Star Wars Fanonpedia

Szablon:Autor przechodzi restrukturyzację!
Za dyskomfort stylistyczno-wizualny przepraszamy

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Star Wars Fanonpedia
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Złoty puchar (50 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
104264 bajty • Nieco ponad godzina czytania

TAJEMNICZY NABYWCA (Kaiwocker)

Pomieszczenie spowite było w mroku wypełnionym wszelakiego typu oparami, które unosząc się w powietrzu, nadawały mu niespotykaną aurę. Pomimo cisnącego się na usta skojarzenia tego miejsca z półświatkiem przestępczym Staa Sheck, handlarz statków, który wszedł do lokalu zaledwie przed chwilą, był najzwyklejszym w świecie legalnym handlarzem statków, który sprzedawał statki. Choć, co trzeba przyznać, ostatnio coraz bardziej przymierzał się do transakcji z osobami wyjętymi spod prawa, głównie z powodu restrukturyzacji Republiki w Imperium. A było to spowodowane tym, że naprawdę ciężko było u niego z pieniędzmi — prawie tak ciężko, jak ciężko chorego miał brata, Trandoshanina imieniem Ya Sheck. Jednak zanim Staa Sheck zszedłby na ścieżkę zła, jak do niedawna zwykł jeszcze określać dilerów wszelakiej maści, musiał najpierw upewnić się, że z zrobił, co tylko mógł, tak by uniknąć tego scenariusza. Nie miał jeszcze jednak tej satysfakcji i z tego też względu obecnie to on odwiedzał swoich klientów, prosząc, a czasem wręcz błagając o zakup jego pojazdów, mimo iż jeszcze parę miesięcy temu rzecz miała się zupełnie inaczej.

A to dlatego, że jako niezależne miasto — które niepodległość uzyskało w 43 BBY — Kaiwocker do niedawna było kolonią Dantooine. W przeciwieństwie do tej planety jednak samo nie należało do Republiki, choć miało ten komfort, iż pomiędzy oboma ciałami niebieskimi istniały dość dobrze prosperujące szlaki handlowe, przerwane dopiero wraz z proklamacją Imperium. Z tego też względu gospodarka Kaiwocker bardzo ucierpiała na reorganizacji Republiki Galaktycznej, a to skutkowało takimi, a nie innymi warunkami pracy handlarza statków.

Staa Sheck podszedł do stolika knajpy, przy którym to stoliku umówiony był z klientem. Nie wiele o nim wiedział, a jako że ta tajemnicza osoba nosiła kaptur, również i nie wiele mógł wnioskować po jej wyglądzie. Ale uwagę mężczyzny przykuł kot, który to spoczywał na stole, nieustannie głaskany przez swojego właściciela.

— Witam, Staa Shecku — handlarz usłyszał głos wydobywający się spod kaptura, zdziwiony tak bezpośrednim zwrotem ze strony tajemniczej persony. — Zdaję się, iż będę mieć dla ciebie pewne zadanie.

Border.png

OSTATNI TAKI WIECZÓR — WIECZÓR NA SANDAU (Sandau)

Z powodu zaistniałej konieczności podreperowania statku Chorty i Bożena zmuszeni byli jeszcze jakiś czas pozostać na Sandau. O ile naprawa transportera nie stanowiła dla łowcy głów problemu, o tyle z pewnością była zagadnieniem czasochłonnym, zwłaszcza iż mężczyzna nie pozostawał w pełni sił w związku z niedawno przebytą operacją i utratą nerki.

Teraz kiedy statek był już gotowy, w zasadzie można by już wyjeżdżać. Jednak przed odlotem Chorty postanowił jeszcze zapalić papierosa, bowiem od dawien dawna — a ściślej rzecz ujmując, od jakichś paru godzin — nie zaświadczył tej przyjemności; z tego też względu udał się na ubocze, pozostawiając swą matkę grającą z Raffouem w holoszachy przy przenośnym holostole firmy Portable Tables Company. Z powodu straszliwej amnezji naukowiec zapomniał, że był jeńcem — w efekcie podchodził do Chortiego i Bożeny jak do przyjaciół.

W miarę trwania rozgrywki profesor to głębiej wpatrywał się w swoją rywalkę. Ale nie tak, jak nastolatek wpatruje się w swoją koleżankę z klasy — w tym spojrzeniu było coś niesamowitego, coś w istocie oderwanego od jakiekolwiek romantycznego tudzież seksualnego kontekstu.

— Bożena — powiedział znachor, przerywając ciszę utrzymującą się od parunastu minut. — Jestem twoim ojcem.

Kobieta uniosła głowę powoli i uważnie przypatrzyła się mężczyźnie.

— Tato, to ty! — uradowała się, wstając, i bliska była rzucenia się na szyję naukowca. Nie zrealizowała jednak tego popędu.

— Dobra, dobra — powiedział Chorty, biorąc ostatni buch papierosa, nim wyrzucił niedopałek. — Lecimy. Masz, mamusia — zwrócił się do swej rodzicielki, rzucając jej kajdanki — skuj go i lecimy.

Bożena chwyciła kajdanki — w końcu miała w tym sporo wprawy; jednak zamiast skuć znachora, poczęła przewracać podany jej implement w dłoniach, pogrążając się w wewnętrznych rozterkach coraz bardziej.

— Nie, synu! — oznajmiła, wstając. — Przez tyle lat byłam dla ciebie zbyt łagodna, ale miarka się przebrała!

Chorty obrócił się zdezorientowany. Nie miał pojęcia, o co mogło chodzić Bożenie — zapewne więc nie słyszał wyznania Villchure’a.

— Ale że co? — spytał, śmiejąc się.

— Ale że to, że to twój dziadek, a mój zaginiony ojciec! — Bożena tupnęła nogą.

Chorty zaśmiał się.

— Powiedział ci tak? — wydusił z siebie. — Przecież on ma amnezję i nic nie pamięta. Majaczy. Ale — co istotne! — jest spora suma za jego głowę. Dawaj, kłuj go.

Chorty obrócił się, spodziewając się bezwzględne subordynacji ze strony swojej matki; ona jednak tym razem ani myślała się podporządkować.

— Mowy nie ma! — krzyknęła, odrzucając kajdanki na bok. — Nie pozwolę ci sprzedać twojego własnego dziadka! Nie i kropka!

Chorty poczuł się dziwnie. Nigdy bowiem nie sprzeciwiał się matce. Z drugiej strony jednak, ona też nigdy nie sprzeciwiała się jemu.

— Jesteś moim dziadkiem? — łowca nagród przeszedł dwa kroki w swoje lewo, by mieć wgląd na starego lekarza; dotychczas zasłaniało mu go bowiem obwite cielsko rzekomej córki emeryta.

Bożena przypatrywała się synowi w nadziei, że i on uwierzy deklaracji znachora.

— Bzdura — parsknął Chorty — musiałbyś być wyjątkowo jurny! Musiałeś ją począć w wieku najwyżej 14 lat.

— Tak było! — zaklinała się Bożena.

— Ale co począć? — dopytywał zdezorientowany Raffou Villchure; zupełnie nie wiedział, co się wokół niego działo.

Border.png

PODZIWIANIE NOCNEGO NIEBA (Kashmarr’k, nieopodal ziemianki Poostel Nicka)

Poostel Nick był osobą uczynną i poczciwą; zdecydował się wspomóc Yagnę, mimo iż w zamian nie otrzymywał żadnych korzyści.

Na Kashmarr’k nastała noc i cisza spowiła pobliskie łąki oraz przerzedzone lasy, raz po raz przerywana przez krzyki zniewolonych mieszkańców. Niebo pozostawało bezchmurne, a i temperatura powietrza była na tyle wysoka, aby tęgie dziewczę imieniem Yagna mogło wpatrywać się w pokrytą gwiazdami kopułę niebieską, wsłuchując się w cykanie kosmoświerszczy.

Panienka podpierała się dłońmi od tyłu, trzymając je ulokowane na pokrytej dość bujną trawą ziemi tuż przed ziemianką Poostel Nicka. Stopy natomiast obracała raz w lewo, raz w prawo, jednym razem w tę samą stronę, innym — w przeciwną, ot tak, dla zabawy.

Podobnie bawiła się w dniu, kiedy po raz ostatni raz rozmawiała ze swoją macierzą. Leżała wtedy w łóżku na płasko, manipulując swymi stopami w zupełnie taki sam sposób, jak czyniła to teraz. Istotną różnicę stanowiły natomiast dźwięki otoczenia; w miejsce cykania świerszczy słyszała wtedy bowiem krzyki swego ojca oraz głośne lamenty matki, przeplatane odgłosami tzw. „klapsów”.

Jednak 20-letnia dziewczynka pewna była, iż tata wcale nie bił mamy. Był dobrym człowiekiem, choć troszkę mniej „wyluzowanym”, niżby tego chciała. Jej matka jednak zawsze powtarzała: Jak go będziesz słuchać, będzie spokojny.

Yagna, ówcześnie wcale nie tak tęga, głęboko wierzyła, iż jej matka była śmiertelnie chora. A wynikało to z prostego skojarzenia, zapewne wynikającego z jej wrodzonej heurystyki — że jak krew, to i choroba. Tego wieczora, gdy dziewczę po raz ostatni widziało swą matkę, wpełzła ona do jego pokoju niczym niepełnosprawny wąż, cała we krwi. Ostatkiem sił wdrapała się na jego łóżko i wyciągnęła swą lewą przed siebie. Zignorowawszy krwiste plamy, niewiasta przyłożyła ją do policzka swej potomkini, mówiąc jej: Pamiętaj, Yagno. Czegokolwiek będzie od ciebie chciał, zdawaj się na jego osąd, dopóki sama nie będziesz w stanie zadecydować.

Następnego dnia macierz dziewczęcia kopnęła w kalendarz, a ono samo widziało swego ojca, jak wstrzykiwał jej coś w żyłę. 20-letnia dziewica przez długi czas nie mogła pogodzić się ze śmiercią matki, jednak po samym jej zgodnie pozostawała wdzięczna swemu ojcu, nosząc w pamięci, jak wiernie troszczył się o współmałżonkę do końca jej dni.

Yagna roześmiała się; zdziwiła się bowiem, jak bardzo odległe od siebie wydarzenia przywołała sama zabawa w obracanie nóg. Teraz 29-letnia kobieta poczuła lekki chłód, tak iż przez moment rozważała nawet powrót do ziemianki. Z kolei gdy dziewczę już się obróciło, zobaczyło za sobą Nicka, w swej lewej ręce trzymającego stary, zniszczony koc, a w drugiej — kubek z jakimś napojem.

— Przyniosłem ci koc, cobyś nie zmarzło, dziecko — oznajmił starszy pan, po czym narzucił przyniesiony przez siebie kawałek materiału na plecy imperialnej oficer; od razu zrobiło jej się cieplej.

Kiedy mężczyzna usadowił swój żyć obok dziewczęcia, podał mu trzymany w drugiej dłoni kubek.

— Masz, robi się chłodno — zauważył. — Zrobiłem ci trochę kawy. Mam nadzieję, że lubisz.

Yagnie aż zaświeciły się oczy.

— Czy lubię? — spytała. — No ba, wprost uwielbiam!

Dziewica pospiesznie wyciągnęła dłonie, by przejąć nimi białe naczynie z wrzącym trunkiem. Gdy była już na skraju wzięcia pierwszego łyku, zawahała się jednak.

— Właściwie… — wyszeptało dziewczę — nie, nie mogę tego wziąć.

Nick podniósł nieznacznie głowę i wysunął swą dolną wargę. Niepomny był, dlaczego niby ta tęga osóbka goszcząca w jego posiadłości tak szybko zmieniła zdanie.

— A to niby dlaczego? — spytał pustelnik, przyjmując kubek z powrotem. — Jak się martwisz, że nie zaśniesz, to bez obaw, to kawa bezkofeinowa.

— Nie, nie. Nie o to chodzi — Yagna odżegnała się od sugestii gospodarza. — Po prostu nie mogę. I już.

Tak naprawdę dziewczę miało w pamięci zakaz, który otrzymało od Braw Necka. Choć obecnie znajdowało się miesiące świetlne od swego pana, właśnie w tej chwili czuło jeszcze większą odpowiedzialność i chęć podtrzymywania jego nakazów.

— W porządku. Przez moment myślałem, że mi powiesz, że moczysz łóżko! — staruszek wybuchł śmiechem; Yagna też zaśmiała się dla towarzystwa, jednak zupełnie nie wiedziała z czego.

Wkrótce tłuste dziewczę położyło się na plecach, a umieściwszy ręce pod potylicą, poczęło wpatrywać się w gwiazdy. Nie mając nic innego do roboty, Poostel poczynił to samo.

