Star Wars Fanonpedia

💪 Starcie gigantek trwa!
Oddaj głos na swoją faworytkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Autor:Okeana
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Poziom 3 (15 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
18207 bajtów • Około 28 minut czytania

Mężczyzna w oficerskim mundurze z poblakłym wąsem jeszcze przez chwilę nie puszczał swojego syna. Czekał na to tyle czasu. Czekał aż w końcu będzie mógł przytulić swojego potomka. Dziecko, które narodziło się dzięki niemu. Dzięki miłości do Filip, która niestety zmarła... O czym sam miał się zaraz dowiedzieć...

- Nadal nie wierzę, że tu jesteś, Kai. Jak to możliwe? Jakim cudem? - dopytywał, nie mogąc ukryć zaintrygowania jego nagłym pojawieniem się właśnie tutaj. W miejscu w którym on się znajdywał. Czyżby jakaś magiczna siła sprawiła, że się spotkali?

- A czy przed chwilą nie mówiłeś, że to nie jest ważne? Przecież jestem tutaj z tobą! - wykrzyknął młodzieniec o niebieskich oczach, na które zaczęły nachodzić bujne, ciemne brwi od zmartwienia. Chłopak wyglądał naprawdę na zaniepokojonego. Grymas na jego twarzy świadczył, że chciał coś ukryć. Od czegoś uciec. Wymusił jednak uśmiech, by już nie psuć chwili. W końcu spełniło się jeden z jego najbardziej upragnionych snów - odnalezienie ojca. - W końcu się udało. Jesteśmy razem. Cieszysz się, tato?

- Ależ oczywiście, Kai. Tyle czasu ciebie nie widziałem to okropne... Naprawdę okropne! To jak mnie potraktowała Filip. Znaczy twoja matka. Masz zamiar do niej wrócić? - zapytał Teck, pełen zniesmaczenia na myśl, że jego była ukochana odbierze mu dziecko i zabroni z nią kontaktu.

Kai zanim odpowiedział spuścił głowę. Te słowa naprawdę ciężko przychodziły mu na myśl, a co dopiero, żeby miały się wydostać przez gardło? O ile na Braw Neck'a potrafił wyrzucić myśli pod wpływem gniewu to przy jego rodzicu pojawił się problem. Złość minęła, ale czy do końca? Nie... Została uśpiona przez chwilę spokoju.

- Ale... Ale to niemożliwe... - wyszeptał to ledwo z ogromnym trudem, ponieważ do oczu napływały mu łzy, a gardło wraz z żołądkiem zaciskały się.

Barr Teck od razu zauważył, że chłopakowi łamie się głos.

- O czym ty mówisz? Kai. O co chodzi? - zapytał zdziwiony. Usiłował zrozumieć, co ma na myśli. Po chwili jednak zdał sobie sprawę o tym, co wcześniej mu powiedział. Że domu już nie ma.

Stanął więc jak wryty i otworzył tylko szczerzej oczy, niedowierzając w to.

- Gdzie jest mama, Kai?

- Ona... Nie żyje! - wykrzyknął z emocji pod wybuchem płaczu. To było przykre przeżycie dla młodego chłopaka.

Barr stał w kompletnej ciszy. Zmroziło i jego do takie go stopnia, że też nie mógł wydobyć żadnego słowa. Podobnie, jak jego syn. Objął ponownie chłopaka, by ten mógł się wypłakać w jego mundur. W między czasie przeczesywał ciemne włosy Kaia, głaszcząc go na pocieszenie. Kiedy młody Teck wylewał emocje to Barr stał niewzruszony. Nie dawał po sobie poznać, że to go zraniło, jednak w głębi duszy czuł jak jego serce rozrywane jest na tysiące małych kawałeczków. Po chwili jednak zmarszczył brwi. Zaczął tak robić od jakiegoś czasu przy głębszym rozmyślaniu. W końcu odsunął od siebie syna i trzymając go za ramiona, przyklęknął przed nim, aby spojrzeć mu prosto w oczy.

- Czy widziałeś to jak mama zginęła? - zapytał twardym, jak głaz tonem.

- Nie... - odpowiedział, przecierając rękawem nos. - Straciłem wtedy przytomność i jak się obudziłem to... To byłem na stacji z jakąś babcią i dwoma dorosłymi mężczyznami. Jeden z nich zapewnił, że powie mi, co się stało z mamą. Sprawy jednak potoczyły się inaczej...

