Star Wars Fanonpedia

💪 Starcie gigantek trwa!
Oddaj głos na swoją faworytkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Autor:Cashao
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Srebrny puchar (30 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
43921 bajtów • Nieco ponad godzina czytania

Retrospekcja (parę dni wcześniej)

Calista oparła się plecami o fotel pilota, wreszcie prostując swój kręgosłup. Odetchnęła z ulgą. Jej obolałe ciało było zmęczone przewlekłym pojedynkiem z Ya Nushem. Nie bez powodu już w czasach gdy była tylko Padawanką Agena Kolara, szczyciła się dobrą kondycją fizyczną i niemałą wytrzymałością. Nawet jednak ona miała swoje ograniczenia.

- Całe szczęście, nie muszę z nim teraz walczyć – pokrzepiła siebie tą myślą Calista, spoglądając w stronę tyłu wahadłowca. Na podłodze siedział pokonany Ya Nush. Z pozoru miał teraz dobrą okazję do ucieczki. Niestety rany oraz kajdanki, poważnie mu to utrudniały. Poza tym wystarczył jeden klik, żeby Tasnerk wysłała sygnał SOS do floty Sidiasa…

Inkwizytor przekierowała spojrzenie na swojego nieprzytomnego współpracownika. Leżał nieprzytomny tuż za fotelem drugiego pilota. Płuca Chinna unosiły się i opadały z każdym jego oddechem. Podobnie jak pozostałych, walka wyczerpała także i jego siły.

- Pomyśleć, że Idiota z Mygeeto wygląda tak bezbronnie… - jej kąciki ust lekko się uniosły – Masz szczęście, że uratowałeś mi tyłek…

Calista wróciła wzrokiem do konsoli. Należało poinformować Admirała o wyniku misji na powierzchni. A przedtem dolecieć do imperialnej blokady. Inkwizytor beznamiętnie wystukała zakodowaną wiadomość i przesłała ją do sekcji łączności Imperiala Sidiasa. Zrobiła głośny wdech, czekając na odpowiedź. Po chwili otrzymała wiadomość, że za dwie minuty nastąpi połączenie. Odetchnęła z ulgą spoglądając na samą siebie. Na sobie wciąż miała za mały o jeden rozmiar mundur porucznika Imperium. Zastanawiała się jakie wrażenia musiała sprawiać w poszarpanym, pobrudzonym i uwierającym ubraniu.

- Szkoda, że Shark mnie nie widzi - pomyślała z ironicznym rozbawieniem – Ciekawe czy bardziej byłby rozbawiony czy zaniepokojony o mnie…

Nikt jej nie na to pytanie nie odpowiedział. Myślami na moment zawędrowała do będącego w oddali klona. Przypomniało się jej jak musiała rozdzielać Marra od resztek jego batalionu, który nie chciały wykonywać kolejnego bezcelowego ataku na okopanego wroga na Mygeeto. Młody Jedi był wówczas blisko zamordowania kilku z nich, żeby przywrócić posłuch u podkomendnych. Gdyby Calista akurat nie była w pobliżu…

- Tutaj gwiezdny niszczyciel „Stanowczy” do niezidentyfikowanego promu. Potwierdźcie swoją tożsamość. Powtarzam. Tutaj gwiezdny niszczyciel „Stanowczy”…

Nadciągające połączenie wyrwało ją z dalszych rozmyślań. No cóż… Teraźniejszość ją wzywała. Calista nie zwlekawszy udzieliła odpowiedzi oficerowi łączności.

Border.png

Pewien czas później, na Kaldarnodar

Zniknięcie Ya Nusha nie pozostało bez skutku. Podczas gdy Imperium mogło spoczywać na laurach, ruch oporu na Kaldarnodar uległ wewnętrznym podziałom. Z licznych pretendentów szybko wyłoniło się dwóch z nich – Manthrell Zhu i Firmus Oyanagi – wokół których skupiło się większość bojowników o wolność. Sytuacja ta doprowadziła pierwszego z nich do zwołania spotkania z najbliższymi współpracownikami.

- Bazy 24 i 53 są skłonne udzielić poparcia Oyanagiemu. Dowódcy baz 09, 12 i 62 ogłosili wczoraj swoje wsparcie dla jego kandydatury. Sytuacja nie przedstawia się pozytywnie – zakończył swój raport oficer kontrwywiadu. Wpływy Firmusa w korpusie oficerskim, lojalność żołnierzy dla gubernatora oraz łapówki poczyniły swoje.

- Jeśli tak dalej pójdzie to dojdzie do jawnego rozłamu – zauważył z pewnym niepokojem Dante Lion.

- Nie pójdziemy z nim na kompromis. Jego przywództwo to tragedia – odburknął pewien sztabowiec.

- Mimo tego, nie uśmiecha mi się walka z byłymi towarzyszami broni – odrzekł dawny gwardzista.

- Jak myślicie, co mamy do wyboru, poza wojną domową, jeśli Oyanagi będzie mocniej napierał na ustanowienie swej władzy? – wtrącił się Manthrell Zhu, chcąc przywrócić potajemną naradę na właściwy tor.

- Powinniśmy wyzwać go na pojedynek – zaproponował zawsze honorowy Dante Lion - Słaby Firmus na pewno ulegnie panu w wyrównanej walce i pokaże swoją niższość, sir!

Ya Goda zaśmiała się głośno. Rycerskie podejście gwardzisty potrafiło ją nie raz rozbawić.

- Myślisz, że Firmus przystąpi do pojedynku nie mając jakiegoś oszustwa w zanadrzu? - podoficer spojrzała z politowaniem na Liona – Już lepszym rozwiązaniem byłoby wysłanie zabójców nocą do pewnej kwatery…

- Należałoby wpierw poświęcić trochę czasu na uprzednie rozplanowanie operacji – niechętnie wtrącił oficer kontrwywiadu. Nie podobało się jemu, gdy członkowie innych formacji lekceważyli trudności, z którym przychodziło realizowanie zadań jego ludziom.

- Mamy siedzieć na tyłku, aż zyska on więcej popleczników? – zapytała retorycznie Ya Goda.

Wojna domowa, pojedynek, zamach… Każda opcja wiązała się z trudnościami, a pomysłów nie było dużo. Narada utknęła w martwym punkcie. Niemal wszyscy w pomieszczeniu spojrzeli z nadzieją na Manthrella, licząc, że ich przywódca ma jakiś plan.