— Widzę, że lubi panienka spoglądać w gwiazdy, hę? — zagadał. — Też lubiłem, jak byłem w panienki wieku.

— Taaak, prze pana — odparła podporucznik uradowana. — Pan Braw nawet pokazywał mi, które to które. O! Proszę zobaczyć! — wskazała palcem pewien punkt na niebieskiej kopule. — To Korrsaaa, a tam Neptoon! A tam jest Wielki Wagon, taki gwiazdozbiór!

— Tak panienka mówi? — pustelnik jak gdyby kwestionował zdanie swego gościa, zdając sobie sprawę z prawionych przez nią absurdów. — A kto ci takie rzeczy powiedział, dziecko?

— Pan Braw, prze pana — odparła uradowana dziewuszka, ponownie lokując dłonie pod potylicą.

— Hmm… — starszy mężczyzna począł się zastanawiać. — Ale tu, na Kashmarr’k? — dopytał.

Tęga Yagna podrapała się po brodzie, nie do końca wiedząc, o co mogło chodzić jej rozmówcy.

— Znaczy się… na tej planecie? — sprecyzował pustelnik.

— A! No nie, na jakiejś innej. Ale jakiej to ja już panu nie powiem — wzruszyło dziewczę ramionami.

— Tak też myślałem — odparł Nick. — Ten rzekomy Neptoon to raczej gwiazda Systemu Koldak, jak już. Bo… — senior kontynuował — wiesz, że na każdej planecie nocne niebo wygląda inaczej, nie?

— Naprawdę? — zdziwiła się Yagna, spoglądając w bok na emeryta, nie zmieniwszy pozycji. — Nie wiedziałam.

Podczas gdy tęgie dziewczę kontynuowało eksplorację kosmosu, pustelnik Poostel Nick nie do końca wiedział, cóż jest nie tak z inteligencją jego gościa. Sam nie posiadał wykształcenia — był zaledwie prostym rolnikiem-mechanikiem uwielbiającym samotność. Jednak podstawowa wiedza na temat astronomii nie była mu obca, w przeciwieństwie to tłustej panny goszczącej u niego tej nocy.

Wtem tęgie dziewczę po raz kolejny spojrzało na gospodarza. Wydawało się wyraźnie podekscytowane.

— Panie… panie Nick? — spytało.

— Słucham cię, dziecko — odparł mężczyzna.

— A pomoże mi pan odnaleźć moich przyjaciół?

— Postaram się, dziecko — powiedział pustelnik, po czym westchnął — musisz być bardzo z nimi zżyte?…

— Nie — Yagna machnęła dłonią. — Po prostu bardzo jestem do nich przywiązana. Lubię ich, wie pan. Wszystkich!

— Tak? — dopytywał pustelnik. — A kogo najbardziej?

— No jest ich tam kilka — podporucznik poczęła przypominać sobie, kto dokładnie wchodził w skład załogi. — Jest tam taki pan z dużymi zielonymi trąbami na głowie. Choć jego chyba lubię najmniej, bo jest dla mnie niemiły — dziewczę wzruszyło ramionami. — No i są tam też takie dwie babcie, ale pojęcia nie mam, która to która ani też jak się wabią — teraz użyło wyrażenia innego niż „mieć na imię”, by być bardziej elokwentnym. — Ale najlepiej to chyba lubię pana Braw. Traktuje mnie bardzo dobrze i dba o mnie, nawet mimo że jest trochę surowy.

Poostel z zaciekawieniem słuchał opowieści imperialnej oficer.

— I jest… niech się pan do mnie zbliży, powiem panu na ucho, bo to tajemnica! — nakazała, na co nie mając nic lepszego do roboty, senior zbliżył się do panienki. — On jest Jedi!

— Jedi? — mężczyzna aż wstał. — Znałaś jakiegoś Jedi, dziecko?

— Ehę — panienka potwierdziła, również unosząc plecy; zajęło jej to jednak nieco więcej czasu.

— A można prosić nazwisko? — pustelnik kontynuował.

— Neck — Yagna wzruszyła ramionami. — Ale proszę nikomu nie mówić!

Pustelnik nie odpowiedział na ten apel, bowiem w głowie układał sobie już inną rzecz.

— Braw Neck… — wyszeptał. — A wiesz, że go znałem?

— Znał go pan? — Yagna rozpromieniła wręcz radością. — Powaga?

— Tak! — senior potwierdził. — Nawet dom mu wybudowałem! Bo ja to stary architekt był i mechanik, tylko bez papieru.

— Tutaj? Braw Neck mieszkał tutaj? — tłusta panna nadal nie dowierzała.

— Tak! — po raz kolejny potwierdził pustelnik. — Jakieś pół roku temu moja koleżanka Gienna… jaka ona ładna! Gienna przyszła do mnie z rana, mówiąc, że jakiś Jedi spadł z nieba w myśliwcu. Ja jej nie wierzyłem, bo ona miała tendencję do konfabulacji, ale jak matkę kocham, to był Jedi! — Nick wykonał śmieszny gest dłońmi dla wzmocnienia przekazu. Zauważył wtedy, iż Yagna dziwnie zareagowała na imię „Gienna”. A więc dopytał. — Znasz jakąś Giennę?

— Chyba nie — dziewczę wzruszyło ramionami. — Ale imię fajne. I co było dalej?

— No i zbudowałem mu tę ziemiankę, a Gienna dała mu tubylczą tunikę. Bo jego była cała podarta. Potem go nie widziałem. Wiesz, dziecko — ja pustelnik, on pustelnik, raczej woleliśmy być sami.

— Kapuję — powiedziało dziewczę. — Wiesz co? — dodało po chwili — a może zabierzesz mnie do tej glinianki? Jeżeli mamy mnie z powrotem dostarczyć do ekipy, wszystko może się przydać.

Poostel nie miał żadnego pojęcia, w jaki sposób glinianka Braw Necka miała być pomocna w odnalezieniu samego Braw Necka, ale oczywiście zgodził się; skrycie wątpił bowiem, czy w jakikolwiek sposób uda mu się pomóc tęgiej damie, a jeżeli wizyta w domu jej przyjaciela miałaby jej pomóc, właściwie dlaczego by nie.

Późniejszym wieczorem Poostel ulokował tęgie dziewczę na materacu na podłodze tuż pod ścianą swej ziemianki. Trzymał w jej wnętrzu paręnaście pierzyn na wszelki wypadek, które teraz posłużyły jako posłanie pulchnej dziewicy. Sam zaś mężczyzna wygodnie położył się na łóżku, gdzie popatrzył na leżące po drugiej stronie pokoju dziewczę; jeszcze nie spało. Gdy zdmuchnął świeczkę, przez moment zastanawiał się, co właściwie dalej zrobić. Z jednej strony, miał sprawny statek; ukrywał to jednak przed panienką, a to z prostego pokoju: był on jednoosobowy. Mężczyzna od dawna zabierał się do odlotu, jednak ani razu nie osiągnął sukcesu w tej materii; ilekroć bowiem wsiadał do maszyny, tylekroć nabierał wątpliwości, czy na pewno powinien wylatywać, a jeśli tak, to czy akurat w tym momencie.

Nick bliski był zaśnięcia, kiedy to jego ramię zostało szturchnięte przez Yagnę. Dziewica miała ze sobą kocyk, a jej mina była nietęga, oczywiście w przeciwieństwie do sylwetki.

— Panie Nick?… — podporucznik wydusiła z siebie, wyrywając gospodarza z jego — co prawda niezbyt głębokiego — snu. — Panie Nick…

— Tak?… Co się dzieje, dziecko? — odparł zaspany i oszołomiony 59-latek, delikatnie podnosząc głowę.

— Mogę spać z panem? — spytało dziewczę.

Poostel Nick poczuł się nieco nie w sosie w obliczu takiej propozycji; decyzja jednak musiała zostać podjęta szybko, jakkolwiek trudna.

— Yagno, jesteś już dużą dziewczynką, a duże dziewczynki śpią same — wyszeptał. Kiedy jednak dostrzegł, jak tęgie dziewczę smutnieje na twarzy, szybko się wycofał. — No! Ale dzisiaj zrobimy wyjątek. Wskakuj, mała.

Tęga Yagna uradowała się niezmiernie, po czym wskoczyła na łóżko gospodarza. Co prawda, było w nim teraz mało miejsca, zważywszy na tężyznę panienki, jednak Nicka — człowieka niezwykle pokornego i pomocnego — cieszył fakt sprawienia takiej radości swojemu gościowi.

— A… — Yagna przytuliła się do 59-latka — przeczyta mi pan baję? Ślicznie proszę.

Dziewczę uśmiechnęło się do gospodarza, pełne wdzięku. Pustelnik nie mógł mu odmówić.

— No dobrze, dziecko — powiedział. — Mam tu nawet jedną, co się nadaje.

To powiedziawszy, mężczyzna podszedł do regału na książki i wyciągnął z niego jedną sztukę. Był amatorem literatury, w której potrafił pogrążać się całymi dniami, nie zwracając uwagi na otaczającą go rzeczywistość — nawet gdyby miały to być ciągle te same tutuły.

Przeczucia — powiedział, niosąc ją w stronę gościa.

— To nie ja! — odżegnywała się tęga tama, jednocześnie pociągając nosem.

— Nie, nie o to chodzi — gospodarz uśmiechnął się dobrodusznie. — Wiem, że nie pierdnęłaś. To tytuł książki.

Poostel usiadł na skraju łóżka i począł czytać.

Kitemarus Mathhak ma przeczucia, jakoby Kywalker mieli zaatakować najwięksi wrogowie — dinozaury. Czuje się bezradny; nie wie, co ma robić, gdyż miasto nie ma nawet najmniejszej armii. Wie, że dinozaury są wstanie zniszczyć wszystko, jednak najbardziej przerażony jest z jednego powodu: jego ulubiona kafejka — Kafe Rancor — może zostać zniszczona. Przestraszony, udaje się do Bena Łajdakowskiego, pełniącego tymczasowo funkcję szefa policji. Wójt tłumaczy mu, o co chodzi, jednak policjant nie wydaje się…

Przerwał. Dziewczę zasnęło.

Border.png

GNOJOWE SPRAWY (Kaiwocker, dwa dni po poprzedniej scenie z tą asteroidą)

Kai przemierzał uliczki asteroidy Kaiwocker pełen podziwu dla miejscowej fauny i flory. Znajdował to niezwykle zdumiewającym, jak pełno zieleni mogło otaczać miasto przy jednoczesnej biedzie, w jakiej bytowała miejscowa ludność na obrzeżach, w tzw. slumsach.

Dookoła pełno było wszelkiego rodzaju zwierząt hodowlanych, których chłopiec nie widział na oczy, jak długo żył. Wśród świń i kóz gdzieniegdzie przewijały się także krowy. Z nimi to właściwie była śmieszna sprawa, bowiem stanowiły one jeden z nielicznych gatunków w galaktyce, które objęła tzw. „ewolucja wsteczna”, oczywiście biorąc pod uwagę ich rozwój intelektualny. Wcześniej bowiem, według najlepszej wiedzy naukowców, krowy kaiwockeriańskie miały być rasą rozumną. Teraz natomiast były niczym innym jak zwierzęciem domowym hodowanym dla mięsa i mleka. Czy było to etyczne? Stanowiło to zagadnienie zawziętych dysput pomiędzy etykami i filozofami.

Niemniej na asteroidzie nie brakowało też fanatycznych nacjonalistów, którzy walczyli z obecnym podejściem do krów. Wierzyli oni, iż nie powinny one być zabijane, nawet jeżeli nie byłyby już humanoidalne. Wołowina jednak przebujała ich wołania, które obijały się głuchym echem, gdy tylko lokalny parlament podnosił tę kwestię. Wielu radnych nie dawało wiary doniesieniom, jakoby krowy te kiedykolwiek były ludzkie w większym stopniu aniżeli zwierzęce, nie wierząc w teorię ewolucji Darr Winna.

Kai Teck skręcił w lewo, uważnie patrząc pod nogi, byleby nie wdepnąć w błoto lub gnój. To właśnie tym drugim mieszkańcy, niezbyt przepadający za higieną, łatali dziury w starej nawierzchni. Teraz chłopcu szło się o wiele łatwiej niż wczoraj, bowiem teraz mniej więcej wiedział, gdzie spodziewać się śmierdzącej breji.

Łajno, które stanowiło tu substytut asfaltu, przywiodło Kaiowi na myśl wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, mianowicie z czasów, gdy razem z matką na własną rękę pewnego dnia udał się na zakupy na miescowy targ. To właśnie tam po raz pierwszy zetknął się z wąchanym teraz przez siebie odorem — widział bowiem na własne oczy defekację jednego z coniców przechadzających się nieopodal.