- Hmm... Ciekawe kim był ten mężczyzna... - Barr Teck zaczął myśleć na głos. Obmyślał już strategie, co może zrobić. Najbardziej odpowiednie wydawało się poszukiwanie kobiety, a jak nie kobiety to ciała. Jednak by to zrobić to musi wydobyć pewne informacje o wspomnianym przez syna facecie.

- Był Jedi. Tak go określił niejaki Luc, jak byliśmy w celach. Bardzo się wtedy bałem... Ale słyszałem jak rozmawiali. Diego ich zdradził! Ale... Nikt nie powiedział imienia Jedi... Nie wiem więc jak się nazywa.

Barr Teck złapał jedną ręką za wąsy i przygładzając je, zaczął rozmyślać nad imieniem Diego.

- Diego... Diego... - znowu rozmyślał na głos, by zaraz przejść do sedna. - Był separatystą, który był poszukiwany przez komandora Ralf Vanders i kapitana Harveya Drayena-Yarga. Pomagałam im w złapaniu tego separatysty. Na pewno będę mieć informację o Diego oraz tym Jedi! A potem się dowiemy, co dokładnie się stało... Co z Filip... Oficerowie nas naprowadzą na zbiegów, a Jedi wraz z Diego naprowadzą być może na Filip.

Kai Teck patrzył z podziwem na ojca. Fascynowały go jego dokonania, a teraz jak mówił o osobach z wyższą rangą i to przy misji w której brał udział jego tata to był jeszcze bardziej dumny, że w żyłach płynie jego krew.

- Chcę pomóc! Chcę walczyć! - wyraził chęci młody Teck, czując, jak wracają mu siły. - Chcę być taki jak Ty!

- Och, naprawdę, moje dziecko? - uśmiechnął się po usłyszeniu tego i musiał aż dopytać dla pewności.

- Tak! - odpowiedział z entuzjazmem Kai.

- Byłbyś nawet gotowy, żeby poświęcić wszystko co masz dla Imperium? Ja dla Imperium oddam nawet życie! Imperium dba o swoich ludzi. Nawet bardziej o mnie zadbało niż Filip. Ona mi Ciebie odebrała, ale pokażemy jej, że Imperium jest dobre.

- Ta jest! Odnajdziemy mamę. - powtórzył po ojcu Kai.

Barr Teck poprosił jednego z klonów, aby zorganizował spotkanie z komandorem albo kapitanem. Mieli ważną sprawę do omówienia. Chodziło o znalezienie Diego oraz Braw Neck'a w celu zdobycia informacji odnośnie Filip.

Border.png

Tymczasem Braw Neck wraz z Gienną oraz Luc'em oddalali coraz bardziej od byłej kryjówki separatystów.

- No nie wierzę! - powiedział Braw Neck. Tym razem postanowił sobie odpuścić i pozwolić na okazanie więcej emocji. - Dacie wiarę? Udało się! Wyszliśmy cało.

- Mieliśmy szczęście, hę? - dodał z uśmiechem Luc.

- Może i mielitma, ale co z tym kawalerem? Uciekł! - wtrąciła się Gienna. - A tamta chłopaczyna... Bidny dzieciok. Mówię wam. Bidny.

Gienna przypomniała sobie jak został postrzelony. Miała co do tego pewne wyrzuty sumienia. Drużyna w końcu go tam zostawiła. Nawet nie zabrali ze sobą ciała, aby je godnie pochować. W końcu to dzięki Kaiowi zawdzięczali to, że teraz są na pokładzie "Potwora", że udało im się ujść z życiem. W przeciwieństwie do niego. Nie wiedzieli nawet czy na pewno umarł. Pozostawili go na łaskę losu. Losu, który się na nich zemści i w końcu odbierze swój dług...

- Dlaczego nie sprawdzilita czy nie umar? Jam jest stara i schorowana. Jam nie miała na to siły. A co z wami? Niedobre chłopy! - warknęła z oburzeniem.

Braw Neck spuścił tylko głowę i zaczął mieć wyrzuty sumienia. Gienna miała rację. Mógł coś z tym zrobić, jednak on wybrał inaczej. Usprawiedliwienia brakiem czasu nie wchodziły w grę. Przecież ten czas mógł go uratować, a chłopak przestał by go obwiniać, a nawet mógłby być dobrym członkiem ich ekipy. Wraz z Luc'em mogliby zdziałać cuda, gdyby tylko mieli do tego okazję...