- Ani pojedynek, ani zamach nie są dobrymi opcjami. Pierwsza z nich obarczona jest zbyt dużym ryzykiem, za to druga uczyniłaby z Firmusa męczennika i wzmocniła podziały – przemówił Zhu.

- To co pan proponuje, sir? – zapytał oficer kontrwywiadu – Może skompromitować go jego przeszłością?

- Na nic się to zda. Jego stronnicy uznają dawne brudy za oszustwo. Przy tak dużych podziałach potrzeba czegoś bardziej przekonującego – kontynuował Manthrell z pewną melancholią i niechęcią. Wolał czasy za Ya Nusha, gdy było dużo prościej – Jest nawet pewien… sposób. Niestety wymaga on polania się krwi… i nie tylko. Dość dużo będzie zależeć od sierżant Gody.

- Co ma pan generał na myśli? – odezwała się zdziwiona Ya Goda.

- Jest pani pewna, że Firmus nie poznał waszej faktycznej afiliacji? – zapytał Zhu.

- Nie, sir. Tego jestem akurat pewna.

- W takim razie mamy wszystkiego niezbędnego do realizacji tego planu. Polega on na tym, że…

Border.png

Pokład „Bezwględnego”

Po ostatnich traumatycznych wydarzeniach, Admirał Teck wziął pół dnia wolnego od roboty, będąc samemu w kajucie. Nagromadziły się przez to liczne obowiązki, które następnie niemal go przygniotły po skończeniu skróconej żałoby. Robota wyrwała go ze smutku nad własną tragedią. Jeśli jednak myślał, że praca powstrzyma go od rozpraszających rozmyślań to grubo się mylił.

- …Inkwizytorzy pomyślnie… ihihi… wrócili na pokład „Stanowczego”. Buntownik Ya Nush został wtrącony do… hihihi… celi. Jest pod stałym nadzorem - Sidias podsumował sytuację na początku narady – Winniśmy... ihihi… postanowić nad dalszymi działaniami.

Po dłuższej chwili namysłu, głównie spędzonej na odzyskaniu koncentracji, Teck odezwał się.

- Utrata przywódcy powinna osłabić morale buntowników. Zapewne podzielą się, próbując znaleźć nowego lidera. Pytanie czy wśród podzielonych został jakikolwiek znaczący potencjał…

- Sir, proponuję, żebyśmy poszli za ciosem i wyłapali resztki ruchu oporu! Nie mogli uciec poza planetę – zwrócił uwagę podpułkownik Engel Scarbon. Brat niedawno poległego Gaiusa.

- Po ich rozproszonym odwrocie zgubiliśmy trop. Nie znajdziemy ich szybko bez wzmocnienia naszych sił rozpoznawczych… Poza tym trzeba się pilnie zająć innymi sprawami – tutaj Barr odchrząknął, patrząc w stronę ministra Kilto.

- W takim… ihihi… razie wprowadźmy wojska… ihihi… jeden batalion do miasta – zaproponował niekonwencjonalnie Sidias.

- Teraz, gdy pewnie wciąż mają poparcie ludności? Tak małymi siłami? To proszenie się o zasadzkę – Teck uniósł brew do góry ze zdziwienia.

- Albo… ihihihi… przynęta na wroga.

- Wejść w zasadzkę, żeby zastawić zasadzkę? Brzmi jak szaleństwo – pomyślał Barr – Może to jednak wygrać nam święty spokój od buntowników.

- Dobrze, admirale. Akceptuję pański plan – odpowiedział Teck. Przez moment zastanawiał się nad tym komu powierzyć operację na lądzie. Potrzebował kogoś zdolnego z inicjatywą – Batalionem, który wejdzie do stolicy będzie dowodził podpułkownik Scarbon.

Engel po kilku sekundach zdumieniach, formalnie lekko skinął głową, w duchu się radując.

- Dziękuję za ten zaszczyt, sir – rzekł Scarbon z poczuciem wdzięczności i dumy. Po zakończeniu pierwszych Wojen Klonów, ilość okazji do wykazania się w dużych akcjach, znacząco zmalała.

- Oby spisał się pan lepiej od pańskiego brata, pułkowniku – odparł pół-sarkastycznie, pół-poważnie Teck. Dopiero przyszłość miała wykazać słuszność lub brak jego przewidywań.

Border.png

Kwatera Oyanagiego (Kaldarnodar)

Noc już dawno spowiła powierzchnię planety, a większość świateł w bazie przygasła, gdy grodzie do pewnej kwatery na moment się otworzyły. Do środka przemknęła smukła postać, która tylko się upewniła, że nikogo nie ma na korytarzu poza dwójką ochroniarzy, i weszła.

- Masz plik? – zapytał podekscytowany od czekania właściciel kwatery.

- Tak – nowoprzybyła kobieta podała mu dysk z danymi - Jest na tym raport naszych z miasta.

Mężczyzna trzymał dysk w dłoniach i przyglądał mu się przez dobrą chwilę, nim wsunął go do swojego datapada. Usiadł wraz z urządzeniem na skraju łóżka.

- I jaka u nich sytuacja?

- Imperium wkroczyło do miasta i ponownie ustanowiło tam garnizon.

- Szlag! Jeśli zaaresztują mojego staruszka to… - urwał w pół zdania Firmus, nie chcąc dopowiadać „będę spłukany”. Zamiast tego dodał - …nasza sytuacja się pogorszy, Ya Godo.

- Wpierw wódz Nush, teraz gubernator Oyanagi… To byłaby zbyt mocna strata.

- Ale co z tym możemy zrobić? – zapytał ją ambitny młodzian, przekierowując wzrok z datapada na swoją rozmówczynię.

- Uprzedzić atakiem ich atak – śmiało odparła Ya Goda, patrząc na Firmusa. Pochyliła się do przodu, opierając dłonie na biodrach. Lekko zdezorientowany Oyanagi wpatrywał się w nią z milczącym pytaniem „ale jak”. Sierżant wyjaśniła mu – Mają tylko jeden batalion.

Firmus zastanawiał się przez moment. Spojrzał na mapę na ekranie komputera, potem na Ya Godę i jeszcze raz na ekran. Było na co patrzeć. Rebeliant pokiwał głową.

