Star Wars Fanonpedia

💪 Starcie gigantek trwa!
Oddaj głos na swoją faworytkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Srebrny puchar (30 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
39953 bajty • Nieco ponad godzina czytania

Nazajutrz Braw Neck przesiadywał w posiadłości klonów, zaproszony na mały poczęstunek. Żołnierze Wielkiej Armii Republiki nalegali na kolejne opowieści, których opowiadanie wprawiało Jedi w jeszcze większy dyskomfort niż samo przebywanie w ich obecności. Nie raz bowiem już coś „wypaplał” lub zachował się nieodpowiednio, m.in. gdy przedstawił się Diego swoim prawdziwym imieniem, zamiast zidentyfikować się jako „Ladir Voe”, jak to miał w zwyczaju. Teraz natomiast czuł się bardzo nerwowy, musząc bacznie się pilnować, aby nie zdradzić zbyt wielu szczegółów konfliktu. Choć, jak przypuszczał, stanie się to prędzej czy później.

— Czyli wygląda na to — powiedział CT-2008 „Boar”, wylegiwując się w fotelu. Był on najbardziej „dziki” spośród swoich kolegów, stąd też pewnie ten przydomek — że wszystko poszło po naszej myśli — kontynuował.

Braw Neck pokiwał głową, czerwieniejąc.

— Nadal jednak nie powiedziałeś nam najważniejszego — wtrącił się Seal. — W jaki sposób wygraliśmy?

Braw Neck uśmiechnął się tylko niezręcznie. W tym momencie żałował, że wcześniej nie opracował scenariusza na taką ewentualność.

— Bo… — podpytał inny klon, CT-1410 „Groonvald” — wygraliśmy?

Pytanie Groonvalda pobudziło pozostałych żołnierzy do refleksji. Rzeczywiście: nikt tak otwarcie nie poinformował ich o finale wojny, choć w istocie jej przebieg relacjonowany przez Braw zdawał się jasno sugerować wygraną Republiki.

— Generale… — Seal schylił się w stronę Jedi. — Wygraliśmy, prawda?

Neck spojrzał w oczy Seala, coraz bardziej żałując, iż nie przygotował wcześniej żadnego kłamstwa na taką ewentualność. Miał się w tamtym momencie za kretyna.

— Wygrali… separatyści? — spytał inny klon, przezwiskiem Cleaver.

Braw wziął głębkowi wdech i lekko schylił głowę, aby potem ją podnieść. W natłoku stresu pocił się, co nie było znowu aż tak niewidoczne, bowiem kropelki tej przezroczystej wydzieliny spływały po jego łysinie.

— Nie ma separatystów… — wyszeptał. Przez moment dostrzegł też nutkę radości w oczach rozmówców. — Nie ma też Republiki…

Klony spoważniały. Każdy z nich przybrał w tym momencie inną pozycję. Wszystkie jednak wskazywały na niebywałą konsternację.

— Ale to kto wygrał?… — zmieszany Seal kontynuował rozmowę.

— Imperium — Braw wreszcie wydusił to z siebie. Na moment zapomniał się i powiedział za dużo. — Imperium… ono… — teraz zaczął myśleć, że jeżeli chce utrzymać klony po swojej stronie, musi pozwolić sobie na drobne kłamstewko, jakkolwiek źle oceniałby takie zachowanie w innych okolicznościach — Imperium obaliło Republikę po tym, jak Repubika wygrała wojnę. Przejęło ją administracyjnie… Sithowie musieli…

— A Senat? — wtrącił się Groonvald ze swoim pytaniem. — Senat na to pozwolił?

Braw przytaknął.

— A Jedi? — dopytał Boar.

— Nie ma Jedi… — głos Necka zadrżał — Jedi zostali okrzyknięci zdrajcami stanu. Przez Imperium oczywiście — wyraźnie zaznaczył. — I wymordowani. Galaktyka — zawiesił się — nie jest już taką, jaką ją znaliście.

Widząc, jak klony stopniowo podnoszą się ze swoich pozycji, generał zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno jego wypowiedź była przekonywająca.

— Kochani — powiedział; tak zwykł zwracać się do postronnych — kochani, ja nie oceniam was wszystkich. Oceniam każdego z was — uśmiechnął się niemalże przez łzy. — Nie wiem, co zrobili Jedi. Natomiast odpowiedź na ich… — jego głos znów zadrżał — po prostu oceniajcie mnie jako człowieka, a nie członka…

— Dość tego! — Boar pochwycił niewielki blaster przymocowany do pasa. — On nas okłamuje! Jest uchodźcą!

— Stul pysk! — Seal ręką opuścił lufę podwładnego. — Wszystko, co wiemy, wiemy od niego.

— Poza tym on jest naszą jedyną ucieczką z tej planety! — zauważył Groonvald.

— No właśnie! — przytaknął Cleaver i inny żołnierz.

Braw Neck natomiast siedział, jak siedział, jednak swoją lewą dłoń coraz bardziej przybliżał w stronę miecza świetlnego na wypadek niespodziewanej agresji. Choć w zasadzie mógł ją przewidzieć.

— Co masz zamiar ze sobą zrobić? — spytał Seal.

— Z sobą? Nie. Z innymi — odparł Braw, o dziwo bardziej pewny siebie. — Chcę pomagać zagrożonym przez Imperium. Jako Jedi. Włóczyć się, poniekąd uciekać…

— Załatwisz nam transport stąd? — wtrącił się Groonvald.

— Mowy nie ma! — oponował Boar. — Ja z nim nigdzie nie lecę! Ten człowiek jest szemrany!