- Masz rację, Gienno. Mogliśmy coś zrobić. - odpowiedział po chwili namysłu nad jej słowami. - Jednak teraz jest już za późno. Czasu nie cofniemy. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś się nim odpowiednio zajmie...

Gienna dalej nie była zadowolona. Przecież najpierw stracili Julię Ta z drużyny, a teraz Kaia Teck, nie wspominając już o Diego, który ich porzucił.

- Trzeba się skupić na teraźniejszości, myśląc o przyszłości. To co teraz zrobimy, hę? - Luc uzupełnił zdanie byłego Jedi.

- Ta. - odpowiedział krótko Neck.

- Nie mam gdzie wrocać. Jam zostane z womi. - oznajmiła Gienna.

- No tak... - Jedi przypomniał sobie zdarzenia z Kashmarr'ka. Sytuację, gdzie miał wybór. Mógł oddać się w niewolę by ocalić mieszkańców. Gdzie do interwencji wtrącił się Diego i go ogłuszył. - Nic już nie rozumiem...

- Hę, czego? - zdziwił się Luc, nie bardzo rozumiejąc, co mają teraz na myśli. Nie był w końcu świadkiem, a jedynie później dołączył do drużyny jako mechanik.

- Diego. Najpierw mi pomógł, a na końcu odwalił taki numer. Zdradził nas. Nie rozumiem tego. Co chciał przez to osiągnąć?

- Kto go tam wie. Lepiej, że go ni ma! Ni zrobi nom wincej krzywdy! Już dużo pokozał. Nawet za dużo!

- Może to zabrzmi głupio... Ale wierzę, że jest dobrym człowiekiem. Tylko musi go coś napędzać do tego, że jest taki, a nie inny.

- Głupiś! Głupiś! - warknęła Gienna, nie mogąc tego dłużej słuchać.

- Hmm... - zamyślił się Luc. - Pamiętacie tego jego droida, hę? Mówił, że był dla dziewczyny. Może ona ma coś z tym wspólnego, hę? - zasugerował.

- To mogłoby mieć sens. - powiedział Braw Neck. - Tylko po co byliśmy mu potrzebni?

- Może chciał jej zaimponować, hę?

- Może i tak... Jednak są ważniejsze sprawy. Jak chociażby dom Gienny. - Braw Neck postanowił nagle zmienić temat, wracając do wcześniej wspomnianej sprawy. - Jak myślicie, co się stało jak byłem nieprzytomny? Co z ludźmi?

- Ni wiemy. - odpowiedziała krótko Gienna. - Może ni żyjo, a może żyjo...

- A może powinniśmy się dowiedzieć, co się z nimi stało, hę? Poszukajmy lepiej ich ciał, a jak nie znajdziemy to będzie znaczyć, że wciąż żyją i jest dla nich nadzieja. - zaproponował Luc.

- A więc lecimy na Kashmarr'k? - dopytał były Jedi.

- Skoro jest nadzieja to nie pytajta głupio, tylko lećta! - wykrzyknęła z nadzieją w głosie Gienna, Skrycie wierzyła, że inni mieszkańcy, w tym jej przyjaciele, sąsiedzi przeżyli. Tęskniła za nimi bardzo i nie dopuszczała myśli, że może coś złego im się stać. A jakby to się stało to jedno jest pewne. Obwiniła by Diego za sprowadzenia kłopotów na wioskę, na jej dom.

Border.png

Diego jako jeden z nielicznych zdołał uciec. Ledwo mu się to udało, bo przeciwnicy byli twardzi. Część poległa, a część trafiła do niewoli. Do ostatnich należała jego ukochana. Zarówno dla niej, jak i reszty postanowił odnaleźć artefakt.

Blondyn dryfował w małym statku, który ukradł przy dobrej okazji. Właściciel akurat wyszedł do toalety, a więc Diego mógł działać. Wrzucił na pokład swojego poturbowanego droida, po czym sam do niego dołączył i uruchomił maszynę.

- Obiecuję ci, że ciebie naprawię, ale to jak będziemy bezpieczni. - powiedział do swojego, pomimo tego że i tak mu nie odpowie. Był w pełni tego świadomy.