- Tak. Powtórzymy sukces z drugiej bitwy o Kaldarnodar – powiedział pod nosem Firmus, upajając się wizją prawdopodobnego sukcesu – Tym razem są nawet korzystniejsze okoliczności ku temu.

- Tym razem osiągniesz większe zwycięstwo niż sam Ya Nush – dodała sierżant, pochlebnie szepcząc mu na ucho.

- Tak, wreszcie ten dureń Zhu przestanie mnie kwestionować… - powiedział odkładając datapad na bok i wstając na nogi. Zbliżył się do Ya Gody, chcąc ją objąć. Podoficer zatrzymała go, przykładając jej palec do jego ust.

- A, a, a – mruknęła przekornie – Na to to będzie pora dopiero po wygranej, mój drogi.

Firmus nie wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu wydarzeń. Był jednak gotów przełknąć tę gorzką pigułkę. Zwycięstwo było i tak kwestią wyłącznie czasu. Ya Goda chwilę później pożegnała się z nim i wyszła, żeby udać się na spoczynek. Oyanagi położył się spać, nie mogąc jednak zasnąć z powodu ostatniej rozmowy.

Border.png

Pokład „Lojalnego” (gdzieś w Jądrze Galaktyki)

Patrishia otworzyła oczy. Pozbawione życia, mechaniczne światło oświetlało jej celę. Nie pamiętała już ile dni minęło od tamtego feralnego dnia, gdy ją pojmano. Tydzień? A może dwa? Czy nie miesiąc? Nie miała co do tego pewności. Straciła rachubę czasu po pierwszym tygodniu. Poza droidem dostarczającym punktualnie trzy razy dziennie nieapetyczną papkę i dwoma milczącymi strażnikami, nie miała żadnego towarzystwa. Wyjątkiem była sytuacja nad Oktalis.

Wtem usłyszała kroki. Podparła się ramionami, przechodząc z leżenia do pozycji siedzącej. Patrząc w stronę wejścia do celi zobaczyła klona-porucznika w pancerzu fazy drugiej. W kaburze miał pistolet. Serce zaczęło jej bić szybciej. Czyżby przyszedł by ją rozstrzelać? Albo przesłuchać? Szczerze mówiąc, wolałaby (jakimś cudem) to pierwsze. Miała siebie dość po tym jak Vanders wykorzystał ją do triumfu nad Zhuravlewem.

- Może przynajmniej dołączę do Diega… – pocieszyła siebie w myślach, zamykając oczy i szykując się na najgorsze. Przynajmniej dołączy do swojego najpewniej zmarłego ukochanego…

Energetyczna bariera blokująca wejście do celi otworzyła się. Przybysz wszedł do środka pomieszczenia i zdjął hełm, biorąc go pod ramię. Drugą dłonią musnął kaburę.

- A więc to tak wygląda słynna pułkownik Oone - ostatnie słowo zawibrowało w powietrzu od krótkiego śmiechu – Doprawdy myślałem, że świerzak mnie wkręcał.

- O co ci chodzi, Shark? – zapytała wyraźnie zirytowana Patrishia. Od czasu incydentu na mostku, nie była w nastroju na rozmowę z imperialnymi. Tym bardziej wkurzyło ją, że jedyna szansa na opuszczenie więzienia przekształciła się w… to coś.

Porucznik zaśmiał się z odpowiedzi separatystki.

- Może i wyglądam podobnie do pana Rekina, ale bynajmniej nim nie jestem – stwierdził klon po tym jak skończył się śmiać - Nie widać?

Patrishia zdecydowała się spróbować go zignorować. Położyła się na łóżku i przykryła bluzą oficerską, próbując zasnąć.

- Jestem Hofrun – przedstawił się przyjaźnie, wystawiając prawą dłoń w jej stronę.

- Serio myślisz, że to zapamiętam? – odburknęła Oone, nie odpowiadając na gest przywitania – Jesteś tylko kolejną chodzącą probówką.

CT-4079 na moment zamilkł. Do tej pory jej sposób bycia bawił go. Ta uwaga była nieprzyjemna dla niego, acz Hofrun potrafił stanąć nad własnymi przyjemnościami i nieprzyjemnościami.

- Słuchaj – znowu zaczął – Twoi sojusznicy zostali pokonani. Są niskie szanse, że kiedykolwiek wyjdziesz z tej celi.

- No i? - Pułkownik ochłonęła z irytacji, która chwilę temu wzięła nad nią górę. Zsunęła z siebie bluzę i ponownie usiadła na skraju łóżka.

- Poważnie chcesz spędzić resztę życia samemu w czterech ścianach?

- Kto by chciał? – odpowiedziała mu spokojniej.

- No widzisz. Jak będziesz się dąsać to raczej nikt tobie towarzystwa nie dotrzyma – zażartował CT-4079 – Na szczęście, jestem dość cierpliwy.

- O co ci chodzi? Chcesz namówić mnie do zdrady? – Patrishia spojrzała na niego, z cieniem podejrzliwości w oczach.

- Nie nazwałbym tego „zdradą”, a bardziej „zmianą strony”.

- To dokładnie to samo.

- Nie do końca. Ruch Separatystów od roku jest w rozsypce. Nawet jeśli wygrałby w tym nadsektorze, i tak przegra po przybyciu posiłków z Jądra. Podążanie za Separatystami jest jak zawracanie rzeki kijem. Po co iść przeciw biegowi historii? – zapytał filozoficznie klon, siadając obok niej.

- Czyli według ciebie należy być obojętnym gdy tyrania zabija bliskich, dokonuje ludobójstwa i zniewala Galaktykę?

- Kto powiedział, że tyrania musi być zła? Dalsza wojna tylko wymusi obustronną radykalizację, poddanie się umożliwi odbudowanie ładu i harmonii.

- Może i wojna eskaluje przemoc, ale czy po wojnie nie nastaną prześladowania opozycji? Kto będzie mógł zagwarantować ład i dobro, gdy tyrania będzie rządziła wszystkim? – Patrishia zdecydowała się zagrać w słowną gierkę z klonem-oficerem.

- Zawsze ład jest gwarantowany przez jakąś władzę. Lepiej, żeby był gwarantowany przez reformujące Imperium, niż skorumpowani Republikanie.