— W zasadzie czemu mamy mu wierzyć? — spytał retorycznie jakiś klon.

— A czemu niby nie? — odparł Cleaver. — Od lat jesteśmy odcięci od świata, a on jest jedynym, który może nam pomóc.

— Albo nas zniszczyć! — krzyknął Boar.

— Tak czy siak — dodał Groonvald — ja bym mu zaufał. Będziesz nas w stanie wywieźć do jakiegoś cywilizowanego sektora?

— Tak — przystał Braw, choć nie konsultował tego jeszcze z Lucem. — Wszystkich was.

— Ja z nim nie lecę! — wrzasnął Boar.

— W takim razie zostaniesz — Cleaver udawał, że wzrusza ramionami.

— Jak on zostaje, to ja też! — dodał inny klon z ekipy.

— I ja! — krzyknął jeszcze jeden.

— Dość tego! — wymianę zdań przerwał Seal, przed którym pozostali czuli niebywały respekt. — Panowie, jesteśmy tu razem od lat. I razem będziemy podejmować decyzje. Lecimy z nim i robimy cokolwiek albo tu zostajemy i… no i co? Myślicie, że ktoś przyleci? Chyba nie. Nie łudźmy się — zrobił przerwę. — Nie mamy innego wyjścia, musimy z nim lecieć.

Braw Neck wstał, jednak powoli, aby uniknąć gwałtownych ruchów. Zapowiedział, iż przyjmie każdego, kto będzie chciał z nim odlecieć, po czym opuścił grotę.

Border.png

Tego samego dnia wiczorem Braw Neck zaparzył dwie porcje herbaty, po czym podszedł do zajmującego stanowisko pierwszego pilota Luca, by wręczyć mu kubek. Na zewnątrz już się ściemniało, w związku z czym za późno było na kawę. Następnego dnia po południu mieli odlatywać — Luc zaplanował dalszą trasę — dlatego też, zdaniem Jedi, stosownym byłoby poinformować go o planie zabrania ze sobą klonów właśnie teraz.

— Słuchaj, Luc… — Jedi zagadał towarzysza, siadając na fotelu drugiego pilota i biorąc pierwszy łyk napoju. — Jest sprawa…

— Ale że co, hę? — odparł zdziwiony Luc, nie do końca wiedząc, o co chodzić mogło jego współrozmówcy.

— No wiesz — kontynuował Braw — te całe klony. Powiedziałem im, że ich zabie…

— Chyba oszalałeś! — przerwał mu Twi’lek.

— Ale zmieszczą się, naprawdę — przekonynał Braw, rozkładając dłonie; nie docierało do niego, że mechanikowi wcale nie chodziło o pojemność transportera. — Wykorzystamy do tego ten kontener. Wiesz, ten pomarańczowy. Jeżeli się nie zmieszczą tutaj, to zamkniemy ich tam.

— O tak, na pewno ich zamkniemy, hę — Luc wziął kolejny łyk herbaty, jak gdyby się uspokajając. Pił bardzo gorzką, gdyż taką preferował, w przeciwieństwie do Necka, który wolał ją słodką. — Nie będą lecieć z nami tutaj, hę. To niebezpieczne.

Braw spojrzał przed siebie, myśląc. Chciał kontynuować, ale nie było mu to dane, bowiem na mostek weszła Yagna.

— Hej — powiedziała panna i uważnie patrząc pod nogi, udała się w swoją prawą stronę.

Pomimo późnej pory Yagna miała zamiar napić się odrobinki kawy.

Śledząc ruchy tłustej damy, Braw Neck aż obrócił się w krześle; widok dziewicy podchodzącej do ekspresu do kawy zdawał się go z kolei rozdrażniać.

— Przepraszam, co ty robisz? — spytał ją, kiedy bliska była uruchomienia maszyny.

— Kawę, prze pana — odparła brzuchatka, odwracając się w stronę mistrza Jedi.

Na twarzy ocalałego z rozkazu 66 mężczyzny uwydatnił się specyficzny grymas.

— Nie ma mowy — powiedział to, niby szepcąc, a niby imitując krzyk. — To już było mówione. I to wiele razy.

— Ale… — dziewczę usiłowało się bronić.

— Nie, Yagna! — Braw Neck ostro podniósł głos. — Zawsze naładujesz nie wiadomo ile kofeiny, a potem szalejesz i nie możesz zasnąć.

Dziewica zgodziła się z argumentacją Jedi, jednak duma nie pozwalała jej tego wyrazić.

— Dobrze, a herbatkę mogę? — poprosiła podporucznik.

— Mowy nie ma — Braw Neck potrząsł głową i skrzyżował ręce. — Zobacz, która godzina. Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, jak wypiłaś za dużo przed snem?

— Ale ja… — usiłowała kontynuować.

— Nie ma ale! — Braw Neck krzyknął dość donośnie.

— Dobrze, prze pana — powiedziała szybko lojalistka Imperium i spuściła głowę, a następnie opuściła pomieszczenie, zasuwając za sobą drzwi.

Luc i Braw siedzieli nadal w milczeniu. Podczas gdy pierwszy z nich zajęty był piciem herbaty, drugi usiłował zebrać myśli, by przypomnieć sobie, na czym skończył.

— W każdym razie — kontynuował — no to postanowione. Zabieramy ich, ale kładziemy ich w kontenerze — skonkludował, po czym wziął kolejny łyk herbaty. W czasie dalszej rozmowy natomiast Jedi streścił mechanikowi plan pozostawienia żołnierzy gdzieś po drodze, jak tylko będą chcieli.