Siedząc za sterami rozmyślał nad artefaktem, który pomoże mu osiągnąć cel. Musiał działać i to szybko. Bo nie wiadomo co Imperium może zrobić separatystom. Pamiętał, że czytał o tym, bo mu stary znajomy o tym opowiadał. Niestety nie potrafił przypomnieć sobie nazwy. Pozostało mu więc odnaleźć Ricka Pet. Domyślał się, że to nie będzie proste, bo Rick lubił się błąkać i rzadko kiedy bywał w domu. Należał do osób, które wolały oddać życie nauce i wiedzy. Poszukiwał ich w ruinach i starych miejscach w które nikt nie zagląda poza dzieciakami z małą ilością wrażeń.

Poleciał więc w miejsce w którym już był. Do baru na stacji kosmicznej. Diego był tam stałym klientem i wiedział, że jest tam szybki przepływ informacji. Bez problemu mógłby zapytać o Ricka. Zaraz po wylądowaniu poszedł od razu do barmana.

- Siema Dick! - przywitał się z nieco bardziej puszystym osobnikiem Cereanie.

Dick miał charakterystyczny wygląd dla swojej rasy, a mianowicie podłużną głowę. Z tyłu wiązał koka, który zwykle był niedbały i włosy rządziły się swoimi prawami fizyki. Miał na sobie biały fartuch, który zakrywał gołą klatkę piersiową i dosięgał do połowy skórzanego, brązowego kilta.

- No proszę. Kogo my tu mamy. Toż to Diego. Hehe! - uradował się na widok stałego klienta. W końcu to była dobra okazja do zarobku. - Cóż mogę Ci podać? Czego sobie życzysz, przyjacielu?

- Przejdźmy od razu do sedna, bo sprawa jest pilna. Potrzebuję informacji. Ach, i przy okazji może być szklanka wody, bo trochę w gardle mi zaschło.

Dick rozejrzał się po barze i wyciągając czystą szklankę wraz z wodą nachylił się nad blatem, żeby być bliżej Diego.

- Już podaję. A jakich to informacji szukasz? - zapytał dyskretnie, ściągając folię ze szklanki i podsuwając mu ją.

- Ech... Szukam kogoś. A Ty widziałeś tutaj tyle osób i słyszałeś tyle historii to na pewno wiesz coś. Tylko potrzebuję najświeższych informacji! - wyraźnie to podkreślił tonem.

- A no tak tak! Ja wiem dużo. Domyślam, że chodzi ci o tą grubą babę. Jak jej tam? July? Jane? A no tak! Julie Ta! Oj powiem ci, że Cul naprawdę się nią zajął...

Diego już podniósł rękę i miał coś powiedzieć, ale jak usłyszał znajome mu imię zaniemówił. Przez chwilę miał otwartą paszczę i trzymał rękę w powietrzu, ale zdając sobie sprawę ze swojej dziwacznej mowy ciała sięgnął po szklankę wody i wziął łyka z zaciekawieniem.

- Dobrał się do niej jak nóż wchodzi w masełko. Taka z niego bestia. Nie darował sobie tej kradzieży biletów! Musiała mu zapłacić. Cul to wymagający gość. A więc sama zapłata za bilety mu nie wystarczyła. Musiał się jeszcze nieco zabawić, hehe. Następnego dnia znaleziono jej ciało. Jakiś dziwaczny typek znalazł ją martwą. Będziesz musiał sobie z gościem o tym pogadać. Tylko uważaj. Bo to większy potwór od ciebie. Haha! Ja chyba za dużo już ci powiedziałem i nie wziąłem nawet ani grosza za to! Ale uznajmy, że to po znajomości. Dla stałego klienta informacje za friko! Hahaha!

- Za friko powiadasz? Dobrze się składa. Wiesz co przyjacielu? Dziękuję Ci za tą interesującą historię, ale nie pozwoliłeś mi powiedzieć o kogo mi chodzi. Straciłem trochę cennego czasu. A sam wiesz... Czas to pieniądz. Tak więc jestem przez ciebie stratny. Ale! Możesz mi to wynagrodzić i nie będę musiał zapłacić za tę wodę. Co ty na to? - Diego zmarszczył brwi i uśmiechnął się nieco. Uwielbiał naciągać Dicka, żeby nie wyjść bez strat.

- A niech stracę już... Kogo więc szukasz? - odpuścił mu jak zwykle.

- Rico Pet. Stary znajomy, co nie potrafi w domu usiedzieć.