Było to nieopodal główej osadzie na Alphanor — to właśnie w jej obrębie mieszkała kiedyś rodzina Tecków. Choć z pozoru zabudowania wyglądały na biedne, ich konstrukcja wiązała się z tradycją bardziej aniżeli brakiem innych perspektyw. Większość mieszkańców była przeciętnie majętna, ale na pewno nie biedna — planeta bowiem, która do ostatnich dni wojen klonów zachowywała neutralność, przechodziła rozkwit gospodarczy za sprawą kopalni odkrywkowych ulokowanych wzdłóż równika. Technika, jaką eksploatowano kolejne warstwy gleby, nie była szkodliwa dla klimatu.

Filíp wylądowała na pasażu nieopodal targu. Wzięła ze sobą jeden ze śmigaczy pozostający na wyposażeniu jej męża Barra, jednak nie żeby on sam o czymkolwiek wiedział. Wręcz przeciwnie — w snutej przez niego wizji ich wzajemnego współżycia kobieta miała być kurą domową, czyli dbać o gospodarstwo w czasie jego pobytu w pracy, a od czterech lat opiekować się dzieckiem, póki co jednym. O ile robienie zakupów było tolerowane, o tyle latane już niekoniecznie.

— Pobaw się na około czy coś — matka spojrzała na swojego syna, siedzącego na stanowisku pasażera. Nie miał on pod sobą tzw. „poddupnika” czy też innego fotelika, o pasach już nie wspominając. — Tylko się nie oddalaj, żeby cie jaki zboczeniec nie porwał.

Filíp obróciła się, uśmiechając się delikatnie ze znanego sobie powodu, po czym od razu udała się w stronę targu. Składał się on z dwóch rzędów straganów stojących wzdłóż jego prawej i lewej strony. Osoby zarabiające na życie w ten sposób przeważnie były już na emeryturze lub dopiero niedawno wyszły z nałogów i problemów finansowych; w efekcie więc nie załapały się na emeryturę oferowaną przez administrację. Mieszkanka tego świata dość sprawnie wybrała stoisko, w którym zaopatrzy się w prowiant. Miała bowiem przy sobie kilka kredytów, które wyjęła z munduru małżonka w czasie prasowania.

— Przepraszam, za ilę dostanę te meilooruny? — kobieta zagadała sprzedawcę, który akurat zajęty był obsługiwaniem pewnej młodej, szczupłej i zgrabnej blondynki.

— A to niech pan weźmie worek, potem zważę i zobaczę — uśmiechnął się ekspedient, kończąc pomagać poprzedniej klientce. Był to stary, siwy mężczyzna rasy Gotal z gęstą brodą, ubrany raczej w szarych odcienich.

Mężczyzna podał Filíp worek, gawędząc o czymś ze sprzedawczynią ze straganu obok. Przyszłej zbieraczki złomu jednak nie za bardzo obchodziły miejscowe ploteczki, toteż pospiesznie wypełniła torbę kilkunastoma najdorodniejszymi sztukami.

— Proszę — powiedziała, podając Gotalowi siatkę z owocami do zważenia.

Ekspedient położył pakunek na wadze, po czym odpowiednio uregulował ciężarki.

— Ile płacę? — zapytała Filíp zobojętniale.

Jej rozmówca zbliżył palce do dolnej wargi.

— Hmm — zastanawiał się. — Dwa kredyciki za wszystko i szafa gra — uśmiechnął się. — Tak po uprzejmości.

— Phi, panie — Filíp wybuchła wymuszonym śmiechem, podając straganiarzowi kwotę. — Za dwa kredyty łącznie to ja sobie włożę jeszcze kilka.

I zaczęła pakować do worka kilka dodatkowych owoców, po czym odeszła.

Z perspektywy czasu Kai nie wiedział, jak oceniać ówczesne poczyniania swej matki. Kraść meilooruny tylko dlatego, że nie podoba się kumuś ich cena, z pewnością do rzeczy moralnych nie należy. Z drugiej strony, chłopak miał wtedy dopiero 4 lata i nie za bardzo obchodziły go takie tematy — grunt, że mógł się porządnie najeść, jak tylko wróci do śmigacza. Do niedawna był przekonany, że jego ojciec także gardził tego typu kradzieżami. Po tym jednak, co się stało, Kai był raczej zdania, że kradzieże to żaden problem w porównaniu do rzeczy, jakich admirał się dopuszczał — jak chociażby beszczeszczenie zwłok.

Teraz jednak powodli należało kończyć te rozważania. Oto bowiem Kai zaszedł już na miejsce, do którego zmierzał.

— Dzień dobry! — chłopczę zagadało farmera przewracającego obornik parą wideł. — Jak zdrowie?

Trandoshanin o smukłej sylwetce drgnął, po czym wbił widły w ziemię i podszedł bliżej płotu.

— U mnie w porządku, u brata — trochę gorzej — posmutniał, opierając się o płot. — Wiem, po co przychodzisz — rolnik od razu przeszedł do rzeczy.

— Tak? — uśmiechnął się młody Teck. — To jak, jest jakiś kupiec?

Farmer potrząsł przecząco głową, wskazując na negatywną odpowiedź, która za moment miała zostać dana.

— Oczywiście, że nie — odparł. — Mówiłem ci, że jest teraz tak źle, że sam muszę ich szukać. A nikogo nie znalazłem przez tak krótki czas.

Młody Teck jakoś niespecjalnie wierzył w zapewnienia swojego rozmówcy. Bądź co bądź, był on biznesmenem, a takim, jak przekonywała jego matka, nie wolno było ufać.

— Ale to kanonierka Republiki! — upierało się dziecko.

Rolnik nie wiedział natomiast, skąd wniosek, że skoro coś należało do Republiki, będzie nabywane chętniej.

— Tym bardziej nikt się nie kapi — stłumił jego entuzjazm.

— A kolekcjonerzy? — Kai nie dawał za wygraną. Przecież na pewno znajdzie się jakiś fanatyk motoryzacji — na Zuomiarrze było ich pełno; przybywali każdego miesiąca, aby szperać w szlamie i stamtąd pozyskiwać wartościowe przedmioty na własną rękę.

— Kolekcjonerzy? — handlarz odsunął się od płotu, po raz kolejny martwiąc chłopca. — Widziałeś tu jakichś?

Kai Teck posmutniał. Rzeczywiście w Kaiwocker nie było żadnych kolekcjonerów. Jego rozmówca tymczasem podszedł do jednej z krów i pogłaskał ją po głowie.

— No, Agata — powiedział — jutro szykuje się zapładnianko.

Mężczyzna jeszcze parę razy klepną krowę w żyć, po czym zwrócił się do młodego Tecka.

— Choć w sumie wiesz co? — ponownie chwycił widły. — Przyjdź wieczorem tam, gdzie się spotkaliśmy po raz pierwszy. Będę miał klienta dla ciebie. Czy może raczej klientkę.

Kai ucieszył się tak bardzo, że poczuł ochotę skoczenia handlarzowi na plecy; porzucił jednak tę ideę, pewien, iż zostałaby ona odebrana jako nieprofesjonalna.

Młody mechanik początkowo nie zamierzał sprzedawać Potwora. Zdanie to jednak zmienił, gdy tylko dostrzegł oddział klonów, który potencjalnie mógłby być zainteresowany jego osobą. Dziecko nie czuło się z tym dobrze, jednak wiedziało, iż to jedyna droga, aby umknąć łowcom nagród wynajętym przez jego ojca. Dziwiło je jednak, że admirał zdecydował się właśnie na nich — przecież teraz cały sektor aż huczał o admirale Imperium, który ma pod sobą cały niszczyciel, a nie potrafił zadbać o swoje własne potomstwo. Zdaniem młodego Tecka o wiele bardziej racjonalnym byłoby zaangażować imperialnych śledczych i sprawę tę załatwić „po cichu”.

Border.png

NOCNY GOŚĆ (Kashmarr’k, ziemianka Poostel Nicka)

Poostel Nick siedział sobie przy kolistym stoliku do kawy, popijając ten właśnie trunek, jak to miał w zwyczaju co rano. Yagna jeszcze spała, chrapiąc niemiłosiernie; nawet wata, której niezmierzoną ilość naładował sobie do uszu, nie była w stanie całkowicie stłumić jej odgłosów fizjologicznych, a jedynie odrobinę je wyciszała. Mężczyzna zmuszony był więc aplikować zupełnie inne metody, tak aby mógł się wyspać pomimo ociężałej podporucznik goszczącej w jego łóżku — posuwał ją i przestawiał przez całą noc, jednak również nie odnosząc sukcesu w postawionym przed sobą zadaniu.

Yagna tymczasem wychodziła właśnie z fazy głębokiego snu. Korzystając jednak z miękkiego posłania, na którym miała przyjemność spać, zdecydowała się poleniuchować jeszcze przez parę chwil, niepomna, gdzie dokładnie się znajdowała.

Ze snu wyrwało ją głośne pukanie. Mimo wszystko jednak dziewczę nadal udawało, że pozostaje w stanie spoczynku, i przeto też trzymało powieki szczelnie zsunięte na gałki.

Poostel tymczasem podszedł do drzwi i otworzył je, tak iż jego oczom ukazała się wątłej postury sylwetka imperialnego oficera.

— Witaj, komandorze Vanders — starszy mężczyzna zdjął czapkę z głowy, aby okazać szacunek goszczącej u niego osobistości.

— Witaj, stary druhu — odparł oficer, opierając swą prawą dłoń o ramię dawnego przyjaciela.

Nick przyjrzał się uważnie twarzy komandora. Była zgoła inna niż ta, którą zapamiętał.

— Zostaniesz może na śniadanie? — spytał odludek.

— Nie. Rozumiesz, taka praca. Obowiązki wzywają — oficer odpowiedział zwięźle, szybko zdejmując dłoń z ramienia gospodarza. — Żeby tu przybyć, musiałem przerwać lokację separatystycznych niewolników. Zależy mi tylko na tej grubej — oświadczył, po czym spojrzał na tęgą Yagnę.

Ona tymczasem, usłyszawszy, co usłyszała, niczym z procy wystrzeliła z łoża i kończąc swój zgrabny skok, stanęła na ziemi.

— Nigdy mnie nie dostaniesz, Vanders! — krzyknęła tęga dama, po czym poczyniwszy piruet w powietrzu, umieściła się w niewielkiej dziurze w ścianie, tak aby czym prędzej opuścić ziemiankę.

Jako szanujący się oficer nowo proklamowanego reżimu Ralf Vanders pozostawał przygotowany na wszelkie okoliczności; po prostu chwycił panienkę za nogi, kiedy ta jeszcze pozostawała w powietrzu, i tak też trzymał nią, gdy niezdarnie ugrzęzła w otworze.

— Puść mnie! — awanturowało się dziewczę, którego głowa znajdowała się już na zewnątrz, i uderzało pięściami w posadzkę. — Puść mnie!

Komandor Vanders ciągnął jego nogi z całej swej siły, jednak nie był w stanie wydobyć ociężałej panny z miejsca, w którym utknęła.

— Panie Nicku, proszę mi pomóc! — siłując się z podporucznik, krzyknął w stronę gospodarza, który niezwłocznie schwycił oficera za pas i tak też wspomagał mu w wydobywaniu niewiasty z dziury.

— Puśćcie mnie! Puśćcie mnie! — Yagna chwyciła się ziemi, czując, jak pociągana jest w tył. — Nieee! — krzyczała dalej.

Border.png

POŻEGNANIE Z POTWOREM (Kaiwocker, wieczór tego samego dnia co w poprzedniej scenie)

Przejście ze strefy slumsów do strefy „dla bogaczy” było tak gwałtowne, że nie prawie umknęło uwadze Kaia. Ostatnią noc młodzieniec spędził na stosie siana, korzystając z gościny pana Bronka, miejscowego pustelnika, i od tego też czasu zjawił się tu tylko raz na umówioną wcześniej wizytę u kosmetyczki.

W końcu chłopiec dotarł do lądowiska, gdzie zaparkowany był jego statek. Choć lotnisko to w zasadzie za dużo powiedziane — był to raczej dziedziniec opuszczonej kamienicy. Żaden z mieszkańców jednak nie dostrzegł przemalowanej kanonierki u siebie pod oknem, zapewne dlatego iż wszyscy zajęci byli libacją alkoholową.

Obok statku stał Staa Sheck z jakąś sędziwą niewiastą z tooką na smyczy. Była ona typem pulchnych i niskich staruszek bardziej aniżeli wątłych i wysokich. Chłopiec przyjrzał się jej uważnie, po czym podszedł do handlarza statkami.