- Separatyści nie byli skorumpowani.

- A ma to znaczenie? Teraz mogą tylko przedłużać chaos. Niepotrzebnie zginą kolejni ludzie…

- Zwycięstwo wymaga poświęceń – odparła mu Patrishia, nie będąc przekonaną przez jego argumentację – Lepsza dalsza anarchia niż opresyjny ład.

Hofrun wstał z łóżka. Był trochę zawiedziony rezultatem rozmowy, ale mimo tego wyglądał na zadowolonego.

- No cóż, ciekawie się rozmawiało – odparł przyjacielsko – Jeśli kiedyś zmienisz zdanie to pamiętaj, że komandor mile wita kompetentnych ludzi na swoim pokładzie.

Mówiąc to, klon opuścił pomieszczenie. Wejście do celi zamknęło się za nim ponownie. Patrishia opadła na łóżko, zastanawiając się nad słowami klona, które dały jej materiału do refleksji i przemyśleń.

Border.png

Kaldarnodar

Nazajutrz doszło długo oczekiwanej narady w głównej bazie rebeliantów. W olbrzymiej hali zebrali się najważniejsi oficerowie i żołnierze z obu głównych frakcji i nie tylko. Byli tam obecni nawet Firmus Oyanagi i Manthrell Zhu. Zebranie rozpoczęło się od zwyczajowego raportu podsumowującego wydarzenia z ostatniego miesiąca. W przeciwieństwie do poprzednich zebrań, dużo więcej spraw się miało miejsce. Wbrew dotychczasowemu zwyczajowi, głosu jako pierwszy nie zabrał Ya Nush.

- Ekhmm… - odchrząknął Oyanagi, wstając ze swojego miejsca i stając przy miejscu imitującym mównicę – Panowie! Ostatnio sytuacja rozwinęła się na naszą niekorzyść i straciliśmy naszego mistrza. Ubolewamy nad tą bolesną stratą. Niestety grozi nam jeszcze większa katastrofa. Wojska Imperium wkroczyły do stolicy. Jeśli nie będziemy działać szybko i stanowczo, nasi sojusznicy znajdą się w niebezpieczeństwie. Uderzmy na miasto póki sytuacja jest korzystna dla nas. Gdy armia Imperium zostanie wzięta w kleszcze z zewnątrz i wewnątrz, nic nie będzie w stanie nas powstrzymać i wygramy, dokładnie tak jak w bitwie pół roku temu!

- Genialny pomysł! Cudowny! Doprawdy cudowny! – zachwycił się jakiś młodszy oficer ze stronnictwa Firmusa.

- To okazja do powtórzenia drugiej bitwy o Kaldarnodar - zauważył pułkownik Draussen.

- Niech żyje Oyanagi! – wykrzyknęło paru innych żołnierzy.

Firmus egzaltował się pozytywnym feedbackiem płynącym od strony zgromadzonych. Kolejne radosne okrzyki i hasła były powtarzane przez salę. Manthrell Zhu nie mógł tego dłużej znieść.

- Bezpośredni szturm na miasto to samobójstwo – oznajmił otwarcie generał – Nie uda się tobie wygrać. Odwołaj operację.

- Cożeś powiedział? – zapytał z furią młodzieniec. Oto „ten idiota Manthrell” znowu wchodził mu w paradę, sabotując jego kolejny plan. Znowu.

- Ze mną czy beze mnie, i tak nie wygrasz. Nie zamierzam iść z tobą na rzeź.

- Mnie się nie uda?! – zaśmiał się Firmus – Myślisz, że nie damy rady pokonać odizolowanego batalionu?!

- Oczywiście, że nie dasz rady. Wyłącznie zaprowadzisz swoich ludzi na rzeź…

- Dosyć tego! – oburzył się głośno Oyanagi – Zarządzam natychmiastowe odbicie stolicy! Wszyscy, którzy są lojalni naszej sprawie, za mną! Zhu i reszta tchórzy mogą sobie tu zostać!

Firmus zostawił opustoszałą mównicę i wyszedł z pomieszczenia. Jakby na umówiony sygnał, wyszli za nim jego zwolennicy, którzy stanowili niemal połowę obecnych w hali. Żwawym marszem skierowali się oni do zbrojowni, gotując się do bitwy. Manthrell z kwaśną miną musiał przyjąć ten obrót sytuacji.

Border.png

Pokład „Lojalnego” (gdzieś w Jądrze Galaktyki)

Dwójka wyższych stopniem oficerów stała na baczność przed hologramem. Mówił właśnie do nich jeden z pomniejszych oficerów z Najwyższego Dowództwa Imperialnej Marynarki. Obaj oficerowie zetknęli się z nim przedtem rzadko, jeśli w ogóle. Pracował w wydziale kadrowym i wyglądał na poważnie przeciążonego swoimi obowiązkami.

- Niniejszym komandor Ralf Vanders zostaje awansowany na stopień komodora ze starszeństwem na poprzedni miesiąc. Kapitan Harvey Drayen-Yarg zostaje awansowany na stopień komodora ze starszeństwem na bieżący miesiąc. Niezbędne procedury zostaną wykonane w najbliższych dniach, z 24-godzinnym wyprzedzeniem. Dyrektywy z rozkazami Najwyższego Dowództwa zostały panom już wczoraj wysłane – odczytał z datapada znużony oficer, siląc się na podniosły ton. Po oderwaniu spojrzenia od urządzenia, dodał równie pozbawionym energii głosem – Czy mają panowie jakieś pytania?

- Nie, sir – odpowiedział komodor Vanders, po chwili ciszy.

Oficer Najwyższego Dowództwa skinął głową w geście znużonego potwierdzenia, nim pożegnał się.

- Ku chwale Imperium Galaktycznego.

- Ku chwale Imperium Galaktycznego – odpowiedzieli dwaj świeżo awansowani żołnierze.

- Bez odbioru – połączenie zostało zakończone.

Dwaj panowie mogli wreszcie przejść do pozycji „spocznij” i rozluźnić się po bardzo formalnej rozmowie. Ralf skomentował różnicę w awansach.

- Widać, że śmierć Howa nie pozostała bez reakcji.

- W końcu, Inkwizytorzy są pupilkami tych na górze – odparł Drayen-Yarg – Przynajmniej nie przydzielili mi kolejnego z nich.