Następnego dnia w lodowej jaskini

Braw Neck medytował, unosząc się nieco ponad posadzką. Lewitacja była efektem ubocznym jego niebywałego skupienia; medytacja zaś niesamowicie go uspokajała, szczególnie teraz, gdy przez trzy noce mógł wieść w miarę spokojne życie ze swoimi towarzyszami. Lubił ich wszystkich bardzo — Gienna była niczym jego najlepsza przyjaciółka. Mógł jej się zwierzyć ze wszystkich swoich problemów, a ta zawsze znalazłaby rozwiązanie. Luc był jak kumpel, który z jednej strony potrafił postawić go do pionu, a z drugiej był też w stanie go wysłuchać. Vrush Ka natomiast niejednokrotnie stawała się mózgiem całej ekipy, choć nikt jej takowym nie uczynił. Yagna zaś była niczym pies lub dziecko — pożytku niby nie ma, a jednak się kocha i troszczy. Innymi słowy: cała załoga stanowiła dla Jedi substytut rodziny, o której zawsze marzył, ale której nigdy nie posiadł. Choć były ku temu okazje.

Teraz jednak był z dala od całej czwórki — przebywał w pieczarze, której niesamowite połączenie z Mocą było nie do przeoczenia. Wspomnienie Lude Vicka, wizja śmierci Julie Ty, a także i samo tajemnicze światło, widziane zaledwie przez niego i Vrush Kę — wszystko wskazywało na jakąś niesamowitą kombinację żywej i kosmicznej Mocy, i to właśnie w tym miejscu, i na tej planecie.

— Nie zimno ci tak? — Braw usłyszał znajomy sobie głos. Otworzył oczy.

Po jego prawej stronie — a lewitował on zwrócony przodem do wyjścia — znajdował się teraz Lude Vick, czy — z czego Neck sam zdawał sobie sprawę — jego wspomnienie lub wizja.

— Nie — zaprzeczył, wskazując na noszoną przez siebie kurtkę, po czym powoli opadł na ziemię, by ostatecznie postawić na niej obie stopy.

— Boisz się? — spytał mężczyzna.

— Również nie — odparł jego dawny uczeń.

— No to zaczniesz — skwintował Lude, zapalając swój fioletowoklingowy miecz świetlny.

Neck zrobił unik, wychodząc cało z natarcia, jak się okazało, oponenta. Ruch ten powtórzył jeszcze raz, i kolejny, i kolejny, aż wkrótce w locie zapalił i swoje szarawe ostrze, by przejść do prawdziwej walki.

Kręcąc się wokół własnej osi, Lude Vick zbliżył się do dawnego padawana i zadał cios centralnie w jego ostrze. Siłując się tak z nim, zaczął dialog.

— Nie mów mi, że dziwisz się tym, że z tobą walczę, mój stary padawanie — powiedział starszy spośród mężczyzn, po czym puścił przeciwnika i po raz kolejny przeszedł do ataku z pozycji piruetów. — Odwróciłeś się od wszystkich wartości, które starałem się w ciebie wszczepić — dodał, kiedy jeszcze raz siłował się z ocaleńcem rozkazu 66. — Zacząłeś zabijać.

Słowa te niebywale wstrząsnęły Braw, tak że otworzył oczy szerzej. Wiedział, do czego pije jego przeciwnik.

— Halinca? Zabiłeś ją — oznajmił kamiennym głosem i wywołał tym niewielką ilość łez u dawnego ucznia.

Nastąpiła kolejna sekwencja wymiany ciosów.

— Julie Taa? — dodał Lude, kiedy jeszcze raz doszło do siłowania się ich mieczy świetlnych. — Filíp? Zabiłeś ją! — powtórzył jeszcze głośniej.

I znowu nastąpiła sekwencja wymiany ciosów. Braw Neck nie wiedział, że Filíp zmarła. Nie wiedział też, na ile może ufać wizji swojego mistrza. Wreszcie doszło do ostatecznego siłowania.

— Kai Teck?! — krzyknął Lude, na co Braw stanął jak wryty z oczyma otwartymi w najszerszy możliwy sposób.

Widział go. Był w tym sektorze, w Guoadarr’k. Sam. W Potworze. Bezbronny, podburzony emocjonalnie. Ale z dobrymi intencjami. Przez moment miał wrażenie, że chłopiec także go dostrzegł. Jednego był pewien: Kai żył.

Zgasił miecz. Wizja się skończyła, lub też on sam pozwolił jej się skończyć — tego nie wiedział. Wiedział jednak, że aby pomóc Kaiowi, musi czym prędzej wrócić do statku.

Border.png

Tymczasem korzystając z piękna wiosennej pogody, pozostała część ekipy postanowiła urządzić sobie piknik na skraju jaskini. Na zewnątrz wystawiono nawet stół z ławkami, który przyniósł profesor Raffou Villchure. Po skończonym posiłku, którego głównym komponentem było mięso z dearów z pobliskiego lasu, znachor i Vrush Ka postanowili się odłączyć, idąc do posiadłości tego pierwszego na małe co nieco i tym samym zostawiając Luca, Giennę i Yagnę samych sobie.

Luc właśnie siedział naprzeciwko oficer imperium, która trzymała usta nieco wystawione do przodu i przy jednoczesnym wydawaniu z siebie dźwięku ocierała o nie palec wskazujący, imitując w ten sposób odgłos motocykla czy jakiegoś innego pojazdu. Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem, po czym wrócił do podziwiania widoków panoramy Sandau.