— Siema — uderzył go delikatnie w ramię — to jak, masz dla mnie jakiegoś kupca?

Trandoshanin jednak zachowywał się, jak gdyby nie kojarzył faktów.

— Togrutaninie, nie znam cię — odtrącił go delikatnie na bok. — Jestem tutaj umówiony z Kai Teckiem.

Kai Teck początkowo nie rozumiał, co działo się przed jego oczami. Dopiero po chwili przypomniał sobie o nakryciu głowy, które zakupił w zamian za parę niepotrzebnych części z Potwora, mianowicie czapce imitowanej na montrale. W ten sposób chciał uniknąć zbyt łatwego rozpoznania przez Imperium.

— Pssst, to ja! — powiedział Staa Sheckowi na ucho. — Nie poznajesz mnie?

Staa Sheck po raz kolejny przyjrzał się młodzieńcowi. Rozpoznał go, jednak przez brak czasu zdecydował się nie pytać, po co ta cała maskarada.

— No dobrze, Kai — od razu przeszedł do rzeczy. — Mam dla ciebie klientkę — poinformował, po czym wskazał na staruszkę.

Niewiasta uśmiechnęła się, biorąc kotka na ręce.

Pani Leosia była starszą kobietą na emeryturze; z tego też względu zamierzała odmienić swoje życie, w czym pomocny miał się okazać zakup Potwora.

— Witaj, chłopcze — powiedziała swoim chrypliwym głosem. — Jestem pani Leosia. Bardzo cieszę się, że mogę odkupić od ciebie ten statek. Zawsze o takim marzyłam… Pusheck też o takim marzył! Co nie, Pusheck? — seniorka pogłaskała swoją tookę.

Wkrótce doszło do transakcji. Wstyd przyznać, ale zarówno Staa Sheck, jak i Kai odrobinę wyrolowali emerytkę, bowiem zażyczyli sobie od niej aż 26 tys. kredytów — 20 dla Kaia i 6 dla Staa Shecka.

Border.png

NOCNY GOŚĆ — CIĄG DALSZY (Kashmarr’k, ziemianka Poostel Nicka)

— Puśćcie mnie! Proooszę! — Yagna bezskutecznie kontynuowała swe żałosne okrzyki, ciągnięta w tył z coraz to większą energią. Dopiero po czasie zrozumiała, że jest to już koniec i że z pewnością Imperium zabije ją, tak jak usiłowało to zrobić jeszcze niedawno. Dziewczę zamknęło oczy.

Wtedy siła, z jaką komandor Ralf Vanders oraz pustelnik Poostel Nick wyciągali imperialną oficer z dziury, spowodowała jej natychmiastowy wyskok w tył. Dziewczę poszybowało parę metrów, a wyleciawszy przez drzwi, dostrzegło swoich oponentów poprzewracanych na podłodze niczym kręgle.

Upadło na ziemię. Rozbolała je głowa. Powoli otworzyło oczy.

W ziemiance był już świt, a Poostel Nick drzemał na krześle. Zapewne niekomfortowo czuł się z młodą damą w jednym łóżku. A więc był to tylko zły sen, pomyślała panienka.

— Czekałem na ciebie, Yagno. Wreszcie się spotykamy — dziewica usłyszała nad sobą charakterystyczne dyszenie.

Spojrzała u góry. Zobaczyła tam nikogo innego jak Dartha Vadera.

Lord Sithów zapalił miecz świetlny. Dziewczę zasłoniło oczy, czekając na cios prawej ręki imperatora oddany centralnie w jej głowę.

Upadło na ziemię. Rozbolała je głowa. Powoli otworzyło oczy.

W ziemiance był już świt, a Poostel Nick siedział na krześle, patrząc na tęgą oficer. Na stoliku leżały dwie szklanki czaju.

— Miałoś zły sen, dziecko? — spytał mężczyzna pełen troski. Yagna jednak pozostawiła to pytanie bez odpowiedzi.

Border.png

WIZYTA W GLINIANCE BRAW (Kashmarr’k, ten sam dzień)

Drzwi nie były dobrze zamknięte, a same zawiasy nie pozostawały w pełni sprawne; podczas gdy dolne pokrywała dość gruba warstwa rdzy, górne były zupełnie oberwane. Od czasu, gdy Braw Neck był to po raz ostatni, musiały one codziennie trzaskać o futrynę, co też doprowadziło do powstania multum odprysków na ich krawędziach.

Yagna odchyliła drzwi, jednak zrobiła to tak niezdarnie, iż odpadły one, gdy tylko ich dotknęła. Speszyła się wtedy i czym prędzej spojrzała na towarzyszącego jej Nicka, którym jej poczynania tak naprawdę w ogóle nie wstrząsnęły.

Nadęta Nabooanka weszła do środka pierwsza. Jej uwagę przykuło wybite okno po lewej stronie, patrząc od drzwi, przez które przedostawało się światło. Tęga panna nie zastanawiała się nawet, skąd mistrz Jedi na odludziu wziął szkło, tylko pomaszerowała jeszcze dalej. Po jej prawej stronie była teraz niewielka meblościanka, a wśród niej wnęka na lustro. Dziewczę obejrzało się w nim i wtedy też dostrzegło pewną niedoskonałość na swojej cerze.

— Panie Nick, proszę spojrzeć na tę zmarszczkę! — panienka przeraziła się niebywale; uspokoiła się jednak równie szybko, kiedy pustelnik zwrócił uwagę na rysę na szkle, która to rysa była powodem owej zmarszczki.

Skończywszy swe lamenty, dziewczę spojrzało w dół, gdzie dostrzegło żyletkę leżącą na prowizorycznej toaletce. Była ona powleczona milionem maleńkich włosków, jak gdyby nikt nigdy jej nie mył.

— Panie Nick, proszę spojrzeć! — krzyknęła Yagna, sięgając po narzędzie golarskie.

— Oj, nie! Lepiej ja to wezmę, dziecko — wtrącił się pustelnik, wyrywając tłustej damie trzymany przez nią implement. — Jeszcze się panienka pokaleczy.

Yagna wzruszyła ramionami; nie był to pierwszy raz, kiedy ktoś zakazywał jej czegoś robić. Zamiast jednak się dąsać, poczęła robić to, co najbardziej uwielbiała robić na Krzyku Rozpaczy — mianowicie grzebać w pierdołach Stasha, tyle że tym razem były to pierdoły Braw Necka.

Poostel natomiast zdecydował się podarować dziewczęciu odrobinę zaufania i z tego też względu nie kontrolował jej eksploracji; po prostu usiadł na łóżku, z którego kołdra została niemalże całkowicie zwiana na ziemię przez wiatr wiejący przez okno i drzwi. W łóżku nie było jednak nic interesującego.

Yagna tymczasem kontynuowała eksplorację pierdów Braw Necka. Z każdą mijającą sekundą Poostel coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, iż warto było jej zaufać chociaż w tej materii.

— Pan spojrzy, książka! — powiedziała, wyjmując z szuflady jakąś książkę.

— Pokaż no, dziewuszko — poprosił grzecznie staruszek, na co podporucznik w te pędy udała się jego stronę, by podać mu znalezioną przez siebie książkę.

Mężczyzna otarł okładkę z kurzu. Nie było żadnego tytułu. Otworzył ją.

— Toż to dziennik! — krzyknął uradowany nie wiedzieć czemu.

Jako że Yagna już go nie słuchała, będąc zajęta dalszym szperaniem w meblościance, Nick otworzył go na pierwszej stronie.

Mówi Braw Neck. Mija trzeci rok wojen klonów. Mój oddział zbuntował się, a ja ewakuowałem się swoim myśliwcem tuż przed wybuchem całego krążownika wroga.

Znudziła go jednak zastana treść, przeto przerzucił parę kartek.

Dziś mija trzeci dzień, odkąd rozbiłem się na planecie. Jeszcze wczoraj miałem zamiar udać się w stronę rzekomych opuszczonych fabryk, o których raportowali mi mieszkańcy, aby szukać „zasięgu”. Dziś jednak wolę się nie wychylać. Otrzymałem przerażające wieści od mistrza Jedi Obi-Wana Kenobiego, nadane ze świątyni na Coruscant na wszystkie dostępne holokrony personalne. Zamach na Jedi musi być akcją zmasowaną, sięgającą poza ten sektor. Jeszcze do niedawna obawiałem się scenariusza, w którym to wszyscy myśleli, że nie żyję; teraz jednak cieszę się z niego.

W międzyczasie okazało się jednak, że pozostawienie Yagny samej sobie wcale nie było dobrym pomysłem.

— Panie Nick, pan spojrzy, latarka! — powiedziało dziewczę, zapalając miecz świetlny o fioletowym ostrzu. Emeryt niemalże odskoczył, widząc, jak panienka obraca trzymaną przez siebie bronią we własnej dłoni.

— Dziecko, zgaś to… — powiedział.

Wśród rzeczy znalezionych przez Yagnę znajdował się miecz świetlny Lude Vicka.

— Ma pan rację! — zgodziła się podporucznik. — Zaraz, gdzie tu jest pstryczek…

— Nie, nie szukaj go! — pustelnik powstrzymał ją w porę. — To miecz świetlny! Odłóż go na ziemię, bo sobie rękę utniesz!

Na wieść o tym, że trzymana przez nią latarka była tak naprawdę mieczem świetlnym, Yagna odrzuciła ją przed siebie. Nikomu jednak nic się nie stało, a puszczona broń po prostu zgasła, rzucona na ziemię. Wtedy też Poostel podszedł do rękojeści i zabezpieczył ją najlepiej, jak mógł, po czym przypiął ją do pasa, byleby nie pozostawiać jej do dyspozycji dziewczęciu.

— Zapamiętaj sobie, dziecko! To nie latarka — pokazał palcem.

— Wiem, wiem — Yagna machnęła ręką, choć wcale nie wiedziała. — A wie pan, że ja mam swoją latarkę? Zaraz pokażę.

To oznajmiwszy, tłusta dama sięgnęła do kieszeni, w której do niedawna trzymała cylinder, i wyjęła z niego niebieską latarkę. Znalazła ją na Krzyku Rozpaczy, kiedy buszowała w pierdołach Stasha w dniu, w którym została porwana przez Nosuchy[1].

— Ale to też nie latarka…

— Miecz świetlny?! — przeraziła się gruba podporucznik i momentalnie upuściła urządzenie, które spadło na ziemię, ale z drugiej strony nic mu się nie stało.

Towarzyszący jej pustelnik jedynie cyknął językiem.

— Nie, dziecko — stwierdził. — To urządzenie naprowadzające. Bransoletka z transmiterem nadprzestrzennym. Jak masz drugą, to możesz odnaleźć każdego, nawet na drugim końcu galaktyki.

— Aha — podporucznik parę razy kiwnęła głową; tak jej się to spodobało, że machała tak przez dłuższą chwilę.

Towarzyszącemu jej pustelnikowi jednak sprawa ta nie dawała spokoju.

— A była druga? — spytał.

Teraz Yagna wpatrywała się w pustą przestrzeń, nie udzielając żadnej odpowiedzi.

— Dziecko, była druga? — Nick powtórzył pytanie.

— A, że do mnie pan mówi? — upewniło się dziewczę, wskazując na siebie. — Nie pamiętam.

— A gdzie ją znalazłaś? — kontynuował pustelnik, teraz nie mając już żadnej wątpliwości co do niskiej inteligencji swej towarzyszki.

— Na Krzyku Rozpaczy.

Poostel podpytał jeszcze o parę rzeczy, między innymi o to, z kim podróżowała na tym Krzyku Rozpaczy. Kiedy okazało się, że z Braw Neckiem, poczuł się ukontentowany.

— Słuchaj no, dziecko — stwierdził — niewykluczone, że urządzenie to jest połączone z samym Krzykiem. Rozumiesz?

Yagna kiwnęła przecząco głową.

— Posłuchaj — kontynuował staruszek, starając się to wyłożyć tak prosto, jak tylko mógł — jeżeli podłączymy to urządzenie do komputera, naprowadzi nas ono do drugiego urządzenia. Które, uwaga, może być Krzykiem Rozpaczy. Albo jakąś inną bransoletką z Krzyku. Rozumiesz?

— Czyli tam, gdzie jest pan Braw? — w oczach Yagny dało się dostrzec ekscytację.

— Tak — potwierdził senior.

— Jupi! — uradowała się panienka. — A masz może statek?

Pustelnik zamilkł i zawahał się. Zaprzeczył, jednak w tym wypadku nie był z oficer zupełnie szczery.