- Niektórzy uznają taki przydział za prestiż, komodorze.

- Tak, dopóki nie muszą zamiatać śmieci po ich nieudolnych taktykach. Wtedy można przejeść się prestiżem.

Były komandor nie odparł słowem na tę uwagę. Czasem milczenie bywa lepsze od mowy.

- Otrzymał pan rozkazy do Operacji Epsilon? – zapytał Ralf, uruchamiając holomapę na holostole, będącym przed nimi. Były na niej zaznaczone kierunki ataku, cele, miejsca koncentracji oraz lokalizacja sił obu komodorów.

- Tak, komodorze – odrzekł Harvey – Nie wiem co dowództwo ma w głowie, jeśli każą nam zacząć przygotowania do ofensywy, gdy jeszcze nie skończyliśmy wyładunku jeńców. Czy oni myślą, że żeby przesunąć wojska wystarczy wydać rozkaz?

- Służąc za biurkiem łatwo jest zapomnieć o realiach służby liniowej... – skwitował Vanders – Całe szczęście, tymczasowo przydzielone eskorty zostaną już w naszych zespołach na stałe.

- No tak. Front Północny pewnie się wycofa w popłochu, jeśli źle wykorzystamy efekt zaskoczenia. Trudno będzie jednak to pogodzić z tą… operacją garnizonową. Po co w ogóle ją robi pan?

- Senat ogłosił, że należy przeprowadzić reindustrializację Zewnętrznych Rubieży. Już wysłałem batalion majora Hausena, żeby się zajął garnizonem na wydzielonym odcinku.

- Jest pan pewien, że Front Północny tego nie zauważy? Nie chcemy przecież, żeby Operacja Epsilon poszła na marne…

- Nie wykryją tego. Mówimy tu przecież o małym zespole transportowym i zacofanej planecie. Żadnych patroli w najbliższej okolicy nie mają.

- Hmmm, w takim razie można sporządzić wstępny plan operacji – rzekł Harvey, patrząc z pewnym niepokojem i podekscytowaniem na mapę. Coś dużego się szykowało.

Border.png

Okolice stolicy Kaldarnodar

Tak daleko jak sięgał wzrok Firmusa, rozciągało się przed nim średnich rozmiarów miasto będące w sporej dolinie otoczonej przez niezliczone wzgórza i pagórki. Wychodziły z niego promieniście liczne drogi, które prowadziły do mniejszych miast. Pomiędzy drogami, za przedmieściami, rosły gęste zarośla i trawy, które maskowały cokolwiek co w nich się znajdowało przed ludzkim wzrokiem. Słońce rozświetlało całą okolicę. Sporą część przyszłego pola bitwy Oyanagi obserwował z pobliskiego wzgórza porośniętego małym laskiem. Koło niego był rozstawiony sztab z prowizorycznymi środkami łączności.

- Wkrótce będzie to moje miasto - radował się w duchu syn gubernatora - Po tym gdy zademonstruję mój kunszt wojskowy w tej bitwie, Manthrell straci poparcie, a ja przejmę ruch oporu!

Wtem usłyszał jakieś wystrzały i eksplozje od strony przedmieść.

- Zaczęło się!

Obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i powolnym krokiem podszedł do stanowiska dowodzenia. Chciał dowiedzieć się jak ma się sytuacja na polu bitwy.

- Raport sytuacyjny! - zażądał Firmus.

- Sir, główne ulice są obstawione posterunkami i zablokowane barykadami! Zespoły uderzeniowe nie są w stanie przedrzeć się tam. Potrzebują wsparcia ogniowego - zameldował oficer operacyjny, stając na baczność przed nim.

- Nie ma potrzeby, żeby angażować artylerię tak wcześnie! - oznajmił pewny siebie młodzian - Zespoły infiltracyjne oskrzydlą główne drogi i okrążą wroga w barykadach!

- Emm, sir, próby infiltracji… - zaczął niemrawo oficer operacyjny.

- Tak? Co z nimi? - spytał go niecierpliwie Firmus.

- Próby infiltracji zakończyły się niepowodzeniem - wtrącił się pułkownik Draussen, oficer pełniący obowiązki szefa sztabu Firmusa - Wróg był i tam przygotowany na nasze ataki.

Oyanagiego zaskoczył takowy obrót sytuacji. Imperium odparło całą pierwszą fazę jego planu.

- Nie ma to znaczenia. Najeźdźcy mają tylko jeden batalion, a my mamy ich łącznie kilkanaście - syn gubernatora pozostawał niewzruszony - Kontynuujmy dalsze natarcia!

Jednak i to na nic się zdało. Minęło pół godziny, a ataki pierwszej fali ugrzęzły. Imperialnemu garnizonowi udało się osiągnąć impas na froncie i wykrwawiać rebeliantów. Oyanagi nie przejmował się stratami własnych wojsk, wiedząc, że walka na wyniszczenie jest akceptowalna dla jego większych wojsk.

- Sir, jeśli tak dalej pójdzie to nie przełamiemy się do miasta - zauważył wyważonym tonem Draussen.

- W takim razie, niech pierwsza, druga i trzecia fala ruszą do szturmu na miasto, a artyleria udzieli im wsparcia! - rozkazał Firmus ledwo potrafiąc zachować jakieś pozory opanowania.

- Ależ, sir, grozi nam ujawnienie pozycji artylerii - przypomniał mu pułkownik Draussen - Zgodnie z planem nie mieliśmy jej używać tak wcześnie. Nie wiemy czy wróg nie wykona ognia kontrbateryjnego…

- Czy przyjechaliśmy z artylerią tutaj po to, żeby jej nie użyć?! - zirytował się Oyanagi, po czym już chłodniej dodał - Wydałem rozkaz, pułkowniku!

- Tak jest, sir… - bez entuzjazmu rzekł Draussen. Sposób dowodzenia Firmusa był dla niego rozczarowaniem.