Kiedy tak patrzył na klucz ptaków przedzierający się przez niebo niczym Raddus przez Supremacy, usłyszał za sobą parę niezdarnych kroków, a na koniec poczuł stukanie na plecach.

— Hej tam, kawalerze, rozerwiemy się jakoś? — spytała go Gienna, trzymając w ręku gruby patyk oraz parę szyszek w fartuchu.

Twi’lek podniósł nogi i obrócił się na ławce, tak że teraz — siedząc tyłem do stołu — usytuował się przodem do dawnej mieszkanki Międzydrzewia.

— Ale że co masz na myśli, hę? — spytał.

— To się nazywa coneball, he he — zaśmiała się Gienna. — Grywałam w to wiele razy, jak byłam dzieckiem. Zawsze najlepsza byłam. Chodź no, niech ci pokażę.

Coneball (ang. cone — szyszka, ball — piłka) był w grą, w którą Gienna zwykła się zabawiać w szczenięcych latach.

Nie mając za bardzo nic do roboty, mechanik przystał na propozycję towarzyszki. Para odmaszerowała kilka metrów, a gdy znalazła się przed Krzykiem Rozpaczy, Gienna rozkazała Lucowi stanąć w konkretnym miejscu i położyła szyszki obok jego stopy. Sama zaś przeszła parę kroków przed siebie, by ostatecznie się zatrzymać i chwycić badyl oburącz, przesuwając go za nieco za prawe ucho.

— No dobra, kochany — krzyknęła, aby dobrze ją było słychać. — Ty tera musisz we mnie rzucać i policzymy, kto wincej razy odbije. Kapujesz?

Luc trzymał już w ręku jedną z szyszek i właśnie ją podrzucał, kiedy usłyszał komunikat od Gienny.

— Ot tak? — spytał.

— A jak? — zachichotała Gienna. — Więcej zasad to już nie pamiętam, lata nie te. Będę je sobie przypominać, jak będziemy grać. No dali, rzucaj!

Luc uśmiechnął się nieco pod nosem, po czym zrobił zamach i rzucił szyszkę w starszą panią, która bez jakiegokolwiek problemu odbiła ją w locie. Całe to zajście oderwało Yagnę od jej zabawy i nakierowało jej uwagę na grę.

— Eee, panie — Gienna machnęła ręką. — Tak słabo to nawet ja bym nie rzuciła. Tu trz’a siły!

Luc zawahał się i przeto spojrzał na trzymaną przez siebie kolejną szyszkę. Jednak skoro babcia chciała rozrywki, to czemu by jej nie dostarczyć?

— Ziup! — Gienna zastosowała onomatopeję przy kolejnym odbiciu. — Nadal z ciebie baba.

Twi’lek bliski był oddania kolejnego ciosu, jednak rozrywkę przerwała Yagna, która postanowiła przyłączyć się do zabawy.

— Ej, ja też chcę grać! — powiedziała, idąc w stronę zawodników. — Da mi pani swój kij.

— No dobra, masz — Gienna westchnęła od niechcenia, po czym równie niechętnie przysunęła do imperialnej oficer kij. — Ale nie miej do mniej pretensji, jak przegrasz — ostrzegła ją, machając palcem, i odsunęła się na bok.

Luc natomiast nie do końca wiedział, jak podejść do gry z Yagną.

— Gotowa? — spytał.

— Jeszcze się pan pyta! — odpowiedziało tęgie dziewczę, które usiłowało ukryć przed pozostałymi, jak ciężki wydawał mu się trzymany przez nie drąg.

— No dobra. To orientuj się! — Luc rzucił delikatnie szyszkę, aby nie trafić przypadkiem w oficer Imperium, jednak efekt końcowy jej defensywy dosłownie odebrał mu mowę.

Gienna skrzywiła twarz, również nie wiedząc, jak zareagować.

— KCenzura.pnga! — krzyknęła, wyprowadzona z równowagi. — W drugą stronę musisz uderzać, od siebie!

Yagna popatrzyła na kij.

— Ale przecież szyszka leci do mnie!

— Posłuchaj no, wariatko! — Gienna tupnęła nogą i zaczęła iść w stronę podporucznik, wymachując nerwowo rękami, co w pewien sposób przestraszyło dziewicę. — Ja to najlepsza w fizykę nie jestem, ale…

Kiedy Yagna zdążyła osłonić swoją pyzatą buzię kończynami górnymi, Gienna jak gdyby się uspokoiła. Oto dostrzegła bowiem Braw Necka, który z potem skapującym z jego łysej głowy wspiął się na wystającą skałę, dysząc.

— Kai żyje — powiedział, usiłując złapać oddech. — I jest w tym systemie. Tu, niedaleko. Muszę… muszę się z nim skontaktować.

To oznajmiwszy, Jedi poszedł dalej, nie zważając na wołania Luca, który prosił o doprecyzowanie tych niespodziewanych wieści. Kiedy zielonoskóry mechanik był trakcie gonienia wąsatego człowieka po drabince, udało mu się uzyskać pierwszą odpowiedź na swoje pytanie.

— Znam wszystkie dane Potwora — Neck wziął kolejny wdech — w taki sposób.

— Bo to kanonierka? — kontynuował Luc.

— Nie — zanegował Braw, kiedy już dotarł na górne piętro — bo ją pilotowałem i obsługiwałem komputery przez lądowaniem na Unconquerable.

Jedi w okamgnieniu znalazł się w kokpicie, gdzie nim usiadł, ściągnął z siebie skurzaną kurtkę, pozostając w samej białej koszuli.

