni, która ukazała się we śnie. Niewiadomo czym to było – wizją, koszmarem, ostrzeżeniem. Chwycił za pistolet, poszedł z nim do sypialni, gdzie pogrążona w dobrej myśli sypiała żona, Alice. Hjarnan przymierzył bronią, wycelował prosto w głowę, niewinnie ułożoną na miękkiej poduszce.
Spust już docierał do stopnia wystrzału, wyraźnie było to słyszalne. Dźwięk zbudził kobietę, która natychmiast zareagował odskakując od miejsca spoczynku. Z zaskoczenia mężczyzna uruchomił blaster, uszkadzając łóżko. Dramatyczne wydarzenie zapieczętowało przyszłościowy los pary...

Kontynuacja historii w opowiadaniu Życie i śmierć.

Epilog
Pomieszczenie było ciemne, małe i brudne. Oświetlała je, leciutko, niewielka lampka ułożona na środku sufitu, choć i tak nie produkowała wystarczająco energii, aby móc się dokładnie rozejrzeć po pokoiku. Choć właściwie za czym, skoro tu nic nie było... Poza krzesłem, na którym siedział człowiek. Dość wysoki, odpowiedniej budowy. Miał na sobie mundur imperialny, na rękach przymocowane kajdany, a na piersi plakietkę komodora, choć spełniał znacznie wyższe funkcje. Był to schwytany Crix Harrus – imperialny zdrajca, pokonany, oczekujący na przesłuchanie.
Gródź się otworzyła, wpuszczając niespodziewane tu światło, przysłaniane przez sylwetkę mężczyzny. Człowiek ten podszedł bliżej Harrusa, stając w miejscu ze splecionymi rękami, przy dolnym stopniu pleców. Był on w średnim wieku, dobrze zbudowany o lekko bladym kolorze skóry i mocno siwych włosach. Połowę życia miał już na karku, za czym idzie doświadczenie i wiedza.
– Wielki moff – zaczął z wyczuwalnym wręcz natychmiastowo przekąsem więzień. – Andros Dorvin.
– Milcz Harrus – odparł szybko, spokojnym tonem informator. – Zostajesz skazany na dożywotnie pozbawienie wolności i nakazaną służbę dla prawdziwego Imperium. Teoretycznie, powinienem cię stracić za zdradę. Jesteś jednak zbyt cenny, dlatego zachowam ciebie, twoich ludzi i twoje projekty, które zostaną wkrótce rozwinięte. Jakieś pytania?
– Nie. – Wyraźnie, ze wzorowym wręcz tonem i podejściem do rozmowy, odpowiedział Harrus.
Andros Dorvin rozsunął ręce, ujawniając trzymany datapad, a następnie wklepując do niego dane. Po zakończeniu czynności ponownie skrył kończyny na tyle, obracając się zgrabnie nie pięcie, opuszczając pomieszczenie w pełnej gracji imperialnego chodu oficera.


Obok dawania możliwości tworzenia swojego własnego świata Gwiezdnych wojen celem Star Wars Fanonpedii jest gromadzenie twórczości znanej jako fanfiction. Opowiadań pisanych rozdziałami, które tworzymy od ponad trzech lat, jest już ponad 407, jednak ich liczba stale wzrasta.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.