Zgodnie z poleceniem głównodowodzącego, dwie fale wojsk przeczołgały się przez chaszcze i wzmocniły pierwszą wykrwawioną. Następnie spora koncentracja wojsk wyszła zza osłon i ruszyła do ataku na pozycje klonów. W niemal tym samym momencie, niezbyt liczna artyleria ruchu oporu otworzyła ogień na pozycje klonów i barykady. Ziemia zadudniła pod impetem nawały ogniowej, która wyrwała liczne dziury w obronie imperialnych w kilkunastu miejscach naraz. Piechota buntowników z okrzykiem „urra!” pobiegła do przodu, zdobywając pozycje obronne wroga tam gdzie zostały one najbardziej osłabione.

- Jeśli wedrzemy się do środka miasta, mieszkańcy będą mogli zrobić powstanie. Formacja Imperium pójdzie wtedy w rozsypkę! - cieszył się Oyanagi.

Ku zaskoczeniu sztabu ruchu oporu, mimo wbicia się we wrogą obronę w licznych miejscach, żołnierze frontowi zostali przygwożdżeni ogniem krzyżowym z blasterów. Ci którzy zapędzili się zbyt daleko zostali wybici w zasadzkach, ostrzałem z kilku stron. Pozostałych wyhamowała mieszanka ognia piechoty, min lub także i ostrzału moździerzowego. Jęki rannych i odór zabitych wypełniły powietrze w pobliżu frontu. Pierwsza i druga fala zostały zdziesiątkowane, a trzecia fala nie miała niezbędnej przestrzeni, żeby się rozwinąć. Jakby tego było mało, artyleria batalionu Engela Scarbona przeprowadziła nawałę kontrbateryjną likwidując trzecią część artylerii Oyanagiego.

- Jakim cudem oni wciąż stawiają opór?! - Firmus był oburzony fiaskiem kolejnego natarcia - Nasza artyleria przecież powinna ich zniszczyć!

- Prawdopodobnie wróg stosuje wariant obrony elastycznej. Podczas bombardowania artyleryjskiego najpewniej wycofali się na nieostrzeliwane pozycje, sir - odparł pułkownik Draussen, dodając potem w myślach - Wrogi dowódca jest doświadczony w ustawianiu i przegrupowywaniu wojsk podczas bitwy. Nie można go lekceważyć!

Oyanagi namyślał się przez moment. Miał przewagę liczebną, ale mimo to wróg powstrzymał jego szturm. Mimo posiadania najlepszych wyników, Akademia nie przygotowała go do takich sytuacji.

- Sir, powinniśmy się wycofać i przegrupować. Nie widać teraz perspektyw na udane przełamanie - zaproponował oficer operacyjny, próbując zachować spokój. Ostatnia klęska była niemiłym zaskoczeniem także i dla niego - Jutro będziemy mogli ponowić ataki-…

- Nie! - wrzasnął Firmus - Nie możemy przerwać ofensywy! Wróg wykorzysta pauzę do sprowadzenia posiłków, a wtedy poniesiemy klęs-…

Oyanagi ugryzł się w język przy ostatnim słowie. Nie chciał przyznać, że spodziewa się porażki. Przez moment swoim wzrokiem powiódł po towarzyszącym mu sztabie, w którym była także i Ya Goda. Widać było po jej oczach, że oczekuje od niego wielkiego zwycięstwa. Młodzieniec uśmiechnął się.

- Niech czwarta, piąta, szósta i siódma fala wzmocnią wojska na froncie! Tym razem uda się nam przełamanie! Jeden batalion nie wytrzyma ataku łącznie siedmiu! - wykrzyknął swe rozkazy Firmus.

- Sir, nie mamy miejsca żeby rozwinąć kolejne cztery bataliony. Poza tym, jeśli tak zrobimy to zostanie nam w rezerwie zaledwie połowa pańskich wojsk - zauważył roztropnie Draussen - Powinniśmy wykorzystać trzecią falę do wycofania pierwszych dwóch i zrezygnować z dalszych ataków na ten moment-…

- Nie, pułkowniku! Nie możemy porzucić zdobytego terenu! Wystarczy jeszcze jeden atak i wróg się rozpadnie! - reakcja Firmusa stawała się niemal histeryczna. Wiedział, że jeśli przegra tę bitwę to Manthrell uzyska wreszcie nad nim przewagę, a syn gubernatora utraci niemałą część zwolenników - Jeśli tylko się przebijemy do miasta, mieszkańcy powstaną przeciw oprawcom, a stolica będzie nasza!

- Sir, obawiam się, że na przełamanie już za późno-... - stwierdził oficer operacyjny, nim upadł na ziemię.

Z lufy pistoletu Firmusa unosił się dym. Oyanagi ciężko dyszał, patrząc na ciało uśmierconego podkomendnego.

- Czy ktoś jeszcze chce kwestionować mój autorytet? – syn gubernatora przeleciał wzrokiem po zgromadzonych w poszukiwaniu kolejnych buntowników.

Sztab wrócił w milczeniu do swojej roboty. Na twarzy pułkownika Draussena malował się grymas wyraźnej niechęci. Mimo tego, rozkazy Firmusa zostały przekazane. Paru żandarmów stało w pobliżu.

Cztery kolejne bataliony weszły w zarośla w dolinie, opuszczając lesistą zasłonę na wzgórzach. Czołgając się przez nią w nierównym tempie, zaskakująco szybko zbliżyły się do swojego celu. Linia obrony Scarbona zaczynała się chwiać pod naporem trzech pierwszych batalionów. Dołączenie czterech kolejnych do walki, mogło doprowadzić tylko do jednego rezultatu. Członkowie ruchu oporu z dumą obserwowali jak ich ziomkowie przebyli dwie trzecie odległości miastem i wzgórzami. Część z żołnierzy wyłamała się z grupy, powstała i zaczęła biec przed siebie, żeby jak najszybciej wesprzeć swych pobratymców.