— Masz zamiar tak po prostu wysłać mu nasze dane? — dopytywał go Luc, widząc przyjaciela, jak siadał na fotelu pierwszego pilota.

— Tak — potwierdził Jedi — i to z dokładnymi współrzędnymi.

Zachowanie mężczyzny wydawało się Lucowi tak irracjonalne, że aż nie był pewien, w jaki dokładnie sposób sformułować swoje zdanie, aby uzyskać oczekiwany rezultat.

— Przecież jesteśmy tutaj, żeby się ukryć przed Imperium! — podniósł głos. — Zdemaskują nas! Przejęcie pojedynczego sygnału z niecywilizowanego systemu to żaden problem.

— Posłuchaj! — krzyknął Jedi, ukazując rozmówcy stronę, której ten nie znał. — Dotychczas myślałem, że Kai przeze mnie zginął. Ale on żyje i ma się dobrze. Muszę mu pomóc!

Powiedziawszy swoje, ponownie usiadł w fotelu, by wstukać w panelu znaną sobie sekwencję.

— O Imperium się nie martw — dodał w międzyczasie. — Mogę przestawić naszą lokalizację o parę kilometrów, na przykład na wioskę Nosuchy. Zobaczymy z daleka, czy to nie Imperium, i najszybciej odlecimy, jeżeli to oni. Odetniemy zasilanie, nie namierzą naszego statku. Przecież całą flotą nie przylecą…

Luc zaczął poważnie rozważać uderzenie Braw Necka w twarz, aby nieco ochłonął. Przyszedł mu do głowy jednak inny pomysł.

— Poczekaj… — zaczął nieśmiało. — Skąd w ogóle wiesz, że Kai żyje?

— Miałem wizję — odparł Jedi na szybko. — I to dość szczegółową.

— I jej wierzysz? — burknął Twi’lek.

Braw przystopował. Pytanie to uderzyło w sedno sprawy: czy aby wizja, której doświadczył, była na tyle realna, by za nią podążyć?

— Wierzę — odparł, po czym podniósł rękę, by przerwać próbującemu coś powiedzieć kompanowi. — I moje emocje nie mają tu nic do rzeczy. Uprzedzając twoje słowa: nie, nie została ona zakłócona przez emocje.

— Czyżby? — Luc usiadł koło Braw. — No dobrze — dodał po chwili — Załóżmy, że Kai żyje. I co z tego? A co, jeśli to kolejna sztuczka Imperium? Co, jeżeli Kai pracuje dla swojego ojca? Zdajesz się zapominać, czyim był synem.

Braw zatrzymał się na moment. Rzeczywiście, zapomniał. Przypomniał sobie natomiast o Filíp, osobie tak dla niego niepojętej, której los — jak się niedawno dowiedział — przypieczętowany został tragicznie.

— Jesteś pewien, że twoje emocje cię nie mylą? — kontynuował Luc, już nieco bardziej spokojny. — Hę — dodał.

Braw nacisnął znany sobie guzik. Anulowanie wysyłania danych — na ekranie pojawił się napis.

— Nie — przyznał, obracając się w stronę Twi’leka.

Dopiero w tym momencie do Jedi dotarło, jak bardzo nieracjonalnie się zachowywał. Przeprosił Luca, na co mechanik objął go po przyjacielsku i zaproponował wspólną grę na dworze. Braw co prawda się zgodził, jednak wciąż miał przed oczyma zmizerniałą twarz Kaia, samodzielnie przemierzającego galaktykę Potworem.

Niemalże w chwili, gdy obok toalety przechodził Luc i Braw, z jej wnętrza dało się słyszeć dźwięk spłuczki; natomiast kiedy mechanik i mistrz Jedi byli już na dole, z jej wnętrza wyszła Yagna. Kobieta przetarła stopą parę razy o ziemię, bowiem usiłowała pozbyć się kawałka papieru toaletowego spod podeszwy. Rozejrzała się wtedy dookoła, a kiedy pojęła, iż wszyscy są na dworze, stwierdziła, że zrobi sobie coś, na co ochotę miała od bardzo dawna: kawę.

— Nie będzie mi mówił, co mam robić! — powiedziała sama do siebie, po czym na paluszkach — i to dosłownie! — przedostała się do kokpitu, nadgarstki mając delikatnie zgięte ku dołu, jak gdyby naprawdę wczuła się w rolę skradacza.

Jednak kiedy już dostrzegła ekspres i z bananem na twarzy gotowa była go wykorzystać, dostrzegła coś niepokojącego: ekran głównego komputera świecił się na czerwono, a na żółto wyświetlał jakieś literki.

Panienka podeszła do sterownika i przeczytała na głos treść komunikatu, posiłkując się palcem wskazującym.

— Aaaaa — czytała — nuuuu — czytała dalej — looo — czytała jeszcze dalej — waaaa — kontynuowała — nieee — skończyła.

Podrapała się po głowie.

— …pyyyy — kontynuowała — szeee… syyyy… łaaaa… niaaa — czytała dalej. — Daaaa — wysilała się, jak nigdy dotąd — nyych — skończyła wreszcie.

Dziewczę podrapało się po głowie jeszcze raz; niepomne było bowiem, cóż począć w takiej sytuacji. Dopiero gdy po jakichś 30 sekundach usłyszało komunikat mówiący: Aby cofnąć anulowanie wysyłania danych, pociągnij za wajchę w ciągu 20 sekund, przeraziło się niebywale.

— O nie! — krzyknęła, łapiąc się za głowę. — Co my teraz zrobimy!

Podporucznik poczęła nawet wołać pomoc.