— Niestety nie. Od wczoraj dużo na ten temat myślałem i naprawdę nie wydaje mi się, żeby był tu ktokolwiek, kto zechciałby nam udzielić pomocy.

— Masz ci los — zmartwiło się dziewczę, po czym usiadło obok towarzysza, przyjmując tę samą pozycję, co on. — A jutro ktoś taki będzie?

Nick zaprzeczył.

— A pojutrze? — Yagna dopytywała

Nick zaprzeczył ponownie.

— A popojutrze? — Yagna kontynuowała, jednak gospodarz tęgiego dziewczęcia po raz kolejny zmuszony był je rozczarować. — A popopojutrze? — panienka nie dawała za wygraną, jednak znowu spotkała się z zaprzeczeniem.

— Posłuchaj, dziecko — Nick postanowił wytłumaczyć dziewuszce jej położenie. — Niestety nie znam nikogo, kto miałby statek… Wygląda na to, że… — zawahał się — zostaniesz tu ze mną na zawsze.

Mężczyzna głęboko wpatrywał się w oczy podporucznik. Jej wzrok jednak wydawał się jak gdyby nieobecny.

— A popopo… — dziewczę liczyło dni na palcach — …popopojutrze?

Niebawem nadszedł czas na opuszczenie dawnej posiadłości Braw Necka. Poostel Nick wziął ze sobą jego dziennik i miecz świetlny, gdyż uważał je za cenne relikty, a poza tym nie sądził, aby był z nich jakikolwiek pożytek, gdyby miały się marnować w opustoszałej gliniance (nomen omen wykonanej bardziej z kamieni aniżeli gliny dla zmylenia przeciwnika).

— Bardzo proszę, dziecko — mężczyzna wskazał rękoma na drzwi. — Ty przejdź pierwsze. Kobiety zawsze mają pierwszeństwo.

Yagna jednak poczęła się zgrywać.

— Ależ jaka ze mnie kobieta? Prze pana… — zachichotała, patrząc na niego wzrokiem typu „bierz mnie”.

Pustelnik nie miał zamiaru zgrywać się z tęgą damą, dlatego też ograniczył się do zwykłego „dziękuję”, aby następnie opuścić kamienną gliniankę i zginąć. Oto bowiem jego ciało zostało trzykrotnie przeszyte maczetą, którą następnie z niego usunięto — zapewne po to, aby doprowadzić do szybszego wykrwawienia się.

— A masz, dżedaju! — krzyczał rozwścieczony Vuodeck, który zrobiwszy, co miał zrobić, odrzucił maczetę na bok i przetarł dłonie. — To za Halincę! I za wszystkich!

Yagna dopiero teraz wyszła z glinianki. Była cała przerażona.

— Ależ panie… — zastanowiła się przez moment — panie Halincowski! Przecież to nie Jedi!

Dopiero na te słowa sołtys zorientował się, co najlepszego uczynił. Widząc dwoje ludzi zmierzających w stronę posesji Jedi, pewien był, iż jednym z nich był właśnie owy Jedi. Jak widać, bardzo się mylił.

— Ja… przepraszam… — jęknął, zabiwszy nie tego, którego planował, i przyłożył palce do ust, aby w stresie obgryzać paznokcie.

Yagna umieściła swe dłonie na biodrach i trzykrotnie potrząsnęła głową w charakterystyczny sposób mówiący „oj ty, ty”. Następnie tłuste dziewczę schyliło się do konającego towarzysza.

— Prze pana, pan… umiera… — zapłakało.

— Już nic… tego nie powstrzyma… — wykasłał 59-latek. — Ale musisz wiedzieć, że… nie byłem z tobą do końca szczery…

— Jaki? — dopytała panienka, która widocznie nie była zaznajomiona ze znaczeniem tego terminu.

— Szczery to znaczy mówiący szczerze — stojący na uboczu Vuodeck pospieszył z definicją. Choć tyle mógł zrobić dla swej ofiary. Yagna zakomunikowała wtedy, że rozumie, czekając na rozwinięcie myśli jej gospodarza.

— Otóż bowiem, dziecko… — konający chwycił się za serce — musisz wiedzieć, że tak naprawdę mam statek… tyle że jest on jednoosobowy… sam chciałem odlecieć… i to od początku wojny… Zamontowałem w nim nawet hipernapęd, który kupiłem od jakiegoś toydariańskiego kupca… — wziął głębszy wdech. — Pewnie był kradziony, ale nie ma już teraz sobie czego wyrzucać, nie? — mężczyzna spojrzał teraz na Vuodecka. — Sta… — wziął szybki, niespodziewany, głęboki wdech — …tek… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — jest… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — w… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — kolczastym… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — kanionie… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech. — Zaprowadzi… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — cię… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — tam… — wziął kolejny szybki, niespodziewany, głęboki wdech — Vuodeck…

— Dla pana wszystko! — Vuodeck zobowiązał się zrobić to, o co go poproszono.

To usłyszawszy, samotnik wyzionął ducha, niepomny, iż trudności z oddychaniem, które nastąpiły tuż przed faktycznym zgonem, były efektem uciskania jego serca przez Yagnę, która pamiętając co nieco ze szkolenia, nieumiejętnie zabrała się za resuscytację krążeniowo-oddechową, tym samym nieumyślnie przyspieszając wykrwawianie się mężczyzny i w jego następstwie — także i jego śmierć.

Border.png

TRENING Z DROIDAMI (Kaldok)

Luc znacznie zmęczył się, rozstawiając droidy bojowe naokoło tak, aby klony nie znały ich konkretnej lokacji. Sam zaś po targaniu tyle metalu na plecach postanowił zrobić sobie chwilę przerwy, najpierw uruchamiając zrekonstruowane roboty, tak aby żołnierze nie musieli dużej czekać.

— Uff, ale to męczące — powiedział, ścierając pot z czoła, a następnie usiadł na trapie Krzyku Rozpaczy tuż obok Gienny.

Seniorka podobnie siedziała i jakiś bliżej nieokreślony czas temu, w dniu, w którym jej rodzima miejscowość Międzydrzewie padła ofiarą imperialnego ataku. Gienna jak co rano znajdowała się na schodach prowadzących do jej niewielkiej hacjendy, narzekając na nudę panującą dookoła.

— Ty, nie garb się tak, durniu! — wrzasnęła do nastoletniego chłopaka przechodzącego tuż przed nią. Jak teraz o tym myślała, była bardzo niemiła dla otoczenia i dopiero gdy opuściła planetę, nabrała energii na nowe życie. — O, proszę! Włosy pofarbowane? — krzyknęła w stronę chudego dziewczęcia przemykającego przed jej oczyma.

Gienna wzięła kolejny łyk kawy, którą popijała. Postanowiła, że jak tylko zje śniadanie — co miało nastąpić lada moment — uda się do Vrush Ki na codzienną wróżbę. Obie kobieciny znały się dość dobrze i dlatego też młodsza z nich świadczyła tej starszej swe usługi w zamian za szczery uśmiech.

Do Gienny w tym momencie dosiadła Halinca, sołtysowa. Starsza pani nie za bardzo jej lubiła ze względu na jej życiowego partnera. Poza tym „waliło” od niej potem, co skutecznie zniechęcało seniorkę od jakichkolwiek rozmów w jej towarzystwie.

Na szczęście dla Gienny tym razem wcale nie musiała takowej prowadzić, bowiem pod jej drzwi zaszedł 26-letni mężczyzna o tęgiej posturze i czarnych włosach, przywdziewający czerwoną koszulę z kołnierzykiem.

— Dz… dzień dobry, p-pani Gienno — przywitał gospodynię.

Gienna spojrzała w górę na młodzieńca.

Yuleck był 26-letnim chłopcem-młynarzem.

— Czesia, Yuleck — powiedziała uradowana; bardzo go lubiła.

Kiedy Yuleck trwał w milczeniu, postanowiła nieco pociągnąć go za język; oczywiście nieliteralnie. Ale w tym wyprzedziła ją Halinca.

— Z-z czym d-do nas p-przychodzisz? — sołtysowa spytała, jąkając się równie wyraźnie co jej rozmówca.

— P-przyniosłem z-zapowiadany ch-chleb w p-p-proszku — chłopczę wyjęło z torby sakiewkę ze sproszkowanym chlebem i podało go Giennie. — P-proszę.

Gienna uśmiechnęła się do młodzieńca i przyjęła od niego torebkę. Młody piekarz był jedną z nielicznych osób, wobec których seniorka wyrażała życzliwość.

— A t-tak p-przy okazji — kontynuował Yuleck — n-nie w-widziała m-może p-pani m-mojej siostry?

Gienna spojrzała na chłopca, a potem na Halincę.

— Julie? Nie — sapnęła i machnęła ręką. — Może dała nura z ty wsi. Sama jej nie lubię. Mogła mnie wziąć ze sobą! — emerytka zaśmiała się; bratu zaginionej klocowatej niewiasty nie było jednak do śmiechu.

— N-nie, s-skąd — przekonywał — o-ona u-uwielbia te wieś, odkąd j-jest szefową k-k-koła.

Kiedy Gienna wspominała teraz to zdarzenie, bardzo żałowała swojego zachowania. Jak się bowiem okazało, gdyby wcześniej zainteresowała się losem swojej zaginionej pucowatej uczennicy, być może wcześniej udałoby się ją ocalić.

Wkrótce natomiast zdarzyła się rzecz, która na zawsze odmieniła życie starszej pani. Oto bowiem wieś zaatakowało Imperium. Zarówno Gienna, jak i nielubiana przez nią Halinca co nieco wiedziała o nowym reżimie — oczywiście nie z gazet czy telewizji, a raczej z informacji pozyskiwanych od przybyszów, którzy odwiedzali planetę — aczkolwiek rzadko — w związku z wycofaniem z niej sił separatystów.

Widząc oddział klonów, obie panie przeraziły się niemiłosiernie. Żeby mieć na nie lepszy wgląd, kobieciny wychyliły się zza roku jednego z budynków, jedna pod drugą.

— Sir, czy mamy przeszukać wioskę? — usłyszały zapytanie jednego z żołnierzy.

— Nie, sierżancie. Nie mamy wystarczająco ludzi, żeby utrzymać szczelny kordon i przeszukać szybko wieś. Oddział 5! Wykurzcie cel z nory ogniem. Autoryzuję pełne zniszczenie wioski, jeśli się nie ujawni. Reszta! Uszczelnić perymetr dookoła wsi, nikt nie może jej opuścić! — rozkazał kolejny.

„No pięknie”, pomyślała sobie Gienna. Jeszcze tego nie bywało, żeby ją spalić żywcem. Musiała działać prędko.

— Ch-chyba będę m-musiała z-z-naleźć Vuodecka — stwierdziła Halinca. — P-pewnie b-będą wołać sołtysa.

— Phi — Gienna machnęła ręką. — Ten twój stary pewnie znowu śpi nachlany w jakimś rowie czy wozie. Nie budź go, bo cię jeszcze bije za ten napad!

To oznajmiwszy, Gienna odtuptała od towarzyszki, idąc powoli ze względu na żylaki.

— D-d-d-d — jąkała się Halinca, usiłując spytać starszą koleżankę, dokąd szła.

— A jak to d-d-d-d-okąd? — odparła Gienna opryskliwie, przedrzeźniając pierwszą damę. — Idę po pomoc. Ktoś musi, jak nie ten fajtłapa Vuodeck.

— A-a-a-ale j-j-jak p-pani w-wyjdzie, j-j-jak są wszędzie d-dookoła? — dopytała Halinca.

— Wezmę się na kanał, he he — zachichotała staruszka. — Wiesz, tam, gdzie Ya Rekk reperowuje wozy.

Rzeczywiście wspomnienie to było bardzo żywe. Teraz jednak Gienna musiała wyrwać się z transu, by odpowiedzieć Lucowi, który przecież przed momentem oznajmił, że jest wyczerpany fizycznie.

— E tam, panie — starsza pani machnęła ręką. — Byś tyle węgla przerzucił w życiu, ile ja, to byś się tak nie męczył.

Kobieta spojrzała na mężczyznę. Z jego twarzy wyczytała jednak, że wcale nie czuł się zbyt dobrze z tym komentarzem.

— No… ale przynajmniej baba nie jesteś! — pocieszyła go. — Krzepa je, jak się patrzy — dodała, cisnąc Twi’leka za muskuły.

Luc odwzajemnił szczery uśmiech swej towarzyszki.

— A propos krzepy, to ja się właśnie wybieram na ten, jak to się tak mówi… czrajning.

— Trening? — dopytał mechanik.