- Rico Pet... Rico Pet... Coś mi to mówi. Ach tak tak! To on znalazł ciało tej grubej! Najwidoczniej miał jakiś układ z Cul'em. Zdaje się, że Cul miał zorganizować mu transport. Jeśli zdążysz to może się nie miniecie, hehehe!

- Dzięki. Interesy z Tobą to przyjemność! - krzyknął w biegu. Właśnie wychodził i szedł pospiesznie w kierunku niewielkiego statku.

Ucieszył się, bo ma środek transportu, a więc może się z nim targować. Przysługa za przysługę. Transport za wiedzę. A wiedzą Rico lubi się dzielić. Ruszył więc do kwatery Cul'a.

Miał szczęście. Rozpoznał Rico od razu. Niewiele się zmienił odkąd widzieli się ostatnim razem. Rico należy do rasy ludzkiej. Ma szare, ale nie siwe, włosy, które sięgają mu do połowy pleców. Ma również bujną brodę, którą wiąże trzema gumkami w takiej samej odległości od siebie oddalonej. Uwielbia nosić bordową szatę, sięgającą prawie do ziemi. Przepasa ją ogromnym pasem na którym są różnej wielkości saszetki.

- No proszę! Tego czarodzieja nie widziałem od długiego czasu. Rico Pet! - zagadał do niego Diego.

Rico popatrzył na niego i przetarł aż oczy z niedowierzania.

- Diego? To Ty? I to tutaj? Niemożliwe! To na pewno nie jest przypadek. - oznajmił Rico, marszcząc przy tym brwi. - Czegoś ode mnie chcesz, prawda?

- Zaoferować ci transport, bo oboje wiemy, że lepiej nie ufać Cul'owi. Chodź ze mną. Lepiej szybko! Znalazłeś w końcu Julię Ta. Porozmawiamy o tym na moim statku!

Diego podszedł od tyłu do Rico i zaczął go popychać w kierunku swojego statku. Przy okazji złapał jego torbę podróżną i wniósł na swój pokład. Rico nie był chętny co do osoby Diego. Jednak darmowy transport go przekonywał i postawił mu zaufać. Nie wiedział jednak, że darmowy jest tylko w jego domyśle.

- Już wiesz o tej biednej kobiecie. Aj to był okropny widok. Czytałem już tyle książek, gdzie działa się krzywda, klęski spadały czy też klątwy, ale nadal mam ludzką twarz i wzbudza to we mnie pewien ból. - zaczął Rico.

- Jak wyglądała jak ją znalazłeś? - zapytał, odpalając statek.

- Zacznijmy od tego, że miała podarte ubrania. Na brzuchu w okolicy jelita cienkiego dziura od blastera. Oprócz niej rana od tej samej broni znalazła się też na czole i prawym zgięciu od kolana. Chyba próbowała uciec, ale no z takim ciałem to pewnie nie było łatwe... Ograniczone ruchy i łatwy cel na celowniku. Aż mam ciarki na samą myśl, jak sobie o tym przypominam.

- Mówisz? Taka trochę niejasność jest w tym. Uciekała i postrzał w tył kolana, a nagle rany są od przodu, a nie tyłu. - zagadywał go celowo.

- Wydaje mi się, że najpierw strzał w nogę, żeby spowolnić dodatkowo cel, a później wyprzedzić by zaatakować z frontu. Strzał w brzuch chyba nie poskutkował i dlatego musiał oddać jeszcze jeden. Dla pewności. Myślisz, że to może mieć sens?

Diego przez chwilę nie odpowiadał, bo zajął się pilotowaniem statku. Jak znaleźli się w kosmosie dopiero się odwrócił w stronę Rico.

- Uważam. - powiedział, patrząc na niego z uwagą.

- Czekaj. Nie powiedziałem ci przecież, gdzie chcę lecieć! - dopiero teraz Rico się zorientował.

Diego uśmiechnął się pod nosem. Wszystko poszło zgodnie z jego planem. Dobrze wie, że Rico nie potrafi pilotować, bo boi się, że wywoła nieszczęście. Tak więc przyszykował na niego pułapkę. Pułapkę w którą dał się złapać.

- Oj Rico Rico. Jesteś mądry, ale nadal za wolno myślisz. Nie polecimy tam gdzie ty chcesz. Bynajmniej teraz. Musisz mi pomóc. Poszukuję pewnego artefaktu, o którym opowiadałeś mi kiedyś...

Advertisement