— Przepraszam, panie Braw? — krzyczała, ale nikt się nie zjawił. — Panie Luc?

W obliczu braku jakiejkolwiek informacji zwrotnej dziewczę zdecydowało się zamknąć oczy i zwrócić się szeptem do swej martwej macierzy.

— Mamo — zaczęła podporucznik — co mam zrobić?

Nikt się nie odezwał, natomiast słowa te przywołały przed oczy dziewicy dość wyraźne wspomnienie sprzed paru lat: oto kiedy wcześniej wróciła do domu, jej matka była cała we krwi i posiniaczona. Siedziała w ten sposób na fotelu, jednak Yagna, ojciec Yagny, usiłował ratować swą małżonkę, wstrzykując coś w jej żyły. Musiał też zapewne ręcznie tamować rany, bowiem dłonie jego spowijała krew.

Matka Yagny była smutna, a ojciec jej, usiłując zapewne zapobiec traumie córki, kazał jej zmykać do pokoju. Nie udało mu się jednak ocalić małżonki; ta zmarła dnia następnego.

— Dla ciebie, mamo! — krzyknęła Yagna w tym momencie i pociągnęła wajchę. — Ufff — sapnęła niewiasta, słysząc komunikat: Dane lokalizacyjne zostały wysłane pomyślnie.

Border.png

Statkiem tebotało niemalże w tym samym stopniu, do jakiego było to odczuwalne na pokładzie Krzyku Rozpaczy. Różnicą jednak było to, iż ten wewnątrz był o wiele bardziej obszerny.

Samodzielnie siedzący za sterami mężczyzna trzymał nogi na komputerze oraz wylegiwując się w fotelu, popykiwał cygaro. Nosił na sobie czarną koszulę oraz jasnobrązową kurtkę wykonaną ze skóry. Miał też starannie zadbane włosy – pomimo ewidentnego łysienia, o którym świadczyły olbrzymie zakola, były one gładko zdobione brylantyną i błyszczały z oddali.

Wtem niespodziewanie rozległ się kolejny sygnał. Mężczyzna wziął jeszcze jeden buch, po czym spojrzał na komputer.

— He he, a co my tu mamy?… — zapytał sam siebie ironicznie.

Border.png

Tymczasem na zewnątrz Braw Neck dał się namówić Giennie na rundkę coneballa. Starsza pani zdumiona była niesamowitą precyzją, z jaką Jedi udawało się odbijać ciosane w niego szyszki — nawet i jej parę razy zdarzyło się przepuścić pocisk.

— To dlatego, żeś młody. O! — powiedziała. — Jak byłam młoda, także bym taka była. Ale stara jestem.

Braw Neck uśmiechnął się szeroko i już miał napomnieć towarzyszce o swoim długoletnim treningu, kiedy to nagle rozległo się głośne pukanie w szybę.

Jak się okazało, była to Yagna, która zanulowawszy anulowanie wysyłania danych lokalizacyjnych, chciała się pochwalić, jaka to była z niej szczwana bestia.

Widok imperialnej oficer machającej do niego za sterami statku zerwał Braw na żywe nogi. Yagna w kokpicie nie wróży nic dobrego. Pobiegł więc prędko wraz z Lucem i Gienną, która podeszła tam, kulejąc, na górę, by zbesztać podporucznik.

— Panie Braw! — krzyczała promieniująca radością panienka, widząc Jedi biegnącego w jej stronę. — Anulowałam dla pana anulowanie przesyłania!

Neck stanął w miejscu. Po chwili jednak podbiegł dalej, by zobaczyć, co dało się jeszcze zrobić.

Niestety, nic się nie dało zrobić.

— Co ty zrobiłaś?… — już miał zamiar udzielić podporucznik reprymendy, jednak powstrzymał się, dostrzegając bezcelowość takiego działania. — Co robimy? — spytał Jedi Luca.

Ten poprosił o chwilę na zastanowienie. W międzyczasie do pomieszczenia dodarła i Gienna.

— Musimy przygotować się do odlotu — oznajmił Braw Neck, uprzedzając w tym Luca. — I jednocześnie wyłączyć zasilanie, żeby nas nie wykryli. Zalecą do wioski Nosuchy, nie do nas. Będziemy mieć czas na szybką ucieczkę.

— A co z Vrush Ką? — spytała Gienna. — Zostawimy ją, tak jak Julie Tę?

Braw zapauzował się. Najwyraźniej starsza pani domyślała się, iż pozostawienie puszystej Julie nie było przypadkiem, a częścią planu. Planu, którego niestety był częścią. Nomen omen kwestia ta przywołała przed jego oczy widok ociężałej gosposi mordowanej przez znanego alfonsa. Nie mógł sobie pozwolić; nie tym razem.

Miarą naszej siły jest nasz upór w niesieniu pomocy — wyszeptał sobie. — Nie, nie zostawimy jej. Jeżeli nie wróci, zgarniemy ją po drodze. Obiecuję.

Obiecał, choć w głębi ducha nadal wierzył, że zamiast Imperium na miejsce przyleci Kai. Wypowiedziane przez niego stanowisko uspokoiło natomiast Giennę na tyle, by mogła usiąść na rozkładanym krześle po drugiej stronie wejścia.

— Choć w sumie nie wiem, czy nie wolałaby zostać, hę — zaśmiał się Luc. — Pewnie czuje coś do tego znachora, nie? Nie wiadomo, co tam robią, hę.

Braw Neck uznał ten żart za nie miejscu, więc darował sobie komentarz.