— Tak, czrajning — potwierdziła Gienna, robiąc przysiady i gimnastykując przy okazji ręce, przysuwając rozpłaszczone dłonie pod brodę, a następnie odginając je w tył wraz z ramionami. — Co to, taki wysportowany, a nigdy czrajningu nie uprawiał?

Tymczasem żołnierze-klony rozeszły się już na pobliskie tereny, poszukując droidów porozkładanych przez Luca. Oczywiście w lokowaniu ich mechanik nie posługiwał się tylko plecami — większość z nich wlókł ze sobą na wozie, który znalazł gdzieś między skałami.

Gdzieś między skałami stali teraz z kolei Seal, Boar i Phim (od angielskiego wyrazu phimosis). Dziesiątka ocalałych żołnierzy podzieliła się bowiem na trójki; jeden żołnierz pozostający bez przydziału, mianowicie Cleaver, został natomiast wewnątrz Krzyku Rozpaczy, aby przygotować posiłek na obiad następnego dnia; w statku bowiem znajdowało się wiele sproszkowanego jedzenia.

— Nic tu nie ma, sierżancie — powiedział Boar. — Mamy posuwać się do przodu?

Seal lekko schylił głowę.

— Daj spokój, Boar. Przecież nikogo tu nie ma — rozejrzał się dookoła. — Możemy zwracać się do siebie normalnie, bez żadnych formułek.

Boar skinął głową jakby na znak wykonania rozkazu. Wtedy jednak coś przykuło uwagę Phima, który stał sam przy innej skale.

— Uważajcie! — krzyknął w stronę przyjaciół.

— Ten jest mój! — poinformował Boar, a gdy tylko wyszedł zza swojej skały, cisnął w „blaszaka” wiązką laserową.

— Świetny strzał! — pochwalił go Seal.

— Bardzo! — potwierdził Phim.

Boar zdjął z siebie hełm.

— Dziękuję, panowie — uśmiechnął się. — Już od tak dawna nie walczyliśmy z droidami, że aż zapomniałem, jaka to frajda.

— Dziewiemdziesiąt siedem, dziewiemdziesiąt osiem, dziewiemdziesiąt dziewemć, sto! — Gienna wzięła głęboki wdech, kończąc liczenie. — Ej tam, kawalerze! — zwróciła się do Luca. — Widzieliśta, jak żem pompowała?

Luc jedynie przytaknął, bowiem od jakiegoś czasu niezbyt uważnie obserwował swą przyjaciółkę; bardziej aniżeli na niej był bowiem skupiony na wyczynach klonów.

— Myślisz, że powinnam zmienić rękę? — dopytywała Gienna, na co Luc stwierdził, że nie ma potrzeby, bowiem po sto na jedną w zupełności wystarcza. — No dobra — podsumowała staruszka, wstając. — To teraz idę do tego drugiego prosić go o prawdziwy czrajning. Ciao!

Kiedy emerytowana rolniczka odeszła, Luc zdecydował się zrobić, co planował od jakiegoś czasu, i podszedł do klonów, aby o czymś z nimi porozmawiać.

Border.png

ODLOT (Kashmarr’k, chwilę po poprzednej scenie z tej planety)

Wkrótce tęgie dziewczę w towarzystwie sołtysa znalazło się już w kanonie, gdzie leżał statek Poostel Nicka. Przykryty był on niewielką warstwą patyków, liści i mchu, jak gdyby komuś naprawdę zależało na tym, by pozostał nieznaleziony — zwłaszcza przez Imperium. Z daleka nie wyglądał inaczej od zwykłego szłasu, a z bliska — nie inaczej, niż jakiś wrak. Sprawy nie polepszała lokacja interceptora, który leżąc w kanionie, wyglądał jak gdyby rozbity.

Ani panienka, ani towarzyszący jej polityk niepomni byli jednak, iż widziany przez nich myśliwiec był tym należącym do Braw Necka w ostatniej fazie wojen klonów, a także tym, którym ów wspomniany wcześniej mistrz Jedi ewakuował się z wybuchającego statku i w ten sposób przeżył rozkaz 66. Pojazd musiał zostać sprzedany lub też ofiarowany Poostelowi, który wzbogacił go o niezbędne udogodnienia, takie jak hipernapęd, aby móc opuścić planetę w poszukiwaniu innego miejsca dla siebie.

— A wy tak to ogółem poradzicie sobie z pilotowaniem? — Vuodeck spytał podporucznik, zdejmując z kadłuba trzy patyki za jednym razem.

Yagna natomiast, która przymierzała się do otwarcia kokpitu, machnęła ręką i uśmiechnęła się, przymykając oczy.

— Pewka, wasza ekscelencjo — odparła; uprzednio bowiem sołtys zażyczył sobie, by zwracać się do niego w taki sposób.

— No to dobrze — odparł polityk, chwytając się dłonią za potylicę i patrząc, jak towarzyszące mu dziewczę niezgrabnie umieszcza się w miejscu przeznaczonym dla pilota.

Kiedy Yagna usiłowała spuścić szybę, Vuodeck dalej przyglądał się zielonemu pojazdowi.

— A może bym tak… załadował się z wami? — zaproponował sołtys.

— Ależ naprawdę chcesz?… — dziewczę spytało niegrzecznie, jednak w obliczu nietęgiego spojrzenia swojego interlokutora skorygowało ten błąd — naprawdę wasza ekscelencja chce?

Przechwytywacz Braw Necka był środkiem transportu, którym Yagna usiłowała wydostać się z planety.

— Absolutnie! — ucieszył się Vuodeck.

Imperialna oficer jednak podrapała się po głowie.

— No dobrze, kiedy tu się może zmieścić tylko jedna osoba… — zmartwiła się.

— Panienka nie boi żaby, spójrzcie tu! — sołtys wskazał na otwór przeznaczony na droida astromechanicznego.

— A, no to w porządku! — dziewica ucieszyła się.

Vuodeck również się ucieszył, bowiem po śmierci Halinci na Kashmarr’k nic go już nie trzymało. Może z wyjątkiem kajdan, którymi okazjonalnie skuwało go Imperium, gdy tylko planował uciec.

Wpatrując się w drwala wchodzącego do portu dla droida astromechanicznego, Yagna nabierała wątpliwości, czy aby na pewno takie zachowanie było bezpieczne dla pasażera.

— Przepraszam, panie… wasza ekscelencjo — poprawiła się. — Jakby zbyt wiało, to niech się ekscelencja chwyci czegoś tam niżej. Na dole tej dziury powinno być więcej miejsca.

— Dziękuję, panienko — uśmiechnął się sołtys. On jednak także nabierał wątpliwości. — A wie panienka co? Ja jest prosty człowiek i mogę nie do końca się znać na tych kosmosach, ale czy…

— Tak? — Yagna dała znać towarzyszowi, aby kontynuował.

— Bo tak słyszałem… — Vuodeck tłumaczył dalej — że w kosmosie to oddychać nie można i się umiera…

— Ależ gdzież tam! — zachichotała tęga dama, zawstydzając sołtysa. — Droidy tak latają i nic im się nie dzieje. To co, w drogę?…

— No dobrze, dobrze — drwal po raz ostatni zrobił nietęgą minę.

Yagna tymczasem opuściła już trap i wzniosła się w powietrze. Podróż do granicy atmosfery nie zajęła jej jakoś specjalnie sporo czasu. Kiedy natomiast znalazła się w kosmosie, zaczęła przygotowywać się do skoku w nadświetlną.

Tyle szczęścia nie miał jednak Vuodeck, który umierał z każdą sekundą lotu, rozpaczliwie trzymając się wewnątrz portu, czego tylko mógł. Ostatecznie przestał oddychać dopiero w przestrzeni kosmicznej, a jego korpus niezauważenie odłączył się od interceptora.

Ciało Vuodecka nie umknęło grawitacji Kashmarr’k. Zamiast lecieć niczym meteor i podobnie jak one paląc się w atmosferze, poczęło jednak orbitować wokół niej, stając się sztucznym satelitą.

Border.png

TRENING GIENNY I VRUSH KI (Kaldok)

W czasie gdy klony zajęte były treningiem, Braw Neck postanowił poświęcić trochę czasu Giennie i Vrush Ce. Obie niewiasty były mu bardzo bliskie; z tego też względu postanowił zadbać, aby nieco się rozerwały, i to pomimo niesprzyjających warunków.

Gienna pałała wielką sympatią do gry w coneballa. Jedi doskonale pamiętał, jak bardzo smutna się stała na widok jego wprawy w odbijaniu szyszek. Z tego powodu, choć z ciężkim sercem, przystał na prośbę kobieciny, by ją nieco podszkolić, i wziął ją na bok, wręczając jej swój miecz świetlny. Oczywiście miał wątpliwości, czy dobrze robi; z drugiej jednak strony, Moc przepływała przez wszystkie organizmy, nawet te na nią niewrażliwe, jak Gienna

Jako że w pobliżu nie było szyszek, mężczyzna musiał pozbierać kamienie; nie było to jednak trudne, zważywszy na ich mnogość na tej planecie. Jedi podniósł teraz jeden z ziemi i podrzucił go, upewniając się, że Gienna odpowiednio trzyma broń.

— Gotowa? — spytał emerytkę.

— Już skończ te biadolenie, kawalerze! — odparła zniecierpliwiona Gienna. — Rzucaj! Ja to za młodu w coneballa wywijała… w stoneballa zresztą też, ale mnie matka ganiała, że to niebezpieczne!

Braw Neck obniżył dłoń, którą przymierzał się do oddania rzutu.

— Niebez… pieczne? — spytał.

Gienna skrzywiła się.

— A tam, jeszcze nikt dobrze nie skończył, słuchając mojej matki — spuentowała, machając ręką. Jej gest zmartwił Braw, który był bardzo zestresowany, że jego towarzyszka zrobi sobie krzywdę mieczem świetlnym Mi Howa. — Rzucaj! Odpowiedzialność na mnie!

Jedi nie za bardzo obchodziło tym razem, czyja była odpowiedzialność. Najbardziej zależało mu na tym, aby jego przyjaciółce nic się nie stało.

— Kashmarr’k do Braw Necka, jest tam kto? — seniorka denerwowała się coraz bardziej. Wypowiedź ta jednak bardzo rozchmurzyła weterana wojen klonów, który aż do teraz nie wiedział, czy towarzyszka znała jego imię.

— Dobrze. No to orientuj się — uśmiechnął się mistrz Jedi, po czym delikatnie rzucił kamień.

Gienna poradziła sobie bez zarzutu. Niewielka skała została przecięta na pół.

— Mówiłam ci, kawalerze: prościzna — machnęła dłonią.

Braw Necka ucieszyła rzeczywista sprawność Gienny w operowaniu mieczem świetlnym, dlatego też o wiele chętniej, niż przypuszczał, przystał na kontynuowanie treningu. Gra mijała w przyjaznej atmosferze, a samą staruszkę dopingowała jej przyjaciółka Vrush Ka.

Niestety zabawa skończyła się, kiedy to Braw Neck zamyślił się i uderzył seniorkę kamieniem w jej lewą nogę. Emerytka przewróciła, puszczając broń w locie, po czym opadła bezwładnie na ziemię. Widok ten postawił Jedi na nogi, który oprzytomniawszy, pobiegł w stronę towarzyszki. To samo zrobiła i Vrush Ka.

— Odsuńta się, kawalerze! — krzyczała emerytka, odtrącając pomoc dawnego generała i ignorując jego przeprosiny. — Przeca mówiłam, że wina na mnie, nie? — zaśmiała się seniorka, pokazując swe białe uzębienie. Necka ucieszył fakt, że emerytka nie czuła wobec niego urazy.

— Jesteś pewna, że wszystko w porządku? — upewniała się Vrush Ka.

— No a jak? — potwierdziła Gienna. — Noga mnie tylko trochę naCenzura.pngala, no ale sama się prosiłam!

Gienna podniosła się i kulejąc, wróciła w stronę Krzyku Rozpaczy. Braw Neck zamierzał nawet pójść za nią i byłby to zrobił, gdyby nie Vrush Ka, która zatrzymała go w chodzie.

— Wiesz co, mistrzu Jedi? — powiedziała. — Też bym się z chęcią spróbowała.

Braw Neck początkowo stanowczo odmawiał, jednak Vrush Ka wzięła go na szantaż emocjonalny, pytając, dlaczego niby Giennie pozwolił, a jej nie. Po takich słowach 44-latek po prostu musiał przystać na jej prośbę.

I bardzo się zdziwił, bowiem Ka śmigała mieczem świetlnym lepiej niż niejeden adept. Swój wyczyn akrobatyczny spuentowała charakterystyczną postawą Soresu, którą wykonała, kończąc odbijanie kamieni.