W tym momencie jak z grom jasnego nieba na cztery posiłkowe fale spadł grad laserów z orbity. Liczni piechurzy zwyczajnie wyparowali pod ostrzałem stu dwudziestu turbolaserów. Innych niezliczone eksplozje wyrzuciły do góry. Jeszcze inni utracili kończyny, bądź zostali przygnieceni przez tego czy innego rannego. Cała formacja posiłkowa przekształciła się w bałagan. Po piętnastu minutach morderczego ostrzału, imperialna flota na orbicie przeniosła ogień na tyły i środek trzech batalionów szturmujących miasto. Tamci żołnierze albo podzielili los swych posiłków albo poddali się do niewoli. Gdy nawała ogniowa ustała, z orbity nadleciały myśliwce i bombowce, żeby dopełnić dzieła destrukcji. Czy tego chciał czy nie, Firmus mógł tylko patrzeć jak połowa jego wojsk otrzymała ciężkie straty. Zszokowany Oyanagi wpatrywał się jak resztki z siedmiu zmasakrowanych batalionów cofały się w bezładnej rozsypce. Tu i ówdzie pododdziały Scarbona wyprowadziły kontrataki, biorąc licznych jeńców do niewoli. Dyscyplina się rozpłynęła. Uciekający w panice przed kolejnym bombardowaniem, wpadli na swoich kolegów z formacji rezerwowych, pociągając ich za sobą w panicznej ucieczce przed imperialnym lotnictwem. Firmus oniemiał od tego katastrofalnego widoku, próbując wydukać jakieś niezrozumiałe słowa.

- Sztab, wycofać się! – rozkazał pułkownik Draussen – Imperium może zjawić się tu w każdej chwili!

- Co z nim? – zapytał jeden z adiutantów wskazując na stojącego w miejscu Oyanagiego.

- Zostaw go. Nie mamy na niego czasu – rzucił szybko pułkownik - Imperialni mogą go sobie wziąć.

- Tak jest, sir.

- Przekażcie też rezerwom i artylerii, żeby się wycofały do baz!

Cały sztab w trymiga spakował swój sprzęt, niszcząc to czego nie można było zabrać ze sobą. Wsiedli na będące w pobliżu śmigacze i odjechali, zostawiając swego byłego dowódcę na łasce losu. Firmus dopiero po chwili ocknął się i zorientował się, że zgubił własny sztab. Młodzian rozejrzał się dookoła.

- C-co? Z-zostałem p-porzucony?! – przeraził się widząc jak nad nim przeleciały z furią myśliwce. Całe szczęście go nie zauważyły.

Oyanagi odruchowo pobiegł do miejsca, gdzie były śmigacze. Tam zastał dobrze mu znaną starszą sierżant, przygotowującą się do odjechania.

- O, Ya Goda! – wykrzyknął spoufalająco Firmus i podszedł do niej – Całe szczęście, że zostałaś. Niestety ten tchórz Draussen mnie porzuci. Wciąż jednak mam kilka batalionów. Wystarczy jeden kontratak i-…

- Nie będzie żadnych ataków – twardo oznajmiła Goda – I nie zbliżaj się do mnie.

Jej lodowaty ton, podziałał na niego jak kubeł zimnej wody. Ya nie żartowała i podparła swoje słowa, blasterem, który wycelowała w Firmusa.

- Eeeee. Nie strzelisz przecież. J-jestem twoim dowódcą i koch-…

- Jesteś dla mnie nikim – przerwała mu podoficer.

- Ya Goda – zaczął spokojniej Firmus – Skąd ta nagła zmiana? Możemy się jakoś dogadać…

- Pod jednym warunkiem.

- Jakim? – zapytał z nadzieją bezradny Oyanagi.

- Musisz zginąć.

- Eeee. Co?!

- Cała ta bitwa była po to, żeby skompromitować ciebie przed ruchem oporu. Teraz gdy przegrałeś, nie ma już sensu, żebyś dalej marnował życia moich towarzyszy broni. Powinieneś zejść ze sceny. Imperium nie powinno też ciebie wziąć do niewoli. Jeszcze się im wygadałbyś.

- Czyli byłaś w zmowie z Manthrellem?! Ty, suko, a ja ci ufałem-…! – Firmus rzucił się na nią, licząc, że uda mu się ją obezwładnić. Niestety Goda była pierwsza. Seria strzałów z blastera przedziurawiła jego głowę i korpus. Pozbawione życia ciało Firmusa upadło na ziemię. Na jego twarzy malował się grymas złości i przerażenia. Starsza sierżant wzięła głęboki oddech i odjechała śmigaczem z miejsca zdarzenia.

Border.png

Kilka godzin później.

Gabinet Gubernatora (Stolica Kaldarnodar)

Była już późna noc. Gubernator Kaldarnodar – Tullius Oyanagi siedział za swoim biurkiem, przeglądając dokumenty. Odkąd stracił kontakt z Ya Nushem, skupił się na robocie administracyjnej. Liczył, że może uda się jemu zapomnieć o jego przeszłości lub odwrócić uwagę nadgorliwością od jego osoby. Wolał nie wyróżniać się negatywnie, zwłaszcza po tym jak główna baza ruchu oporu upadła, a ostatni atak na stolicę skończył się głośnym fiaskiem. Na szczęście przez cały dzień nikt go nie nagabywał, więc zapowiadało się, że wyjdzie z dzisiejszego dnia obronną ręką. Minęło jeszcze dziesięć minut i zakończył pisanie odpowiedzi na datapadzie na jakąś propozycję nt. kanalizacji. Tullius odetchnął z ulgą. Starzec zdjął okulary, pocierając się dłonią po siwej czuprynie. Na dzisiaj to już koniec.

Wtem rozległ się huk i grodzie do gabinetu otworzyły się z hukiem. Do środka wbiegło kilkanaście klonów, a wraz z nimi oficer imperialnej Armii trzymający datapad. Kilku z nich wycelowała blastery w niego, a pozostali zabezpieczyli pomieszczenie.

- Gubernatorze Tulliusie Oyanagi, jest pan aresztowany za szpiegostwo, zdradę Imperium, kolaborowanie z wrogiem i wspieranie terroryzmu! Decyzją admirałów Tecka i Sidiasa, zostaje pan także pozbawiony stanowiska gubernatora – podpułkownik Engel Scarbon odczytał wyrok.

- Na jakiej podstawie?

- W tak oczywistym przypadku, nie ma potrzeby by panu odpowiadać.

- N-nie m-macie p-prawa! – ledwo wycedził z ust, jąkający się urzędnik –J-jestem g-gu-be-be-ber-bernatorem!

Scarbon nie zwrócił na jego reakcję najmniejszej uwagi.

- Aresztujcie go! – dwójka klonów lekko skinęła głowami i podeszła do Tulliusa. Wzięli go za ramiona, nie cackając się z nim.

