FANDOM


Autor: Mustafar29
Sw logo

Sayex Dee: Epizod 01 – Wezwanie, część I

Wiatr powiewał delikatnie, niemniej tak, że dawało się go odczuć, zwłaszcza będąc niedostatecznie odzianym. Owady zamieszkujące zielony busz niezliczonych gatunków traw i ziół planety Dantooine zaczęły dawać kolejny koncert, jak gdyby chciały powitać wschodzące ponad horyzontem wielkie, pomarańczowe słońce, wieszczące nadejście nowego dnia. Patrząc pod odpowiednim kątem i oczywiście będąc usytuowanym we właściwym miejscu, można było dostrzec sylwetkę pewnego przedstawiciela jakiejś humanoidalnej rasy, która kolidując z ukazującym się ciałem niebieskim, mogła wydawać się jedynie cieniem.
Czynniejszy obserwator jednak, podchodząc coraz bliżej, mógł dostrzec więcej detali postaci, takich jak chociażby lekku, obecne na głowie każdego zdrowo rozwijającego się Twi'lekanina. Po chwili jasnym powinno się stać, że ma się do czynienia z przedstawicielem właśnie tej rasy.
Siedemnastoletni Sayex Dee podążał przed siebie, wyznaczywszy sobie uprzednio cel jak najszybszego dotarcia do ratusza. W Kywalker, zamieszkiwanej przez niego wiosce, niegdyś zresztą na prawach miejskich, od dnia wczorajszego był uznawany za osobę pełnoletnią, co oznaczało, iż mógł już prawnie, w pełni legalnie rozpocząć drogę przed dorosłe życie.
Chłopak dotychczas nie zwykł jednak żyć tak, jak jego rówieśnicy. Swoich rodziców stracił bowiem w bardzo młodym wieku. Starając się patrzeć obiektywnie, nie był w stanie określić, czy ich pamiętał, czy znał jedynie z opowiadań członków tubylczego ludu Abejów. Te owadopodobne, rozumne stworzenia zamieszkiwały Dantooine od niepamiętnych czasów. Nawet Agata, najstarsza przedstawicielka plemienia Bageti, nie potrafiła określić, z której części planety przybyły i w jaki sposób osiedliły się w Kywalker. Ale dla Sayeksa Abejowie stanowili coś więcej niż tylko jeden spośród wielu ludów miejscowości. Dla niego była to rodzina, z którą nierozłącznie wiązał każdą chwilę swojego życia. To wśród nich się wychował i wyrósł na tego, kim był teraz. Wiedział, że gdyby nie Maarthina, królowa tak zwanego roju, mógłby nie dożyć w chwili, jaką teraz przeżywał.
Młodego Dee cechowała naturalna umiejętność poświęcenia się, w efekcie czego często swoje własne dobro poświęcał kosztem korzyści innych. Tak było i tym razem – chcąc jak najlepiej dla Abejów, postanowił rozpocząć własną wędrówkę przez życie, której pierwszym krokiem miało być wynajęcia mieszkania. W dniu wczorajszym chłopak dowiedział się jednak, że królowa Maarthina o wszystko zadbała na przód; już dziesięć lat temu wykupiła działkę z myślą o Sayeksie. Teraz pozostały więc tylko formalności, jak ubieganie się o dowód tożsamości i zameldowanie się, co nie powinno stanowić problemu.
Nadszedł jednak czas, aby przerwać egzystencjalne rozważania, gdyż chłopak dotarł do ratusza, który na jego szczęście został już otwarty. Po pokonaniu paru stopni Dee otworzył wielkie, dwuskrzydłowe drzwi i po chwili jego oczom ukazał się wielki korytarz. Chłopak wiedział jednak, którą drogą podążyć, aby zawitać do prywatnego gabinetu sołtysa. Kiedy był już nieopodal wejścia, dotarły do niego dwa znajome głosy dwóch rozmawiających ze osobników. I chodź chłopak nie miał w zwyczaju podsłuchiwać, tym razem uznał, że lepiej będzie, jeżeli wstrzyma się z wejściem, by nie przeszkodzić w, tak ważnej z pozoru, dyskusji.
– Sygnał jest zablokowany. Wiem, że nasz sprzęt nie jest pierwszej klasy, ale normalnie nie dzieje się, by wszystkie komputery i komunikatory ze światem zewnętrznym miały awarie w tym samym czasie – mężczyzna, którego słyszał Twi'lekanin, jak się wydawało, zakończył swoją kwestię lub po prostu ją przerwał. – Posłuchaj, Kit: tym razem to nie przelewki. Nie pomyślałeś, że Reptilious może spełnić swoje pogróżki?
W międzyczasie przysłuchujący się rozmowom Sayex zdążył dość do wniosku, że dyskutantami byli sołtys Kitemarus Mathhak oraz komendant lokalnej gminnej policji, Ben Roguer. Teraz powoli zaczęło do niego docierać, że z pozoru ich błaha debata może dotyczyć czegoś więcej.
Targany emocjami, chłopak wszedł. Nie planował tego wcześniej, niemniej nie mógł znieść niepewności oraz przede wszystkim nie chciał być nie fair, podsłuchując innych.
– Dzień dobry – przywitał się, po czym spotkał się z wpatrzonym w niego wzrokiem obu mężczyzn – a przynajmniej Roguera, bo Mathhak był Jawą – połączonym z grymasem zdziwienia.
Chcąc wyjść z coraz bardziej niekomfortowej sytuacji, Twi'lekanin postanowił powiedzieć coś pierwszy.
– Ja… chciałem tylko poprosić o dokument tożsamości i o… sprywatyzowanie jednej działeczki. Królowa Maarthina zapewniała, że to tylko formalność, tak że…
I w tym momencie Dee zdał sobie sprawę z absolutnego braku taktu z jego strony. Postanowił to zmienić.
– Saex Dee – przedstawił się.
Kitemarus Mathhak z kolei spojrzał na komendanta. Wyglądać to mogło tak, jakby obaj wpadli na ten sam pomysł w tej samej chwili.
– Chłopcze – powiedział Jawa – dobrze, podpiszę ci tę karteczkę, ale pod jednym warunkiem.
Dee nie ukrywał zdziwienia, słysząc słowa sołtysa. Przede wszystkim spodziewał się, że nie tak załatwia się formalności.
– Zamieniam się w słuch – powiedział jednak, chcąc mieć tę niekomfortową rozmowę jak najszybciej za sobą.
Ben Rouger tymczasem obrócił się w stronę przybyłego do ratusza młodzieńca.
– Dobrze – odpowiedział mu Mathhak, następnie sięgając po bloczek różowych karteczek. Gdy oderwał jedną, zaczął pisać coś na niej, a na koniec zgiął w połowie i przekazał Twi'lekaninowi.
– Weź – powiedział. – I zanieś to Crovhie Agacie, dobrze? Spiesz się, nie ma zbyt wiele czasu.
Dee, zważywszy na wrodzoną kulturę osobistą, wziął papierek do ręki, następnie wkładając do przedniej kieszeni w kurtce. Nie do końca wiedział, co się właśnie zdarzyło, ale usłyszawszy, co usłyszał, pożegnał się i wyszedł.
Ben Rouger tymczasem popatrzył zdziwiony na Javę.
– Naprawdę myślisz, że ona coś zaradzi? – zapytał.
– To nasza ostatnia nadzieja, przyjacielu – odpowiedział sołtys.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.