Braw Necka bardzo intrygowało zachowanie znachorki, jednak nie zdołał jej zapytać, jako że w pobliżu znalazł się sierżant Seal.

— Generale, można na słowo? — zwrócił się do Jedi.

— Jasne — odparł Braw życzliwie. — Proszę meldować.

Klon nieco się speszył.

— Tylko że… — zajęknął się. — Wolałbym zrobić to na osobności.

— A co to tam, na jakieś osobistości chodzić?! — zdenerwowała się Gienna. — Co też ten zbrojaty pan wygaduje? Tajemnice jakieś ma, hę?

Braw Neck nie pozwolił przyjaciółce złościć się dłużej, wiedząc, że „złość piękności szkodzi”. Odniósł się tylko do procedur militarnych, twierdząc, że żołnierze byli do nich bardzo przywiązani, po czym udał się z Sealem na stronę.

Tam, gdzie zaszli, stali też Boar i Phim. Wszyscy mężczyźni mieli zdjęte maski, a ich miny były nietęgie.

— Słucham, panowie — odezwał się Braw. — O co też chodzi?

— Sir — Seal przeszedł do rzeczy — sprawa jest niezwykle delikatna. Chodzi o komandora Luca.

Komandora? Braw jeszcze nigdy nie słyszał, aby ktoś odnosił się do Luca. Coś zaczynało mu śmierdzieć, niemniej nie były to gazy konstytuujące atmosferę planety.

— Co z nim? — spytał zmieszany.

— Zniknął! — poinformował Phim. — Nie ma go.

Jedi w tym momencie zmartwił się nieco bardziej; dla polepszenia sobie nastroju postanowił jednak przejść do języka formalnego.

— Sierżancie — zwrócił się do Seala — to prawda?

— W rzeczy samej, sir — potwierdził Seal. — Komandor Luc jakby rozpłynął się w powietrzu czy czymkolwiek jest ta zielona mgła. Nie ma go.

Braw Neck wydał z siebie dźwięk „hmm”, po czym przeszedł do rozważania sytuacji. Z jednej strony, sprawa z Kashmarr’k nauczyła go, by nie podejmować zbyt pochopnych decyzji; z drugiej jednak, brakowało mu człowieka.

— Podejrzewam, że… — wskazał palcem — ostatni raz widziany był, jak szedł w tamtą stronę?…

— Owszem, generale — potwierdził Seal. — Skąd pan wiedział?

— Po drugiej stronie ćwiczyłem z Gienną i Vrush Ką przez jakieś ostatnie 40 minut. Z pewnością zauważyłbym, gdyby ktoś tamtędy szedł.

Cisza osiadła się na następne kilkanaście sekund.

— Jakie rozkazy, sir? — spytał przywódca klonów. — Sądzi pan, że powinniśmy udać się jego tropem?

— Nie — odparł Braw. — Mówię to z ciężkim sercem, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, by robić ekspedycję z przeczesywaniem terenu. Luc zapewne gdzieś się zapodział. Ścieżki wydają się dość dobrze uformowane i jeżeli Luc z nich nie schodził, powinienem go spotkać.

Klony spojrzały jeden na drugiego.

— Powinien pan? — spytał Boar.

— Tak — generał odparł z pełnym przekonaniem. — Nim przekierujemy wszystkich naszych ludzi na jeden cel, muszę wpierw wybadać sytuację. Jeżeli nie wróciłbym w ciągu godziny, to… — zawahał się; popatrzył na Giennę i Vrush Kę w oddali, z których ta pierwsza pokazywała tej drugiej swoje muskuły — możecie iść nas szukać. Tylko niech ktoś zostanie z nimi — wskazał na obydwie panie. — I nie mówcie im zbyt dużo.

To powiedziawszy, Braw Neck udał się przed siebie. Dumny był z planu, który opracował, bowiem wcześniej nie często mu się to zdarzało. Z drugiej strony, trochę obawiał się zielonawej mgły nadchodzącej z północnego wschodu, czyli stamtąd, dokąd teraz się kierować. Mgła ta lub też chmura wyglądała jak burza.

Obrócił się.

— W razie gdyby… no wiecie… — zadrżał mu głos. — Niech dowodzenie przejmie Vrush Ka… — zawahał się; dostrzegł nutę zdziwienia w oczach podwładnych. — Kapitan Vrush Ka — dodał.

Border.png

SKOK W NADŚWIETLNĄ (przestrzeń kosmiczna)

Teraz, kiedy dziewczę przebywało już w przestrzeni kosmicznej, mogło bez przeszkód skupić się na planowaniu trasy. Pomimo jego wątpliwej inteligencji nie przyszło mu to zbyt ciężko, bowiem jako uczennica Akademii Imperialnej wszystkie kursy związane z lotnictwem ukończyła z latającymi kolorami.

— Dobra, to to idzie… tu! — powiedziała do siebie Yagna, po czym umieściła urządzenie naprowadzające w odpowiednim do tego porcie, a następnie pobrała z niego koordynaty. — I super, wszystko gra! — ucieszyła się dziewica. — To teraz szykujemy się do skoku w nadświetlną. Trzy, dwa, jeden… i już!

Gwiazdy poczęły rozmazywać się, a ta kulminacyjna scena zakończyła się udanym skokiem w nadświetlną.

Border.png

W BURZY I WE MGLE (Kaldok)

Braw Neck dalece pomylił się, bowiem ścieżka, którą miał zamiar podążać, skończyła się po jakichś 500 metrach. Przez ten czas mężczyzna rozglądał się na wszystkie strony i nawoływał, tak aby jak najszybciej móc odnaleźć swojego zaginionego przyjaciela. W chwili jednak, gdy otoczenie spowiła zielona mgła tudzież chmura, zwiastując coś w rodzaju burzy, weteran wojen klonów począł tracić jakąkolwiek nadzieję na sprowadzenie Luca z powrotem i zaczął nawet przymieszać się do odwrotu.

Było wymyślić jakiś plan B — pomyślał sobie, posługując się prostym jak na swoje standardy językiem. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym jego działanie, a także w pewien sposób i myślenie, był ból głowy oraz gałek ocznych, który dotykał go w coraz większym stopniu z każda mijającą sekundą. — Dobra, wracam — pomyślał sobie. — To było głupie. Chciałem wyciągnąć wniosek i iść sam, a tu nic.

Jedi odwrócił się i wypatrując ścieżki na ziemi, starał się wracać w stronę Krzyku Rozpaczy. Dotychczas był przekonany, że za zniknięciem Luca nie stało nic poważnego, a przynajmniej nic bardziej poważnego niż jego zamyślenie się gdzieś na uboczu. Teraz jednak nabierał obaw, trwożąc się o stan kompana. Jak sam się przekonał, nie ciężko było się zgubić.

Neck intuicyjnie odwrócił się w swoje prawo. Nie wiele myśląc, spojrzał w tył. Nie zobaczył tam niczego, a jednak strzał z blasteru oddany w jego stronę zdawał się sugerować niebezpieczeństwo.

— Ha… — zaczął krzyczeć „halo”, jednak zatrzymał się. Nie, nie powinien w tym momencie ujawniać swojego położenia, nawet jeżeli za oddaniem strzału stał jakiś zbuntowany górnik lub też zabłąkany droid bojowy.

Padł kolejny strzał, tym razem atakujący Jedi z drugiej strony. Braw był jednak odwrócony w stronę potencjalnego napastnika. Jego umysł przenikało wiele myśli, jednak dawny mieszkaniec kamiennej glinianki starał się je wszystkie odstawić na bok, aby skupić się maksymalnie i tak też wyczuć dokładną lokalizację napastnika.

Począł skradać się w stronę źródła padających co jakiś czas wiązek laserowych. W końcu nie wytrzymał.

— Kim jesteś?! — krzyknął.

— O, patrz. Jeszcze żyje — momentalnie usłyszał komputerowo zmodyfikowany głos. — Zwykle nie przeżywają tak długo.

Jak mógł być tak głupi?… Mistrz Jedi dopiero teraz połączył fakty i dostrzegł korelację zielonej mgły z bólem oczu i głowy. Nie bez kozery w czasie mającej miejsce cztery lata temu bitwy żołnierze-klony Republiki używali hełmów specjalnie wyposażonych w filtr atmosfery. Te burze na dłuższą metę były trujące, a przedstawiciele rasy ludzkiej nie byli odporni na ich działanie. W przeciwieństwie do tubylców, ale ci od czasów kolonizacji obecni byli jedynie w rezerwatach, których zasięgi lokalna magnateria zresztą ograniczała każdą kolejną decyzją polityczną.

Musiał działać szybko, jeżeli miał przeżyć. Intuicyjnie wstrzymał oddech — w końcu Jedi byli do tego trenowani. Neck jednak zdawał sobie sprawę, iż powietrze, które zaabsorbował przed momentem, również było skażone toksyczną mgłą, tak iż rozwiązanie to nie mogło sprawdzić się na dłuższą metę.

Ale jego sytuacja nie była tak beznadziejna, jak przypuszczał przed sekundami. Oto bowiem mężczyzna przypomniał sobie o filtrze wodnym, który zawsze miał na wyposażeniu. Kontynuując unikanie strzałów, których częstotliwość nie przestawała się nasilać, sięgnął do pasa, skąd odpiął narzędzie, i był bliski założenia go na twarz.

Nie zdążył jednak, gdyż na skutek konieczności omijania wiązek laserowych wyrzucił je z rąk.

— Strzelać bez rozkazu, panowie! — usłyszał zmodyfikowany elektronicznie głos. — Mam dość cackania się z kolejnymi hienami cmentarnymi, żerującymi na dorobku hrabiego.

Tak, teraz wszystko stawało się jasne. Żołnierze ci, kimkolwiek byli, czekali na nadejście burzy, aby zabić jego oraz jego ekipę, którą z pewnością uznali za grupkę piratów albo też kolejnych separatystycznych lub imperialnych kolonizatorów. Jedi nie zapalił jeszcze miecza świetlnego, bowiem nie chciał się ujawniać jako członek zakonu, a poza tym, odbijając pociski, mógłby kogoś niechcący zabić. Nie mając zbyt wiele innych perspektyw na ratowanie życia, Neck odskoczył, by skryć się za pobliską skałą. Oczy szczypały go coraz bardziej; świadom był, iż jeżeli prędko czegoś nie wymyśli, może zginąć. A przecież miał pod sobą ludzi.

W normalnych warunkach rycerz po prostu biegłby przed siebie na oślep — czy może „na oślep”, bo przecież jako Jedi coś tam jednak widział lub też „widział”. Teraz jednak przed ucieczką powstrzymywali go zamaskowani przeciwnicy. Nie mogąc się skupić, nie był w stanie wyczuć ich liczby, ale po oddawanych strzałach obstawiał, że nie będzie ich więcej niż sześciu.

Braw słyszał, jak przeciwnicy zbliżają się do skały; teraz byli od niej oddaleni o jakieś 50 metrów. Powoli tracił siłę, by dalej wstrzymywać oddech; musiał, po prostu musiał zlokalizować „maseczkę”, aby móc jakkolwiek funkcjonować — oczywiście o ile urządzenie dostosowane do działania pod wodą byłoby w stanie przekonwertować także i gaz.

— Na pewno schował się za skałą — usłyszał głos jednego z ludzi. — Albo też leży martwy — dodał ktoś inny.

Jedi wyciągnął prawą rękę w swoje lewo. Musiał wyczuć, gdzie dokładnie leży upuszczona przez niego „maseczka”. Zrobił to. Przyciągnął ją i założył. Odskoczył.

W tym momencie padło kolejnych kilka strzałów, z których jednak żaden nie sięgnął Braw. Jedi potrzebował teraz awaryjnej strategii, której nie pomniał opracować wcześniej — z resztą jak zwykle.

Urządzenie, które nosił na twarzy i nozdrzach, działało; nie wiedział jednak, jak długo. Wyczerpany, położył się na ziemi, aby myśleć, co zrobić dalej, i w ten oto sposób „przechytrzył” wiązki blasterowe, które latały teraz nad jego brzuszkiem.

Tymczasem plecy na Krzyku Rozpaczy Gienna i Vrush Ka nudziły się niemiłosiernie; musiały bowiem schronić się wewnątrz statku, tak aby nie zmoknąć tudzież nie zostać trafionymi przez pioruny. Większość klonów przebywała w kontenerze na dole.

— Herbatka ekspresso — powiedziała Gienna, wchodząc do świetlicy z kubkiem trunku w dłoni. — Taka, jaką lubię. Lepsze niż te twoje, Vrush.