Przerażony Oyanagi został szybko skuty i wyciągnięty z pomieszczenia siłą. Bełkotał coś jeszcze, próbując przebłagać imperialnego oficera. Jedyne co uzyskał to cios w żebra i utratę przytomności od silnego ogłuszenia od jednego z klonów.

Scarbon wyciągnął podręczny holoprojektor i uruchomił urządzenie. Ukazała się przed nim niebieskawa sylwetka admirała Barr Tecka. Podpułkownik krótko zasalutował przed nim.

- Melduję, że gubernator Oyanagi został aresztowany, sir – zaraportował Engel.

- Dobra robota, pułkowniku. Jeszcze raz gratuluję panu skutecznego obronienia miasta. Osobiście zawnioskuję o awans dla pana u Najwyższego Dowództwa – pochwalił go Barr Teck – Doprawdy, spisał się pan lepiej od pańskiego brata.

- Dziękuję, sir – chłodno odparł Scarbon, zachowując regulaminową formalność – Jakie są dalsze rozkazy w sprawie Kaldarnodar?

- Ruch oporu Ya Nusha po utracie swego przywódcy i ostatniej porażce, prawdopodobnie utracił swe zdolności ofensywne, jeśli w ogóle istnieje. Na wszelki wypadek zostanie wzmocniony batalionem liniowym i kompanią ISB, żeby uporządkować tutejsze sprawy. Tymczasowo będzie pan pełnił obowiązki generała-gubernatora Kaldarnodar, dopóki nie zostanie znaleziony nowy kandydat na stanowisko gubernatora – objaśnił mu sytuację admirał – Czy ma pan jakieś pytania, pułkowniku?

- Tak, sir – rzekł Engel Scarbon – Czy flota pozostanie nad orbitą Kaldarnodar?

- Nie, pułkowniku. Gdy wsparcie dla pana zostanie przetransportowane, nasza połączona flota uda się by wszcząć pewne… śledztwo wraz z ministrem Kilto. Oczywiście Ya Nush pozostanie na pokładzie statku admirała Sidiasa – odpowiedział Teck – Jeszcze coś?

- Nie, sir – zaprzeczył Engel.

- W takim razie życzę panu powodzenia. Ku chwale Imperium Galaktycznego.

- Ku chwale Imperium Galaktycznego – połączenie między dwoma oficerami zakończyło się.

Border.png

Nowa główna baza ruchu oporu (Kaldarnodar)

Wieści o katastrofie militarnej pod stolicą szybko rozniosły się po bazie ruchu oporu. Z czternastu batalionów, które wyruszyły trzy zostały kompletnie wybite lub wzięte do niewoli, cztery były tak poważnie zmasakrowane, że dwa z nich rozwiązano i ich resztki przekazano dwóm pozostałym batalionom. Pozostałe siedem batalionów poniosło lekkie straty, ale miały zdruzgotane morale. Dwie trzecie artylerii Firmusa zostało utracone. Sam Firmus Oyanagi poległ podczas odwrotu. Zasoby ludzkie i materialne, które ciułał Ya Nush tygodniami i miesiącami, zostały poddane anihilacji. Całe szczęście, czternaście innych batalionów ruchu oporu nie udało się na feralną wyprawę lub pozostało lojalne Manthrellowi. Tak czy siak, straty były bolesne. Szok wywołany skalą katastrofy był tak duży, że niemal natychmiast zwołano tymczasowe zebranie w głównej hali.

- Straciliśmy dowódcę, połowę ludzi i dwie trzecie artylerii, a stolica mimo tego nie została zdobyta. Sam poparłem tę idiotyczną eskapadę, a mimo tego wróciłem z niej żywy, czego o wielu innych nie można powiedzieć – pułkownik Draussen ukląkł na jedno kolano przed Manthrellem Zhu i czteroma innymi starszymi oficerami. Jego głos łamał się z żałości. Był świadomy tego, że gdyby tylko sprzeciwił się wcześniej Oyanagiemu, nie doszłoby do porażki – Nie proszę o wybaczenie, bo nie zasługuję na nie.

W pomieszczenia panowała cisza, którą tylko przerywała szmery i szepty oficerów przyglądających się naradzie i ją komentujących.

- Powstań, pułkowniku. Wina nie jest tylko twoja. Wszyscy jesteśmy winni. Daliśmy się podzielić z błahego powodu i doprowadziliśmy do tej katastrofy. Jeśli ktoś musi być ukarany to wszyscy z nas, za dopuszczenie do takiej nieodpowiedzialności – odpowiedział łagodnie Manthrell Zhu, pomagając wstać Draussenowi - Ogłaszam amnestię dla wszystkich byłych i dotychczasowych zwolenników Firmusa Oyanagiego! Nikt nie będzie karany za podążanie za nim. Wystarczy już, że los ukarał Oyanagiego śmiercią. Nie powinniśmy więcej bratniej krwi przelewać.

Pułkownik był zaskoczony miłosierdziem okazanym przez generała. W jego oczach były łzy, czy to smutku czy szczęścia. Z trudem spojrzał w oczy Manthrellowi, ale potem spuścił głowę.

- Musimy zapobiec powtórzeniu się tej tragedii! – wykrzyknął Dante Lion – Trzeba wybrać przywódcę!

- Trzeba wybrać przywódcę! Trzeba wybrać przywódcę!  – powtórzyło za nim grono kilku oficerów.

- Zhu na wodza! Zhu na wodza! Zhu na wodza! – zaczęli skandować liczni żołnierze. Okrzyki stawały się coraz głośniejsze.

Manthrell Zhu wzruszył się przez moment poprzednią chwilą, ale odłożył emocje na bok. Niestety doszło do tego czego najbardziej się obawiał. Tego co miało nadejść po śmierci Firmusa. Wytarł swoją twarz dłonią, po czym wykonał dłonią gest mający uciszyć tłum. Tak też się stało.

- Przyjmuję ten wybór! Zastrzegam jednak, że jestem wyłącznie tymczasowym wodzem. Po tym jak odbijemy generała Ya Nusha, wrócę do moich poprzednich obowiązków – ogłosił szczerze Manthrell Zhu – Obyśmy go szybko odbili, za nim woda sodowa mi do głowy uderzy.

- ZHU WODZEM! ZHU WODZEM! ZHU WODZEM! – rozniosły się głośne okrzyki po bazie ruchu oporu.

Advertisement