— Imperium nie znaleźć ani nas, ani ich — powiedział ot tak.

— O nie! — do rozmowy włączyła się Yagna, wstając z miejsca niczym piorun. — Tylko nie Imperium! Odczepcie się od Imperium! Imperium jest…

— Siadaj! — krzyknął na nią Luc, w efekcie czego panienka usiadła na miejsce.

Teraz ekipie pozostało tylko czekać na rozwój wydarzeń.

Border.png

Tymczasem w głębi lasu rzecz się masła następująco: oto profesor Raffou Villchure udział Vrush Ce lekcji z obsługi swojej strzelby. Była to korzyść obupulna, bowiem mężczyzna od lat nie miał przyjemności zażywać rozrywki tego typu ani również kobieta nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni robiła coś takiego.

Ptaszki śpiewały, zwiastując wiosnę, a w powietrzu unosiła się woń kwiatów. Villchure stał po lewej stronie swej koleżanki, odpowiednio instruując ją, jak trzymać broń oraz w jaki sposób najlepiej oddawać strzał.

— Celuj w tamtą gałąź — powiedział, wskazując na jedno z drzew. — Celować już umiesz, to i strzelić będziesz potrafić.

Vrush Ka nawet nie spojrzała na znachora — ustawiła tylko jego broń pod odpowiednim kątem, opierając ją na swym ramieniu oraz patrząc przez muchę prawym okiem, a gdy lekarz dał jej znać, po prostu pociągnęła za spust.

— No i dobrze — powiedział Raffou. — Trafiłaś. Nieźle, jak na pierwszy raz.

Vrush Ka uśmiechnęła się w stronę profesora, niemalże całkowicie przymykając swe powieki. To samo uczynił i sam zainteresowany, dodatkowo kładąc otwartą dłoń na potylicy.

Wtem rozległ się dźwięk niczym odrzutowca. Oboje ludzi poczęło uważnie rozglądać się na boki, aż wreszcie jedno z nich dostrzegło jakiś pojazd w oddali przecinający niebo niczym Anakin Skywalker gruszkę.

— Co je? — spytał profesor Villchure. — Widzisz to?

Vrush Kę także zdziwił ten widok, jednak w przeciwieństwie do kompana miała już wyrobioną opinię na ten temat.

— To na pewno Imperium! — powiedziała.

— Już ja dam sukinsynom! — krzyknął do siebie Villchure, wyrywając zielarce strzelbę. — Nie będą mi tu bab straszyć!

Gdy tylko statek zbliżył się na odpowiednią odległość, mężczyzna w okamgnieniu wycelował, po czym oddał strzał i trafił centralnie w jeden z silników.

— Bingo! — krzyknął uradowany.

Mniej więcej w podobnym czasie do kamiennej skały doszło łącznie dziewięć żołnierzy pod przywództwem Seala. Boar i jego zwolennik bowiem zdecydowali się nie zaufać Neckowi w przeciwieństwie do pozostałych, którzy podjęli taką decyzję, nie widząc innej możliwości opuszczenia planety. Rycerz Jedi przywitał ich, podając rękę każdemu z osobna. W oczach Seala, który jako jedyny zdjął hełm, dostrzegał smutek, zapewne spowodowany opuszczeniem przez niego części jego postronnych.

Braw z ciężkim sercem wytłumaczył żołnierzom, że będą musieli lecieć na dole. Wywołało to w nich zwątpienie, jako że wiedzieli, iż w każdej chwili będą mogli zostać odłączeni wraz z kontenerem. Mimo wszystko jednak zaufali Jedi, który brzmiał bardzo przekonywająco, a poza tym przywołał parę maksym powtarzanych przez żołnierzy w początkowej fazie wojny. Dał im też swój miecz świetlny jako depozyt. W zamian kompromisu pozwolił im również pozostawić na sobie zbroje oraz trzymać naładowaną broń. Wiedział, że z dołu nie będą stwarzać zagrożenia; dla żołnierzy było to jednak o tyle ważne, że gdyby mieli zostać sprzedani czy coś w ten deseń, mieliby jak się bronić.

Rozmowę jednak przerwała Yagna, która podeszła do Seala — wiedziała, który to, bowiem Neck już jej trochę o nich poopowiadał — po czym złożyła mu salut.

— Tu podporucznik Yagna, sierżancie Seal! — oznajmiła. — Melduję swoją gotowość do wypełniania rozkazów!

Stojąca obok dziewczęcia Gienna machnęła ręką i uśmiechnęła się, dając klonom do zrozumienia, by je zignorowali. I tak też zrobili.

Neck tymczasem z oddali wypatrzył statek. Kiedy jednak transportowiec zaczął opadać, przeraził się, obawiając się o życie Kaia — lub ktokolwiek nim leciał. Kolizja z ziemią natomiast niemalże odebrała mu mowę.

Tym razem nie pozwolił jednak wziąć górę emocjom. Starał się kontrolować swój oddech oraz przypomniał sobie samemu, iż tak naprawdę w miejsce Kaia na kanonierce równie dobrze może przebywać grupa szturmowców Imperium, która w stanie była sprawić wielkie niebezpieczeństwo dla jego współziomków.

Chorty

Biegł, ile sił w nogach. Jedi nie czuł obecności Kaia. Wątpił jednak, aby na pokładzie niewielkiego stateczku zmieścił się ktokolwiek z Imperium. Jednak ktokolwiek by to nie był — był teraz w opałach.

W tym jednak momencie jego uczucie było jedynym, co mogło wskazać mu drogę do rozbitego statku. W całym tym zamieszaniu zapomniał bowiem bliżej przyjrzeć się miejscu katastrofy z góry. Po drodze mijał wiele gatunków iglastych drzew, a także zwierzęta, które przyglądały się nietypowemu incydentowi.

Dotarł do polany. Nietypowej polany, bowiem po jego lewej stronie znajdował się tor połamanych drzew. Stanął. To było tu.

Statek nadal wyglądał jak statek, jednak był bardzo poobijany, a także znajdował się w koleinie, którą sam wyrzeźbił.

— Halo, jest tu kto? — krzyknął mężczyzna przed siebie, jednak nie otrzymał żadnej informacji zwrotnej. — Halo?! — powtórzył.

— Ciszej, ciszej! — spod porozwalanych kawałków statku wydobył się głos, mówiący w dość pecyficznym dialekcie. — Wszystko w porządku, tylko statek po raz kolejny mi je… rypło.

Oczom Braw ukazał się niewielkiego wzrostu szeroki mężczyzna w charakterystycznej jasnobrązowej kurtce oraz czarnych włosach zaczesanych do tyłu. Mężczyzna ten podszedł bliżej zdezorientowanego Jedi, po czym podał mu rękę.

— Dobry — przywitał się. — Chorty jestem.

Braw podał nowo przybyłemu dłoń, choć nie bez obaw.

— Jestem Voe — odparł. — Co… co pana tu sprowadza?

— Grawitacja, he he — zaśmiał się Chorty. — A tak na poważnie — dodał po chwili — szukam w tym układzie szalonego lekarza, co odpowiada za kradzież narzędzi w całej galaktyce. No i za nielegalne operacje neurologiczne. Na otartym mózgu! — Chorty podniósł palec ku górze. — Od informatora dostałem sygnał z tej planety, więc myślałem, że to może on uruchamiał… wiesz, Voe. Planeta bez mieszkańców, sektor Guadamorr’k… to właśnie tutaj miał być.

Chorty podrapał się po głowie. Żeby okazać swe wsparcie, Braw Neck zrobił to samo.

— O raju, mamusia! — krzyknął łowca nagród i złapał się za głowę, po czym podbiegł bliżej gruzów statku. Wtedy też odsunął parę metalowych płyt, by spod zwalonej konstukcji uwolnić bardziej tęgą aniżeli szczupłą, jednak w pewnością troskliwą kobietę.

Niewieście tej na imię było Bożena. Wstyd przyznać, ale Chorty był okropnym maminsynkiem; z tego też względu na każdą misję woził ze sobą matkę. Chorty przedstawił kobietę Braw, tak że oboje potrząsnęli swe dłonie.

— No dobra, to będziemy musieli jakoś to naprawić — Chorty zapasał rękawy i podciągnął spodnie. — Jak myślisz, mamuśka, uwiniemy się przed wieczorem?

Pad strzał. Chorty jęknął, a Braw Neck i Bożena cofnęli się parę kroków, pozwalając jego korpusowi opaść na ziemię.

— A masz, sukinsynu! — rozległ się krzyk.

Jedi spojrzał na bok. Stał tam właśnie profesor Raffou Villchure ze swoją strzelbą, przygotowujący się do oddania kolejnego strzału.

Neck jednak skutecznie mu to uniemożliwił: sprawnym ruchem dłoni pchnął cielsko znachora, tak że ten w locie zrzucił strzelbę na ziemię, a potem uderzył w drzewo i stracił przytomność.

Braw podbiegł do łowcy nagród. Mężczyzna był prawie nieprzytomny, a na jego brzuchu widać było ranę postrzałową.

— Voe… — wydusił z siebie. — Czy ja umieram?

— Nie, nie — powiedział Jedi, choć tak naprawdę miał co do tego złe przeczucia. Prowizorycznie przyjrzał się ranie: nie krwawiła, jednak przeszywała tors czarnowłosego mężczyzny. Sprawy nie ułatwiała też jego mama, lamentująca w oddali.

Z krzaków tymczasem wyszła Vrush Ka i widząc, co się stało, zignorowała nieprzytomnego Raffou’a Villchure’a, by zamiast nim zająć się Chorty’m. Przechodząc koło jego omdlałego korpusu, odkopnęła strzelbę na bok, a kiedy podbiegła do łowcy, schyliła się nad nim.

Spojrzała na ranę, a potem na Braw.

Wstyd przyznać, ale Chorty był okropnym maminsynkiem; z tego też względu na każdą misję woził ze sobą matkę.

— Dostał w nerkę — powiedziała. — Rana wylotowa. Jeszcze nie krwawi.

Braw nie wiedział, co robić, i taki też miał wyraz twarzy: czuł beznadzieję.

— Przeżyje? — spytał.

— Następne parę godzin pewnie tak — pocieszyła go Vrush — ale nie wiem, co potem — a teraz go zmartwiła. — W każdej chwili może zacząć krwawić. Rana jest przypalona, ale… — kontynuowała, jąkając się. — Trzeba szybko operować, a w najgorszym wypadku wyciąć nerkę, jeśli nie da się jej uratować.

Chorty zemdlał z przerażenia.

— Zrobisz to? — spytał Jedi znachorkę.

— Może bym potrafiła — mistyczka wzięła wdech — ale nigdy nie operowałam. Nie mam narzędzi…

Braw również ich nie miał, chociaż na statku Stasha z pewnością znalazłby parę noży czy nożyczek, sądząc po bogatym ekwipunku jego transportowca.

Vrush Ka spojrzała na profesora Villchure’a, który właśnie się budził.

Advertisement