Vrush Ka uśmiechnęła się pod nosem, jednak nic nie powiedziała. Starsza pani usiadła naprzeciwko niej.

— Tylko łatwo poparzyć się w usta — Gienna, parsknęła, szczerząc się nieznacznie i przymykając oczy.

Jej towarzyszka jednak nie w humorze była na kłótnie w sprawie herbat. Myślami była ze swoimi zaginionymi towarzyszami. Zresztą nie tylko myślami.

Oto bowiem z toalety dało się słyszeć dźwięk spłuczki. Zdziwił on obie kobiety niezmiernie, bowiem myślały, że są na pokładzie same.

— Pewnie jakiś klom zjadł coś niezdrowego — szepnęła Gienna, mrugając okiem i osłaniając usta dłonią.

Jakież było zdziwienie obydwu niewiast, kiedy zza drzwi wyszedł nie kto inny jak Luc. Twi’lek uśmiechnął się nieco speszony.

— Zaraz, to ty tu? — jęknęła Gienna, nie oczekując jednak żadnej odpowiedzi. — To ten drugi kawalir lata po burzach, żeby cię szukać, a ty w sroczu?

Border.png

W BURZY I WE MGLE — CIAG DALSZY (Kaldok)

Rzeczywiście sytuacja wyglądała niebezpiecznie, jednak Braw Neck wcale nie latał. Zamiast tego nadal leżał na ziemi, kontynuując rozważania nad tym, co robić dalej. Było to o tyle trudne, że nie przewidział, iż zostanie zaatakowany przez kogokolwiek z planety. Zresztą nie, żeby przewidział cokolwiek. Teraz nawet nie wiedział, co w ogóle lokalna armia miała zamiar z nim zrobić.

Gienna, Vrush Ka i Luc. Te trzy osoby stanęły teraz przed jego oczami — oczywiście oczami wyobraźni. Podjął się przecież ich ochrony. A kto ich będzie chronić, jak nie on?

Dotarło do niego, że nie żyje tylko dla siebie. Żyje też za innych. Myślami sięgnął do reguł zakonu. Nie, trzeba było przerwać to leżenie trupem. Jeżeli zginie, sprowadzi śmierć na swoich najbliższych, swoją rodzinę. Obrona konieczna była w tym momencie usprawiedliwieniem.

Wstał, wymijając parę strzałów. Nadal nie wiedział, dlaczego wróg nie potraktował go ich większą liczbą, tylko zamiast tego dawkował amunicję, jak tylko mógł. Jedi zapalił miecz i przybrał formę ataru.

— To Jedi! — krzyknął jeden z wrogich żołnierzy, na co pozostali otwarli masowy ogień. Dla Braw jednak nie stanowiło to większego problemu; mężczyzna bowiem, jeśli nie wymijał strzałów poprzez zwinne ruchy, po prostu odbijał je mieczem. Jednak najgorsze miało nadejść.

Oto mężczyzna nacierał na przeciwników, a z każdym pokonywanym krokiem ich sylwetki rysowały się coraz wyraźniej. Zbliżał się do momentu ostatecznego, w którym musiał zdecydować się na ich pacyfikację.

Halinca? Zabiłeś ją. Julie Taa? Filíp? Kai Teck?! — mistrz przypomniał sobie wypowiedź swojego własnego mentora.

I zgodził się z nią. Tak, zabił ich wszystkich (znaczy co do Filíp to nie miał pewności, ale mniejsza). Zabił ich, mimo że byli niewinni. Nie stanowili dla niego niebezpieczeństwa. Nie tak jak teraz armia lokalnej magnaterii.

Uderzał mieczem trochę na oślep. Trochę jednak starał się celować w nogi lub ręce. Jednak demobilizacja żołnierzy była jedynym, co mógł teraz zrobić w obronie niewinnych. Zakon nie potępiał zabijania w obronie własnej. Wśród krzyków wroga Braw zdarzyło się zabić paru żołnierzy — paru, gdy odbijał ich wiązki, a paru po prostu przeszył w przypływie energii do walki. Nie czuję się z tym dobrze, ale na pewno lepiej, niż gdybym pozwolił im przejść dalej, pomyślał sobie.

Oczywiście nie było to tak, że Braw Neck nie pozwalał innym zabijać w walce. Po prostu sam nigdy tego nie robił, a już na pewno tym się nie chlubił. W czasie wojen klonów sprawa była o tyle prosta, że przeciwnikami były „bezduszne” droidy. W czasie ataku na Międzydrzewie nie zabił żadnego klona. Liczył, że nie zabił też żadnego w czasie słusznie minionego powstania na Kashmarr’k. Innych przed tym nie bronił. Po prostu sam miał z tym problem.

Teraz został tylko jeden żołnierz. Braw Neck wyczuł, że musi on być po stronie, po której znajdował się Krzyk Rozpaczy. Odwrócił się zatem.

Padł strzał, i to taki dobrze wymierzony. Jedi bowiem wypuścił z dłoni swój miecz świetlny, który padł na glebę zdekonstruowany. Nie, żeby go to zdziwiło — już od dawna ograniczał używanie go do minimum, wiedząc, że emiter trzyma się na włoskach, a ściślej rzecz ujmując, częściach pozyskanych ze Zuomiarry. Także i kryształ kyber, nomen omen pierwszy, który wybielił — a zrobił to, posiłkując się jedynie teorią przekazaną mu w czasie szkolenia, z czego był całkiem dumny — nie należał do najtrwalszych ze względu na przebytą historię.

Wrogi żołnierz jednak, którego Braw nie do końca widział, nie przestawał nacierać. Wycieńczony rycerz stał teraz na skraju krawędzi kanionu czy innego wąwozu — nie było czasu sprawdzić ani też nie było wystarczającej energii, by użyć Mocy. Wymijał strzały, jednak marnie to widział.

Padł ostatni. Jedi pewien był, iż ten zakończy jego żywot. Błędnie jednak.

Oto odziany w czarną zbroję żołnierz sam padł na ziemię. Po chwili „zza jego pleców” z zielonawej mgły wyłonił się zielonoskóry Twi’lek noszący maskę na twarzy.

— Luc?! — zdziwił się Braw, jednak w jego głosie dało się usłyszeć także nutkę radości.

Border.png

NIEMIŁOSIERNE PISZCZENIE (Kaldok)

Istniejąca w uniwersum Stacked Story latarka Yagny tak naprawdę okazała się urządzeniem przechwytującym — tym samym rodzajem, który widzieliśmy w Ostatnim Jedi.

Tymczasem na Krzyku Rozpaczy Gienna i Vrush Ka musiały zająć się same sobą i z tego też względu na stoliku rozłożyły karty tej drugiej, aby wspólnie oddać się grze w cashao.

— Hmm — zastanawiała się ta pierwsza. — Chyba muszę coś wziąć.

Kiedy starsza kobieta przybierała się do wzięcia ze stosu, w całym pomieszczeniu rozległo się głośne piszczenie, tak że emerytowana rolniczka porozsypywała wszystkie karty.

— Psiakrew! — wrzasnęła. — Vrush Ka, ty ogarniasz tą całą technologię?

Vrush Ka, o dziwo spokojna jak zwykle, pokręciła przecząco głową.

— No dobrze — Gienna również starała się uspokoić. — A właśnie wygrywałam! Nic, tera będę musiała wziąć wszystko w swoje ręce.

Seniorka wstała od stołu i kulejąc, przeszła parę kroków, aż znalazła się w kokpicie. Dopiero ten widok skłonił Vrush do jakiejkolwiek reakcji.

— Przepraszam, co ty robisz? — spytała przyjaciółkę, obawiając się najgorszego.

— A co mam robić?! — awanturowała się Gienna, która — jak widać — nie doszła jeszcze do siebie po przerwaniu gry. — Naprawiam to dziadostwo. Na mechanice kwantowej to się nie znam, ale jakoś to ogarnę.

To powiedziawszy, starsza pani położyła się na plecach i wślizgnęła się pod komputer sterowniczy.

— Gienno… nie jestem pewna, czy to dobry pomysł — martwiła się mistyczka.

— Nie bój nic, to tylko kable! — uspokajała ją towarzyszka. — Niby co złego może się stać?

Wtem nastąpił donośny dźwięk, jakby ktoś spuścił dość sporą ilość metalu. Obie kobiety rozejrzały się dookoła, jednak żadna z nich nie spostrzegła, iż ta starsza niechcący odczepiła kontener z klonami.

— Pewnie żem ścieki wywaliła. No wreszcie! — Gienna machnęła ręką i wróciła do pracy.

— Gienno, naprawdę nie jestem pewna, czy… — Ka nadal wyrażała swą wątpliwość.

Ale przerwał jej hologram, który wyświetlił się z komputera głównego. Wychodząc spod urządzenia, emerytowana rolniczka nabiła sobie wielkiego guza na głowie — tak jej się spieszyło.

Nawet nie wiesz, z jak wysokiego nieba mi spadłaś, dziecko — staruszki usłyszały dźwięk, któremu towarzyszył zapis wizualny. — 5 tysięcy kredytów… To jedna czwarta z tego, co udało mi się spłacić gangowi z Sebby przez ostatnie dwa lata… Starczy na spłatę ostatnich rat i wreszcie będę mógł ponownie… po dwóch latach zobaczyć Barbarę i naszą małą Pietruszkę…

Gienna podrapała się po głowie, jednak szybko odsunęła od niej dłoń; przecież guz nadal ją bolał.

— A to nie jest przypadkiem ta baba, co z nami latała i się chciała zabić? — spytała.

— Też mi się tak wydaje — przytaknęła Vrush Ka. — A ten drugi to pewnie ten Stash ze zdjęcia.

Gienna zgodziła się, jednak trochę żałowała, że nie ona pierwsza to spostrzegła; w końcu to ona znalazła jego zdjęcie wiszące na ścianie jakiś czas temu.

Pietruszka pewnie nawet mnie nie pamięta. Miała trzy latka, jak widziała mnie po raz ostatni. Gdyby nie te cholerne… przepraszam za cholera! Gdyby nie te długi i błędy młodości…

— Dziwne imię ta Pietruszka, nie? — jęknęła Gienna. — Ja bym tak nigdy dziecka nie nazwała.

— Gienno, ciii! — uciszyła ją znachorka. — Gadasz, oni gadają, a ja nic nie słyszę. Jeszcze ominiemy jakiś istotny fragment!

Ja ci dam 15 tysięcy!

Border.png

LĄDOWANIE NA KALDOK (Kaldok)

Niestety tak jak dziewczę niezłe było w skakaniu, tak odrobinę gorsze było w wyskakiwaniu z nadprzestrzeni. W efekcie interceptor Jedi o mały włos nie zderzył się z powierzchnią planety. Burzliwe wszedłszy w burzliwą atmosferę Kaldok, dziewiczka zmuszona była nerwowo manipulować sterownikami, byleby nie doprowadzić do jakiejś większej katastrofy — w najgorszym wypadku także i do swojej śmierci.

Tej ostatniej panienka umknęła z trudem. Oto bowiem w ostatniej chwili zdołała przyhamować, zdoławszy nieco zamortyzować upadek do niewielkiego zbiornika wodnego — na szczęście płytkiego.

— Dobra, Yagna. Nie wymiękaj! Jak tata mówił? Twarda do końca! — dziewczę motywowało samo siebie, składając dłoń w pięść. — Dobra, co to teraz robimy? — pomyślało. Myślało tak i myślało, aż w końcu dotarło do wniosku, że najlepiej będzie opuścić tonący pojazd, nim zatonie wraz z nim.

Przed wyjściem na „świeże” powietrze panienka chwyciła w rękę szmatę obecną na pokładzie i zawinęła w nią wszystko, co uznała za cenne — mianowicie miecz świetny Lude Vicka oraz holokron i dziennik Braw Necka. To uczyniwszy, podporucznik związała wszystko w worek, który zabezpieczyła nitką oderwaną od kieszeni prującego się munduru.

Gruba dama powoli otworzyła kokpit. Na planecie śmierdziało niemiłosiernie, ale oficer wiedziała, że jeżeli ma tu spotkać swoich przyjaciół, musi to zrobić. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że punkt, w którym utknął statek, łączyła z brzegiem jak gdyby ścieżka skomponowana z kamieni. Wszystkie były śliskie oraz na nieszczęście pulchnej niewiasty oddalone od siebie na tyle, że niezbędne było małe skakanko.

— Ziup! — krzyknęła sobie Yagna, skacząc z pierwszego kamienia na następny. — Ziup! — powiedziała sobie, skacząc na jeszcze następny.

Przy kolejnym razie dziewczę niemalże się poślizgnęło. Ostatecznie pokonało dystans, który pozwolił mu na ostatni skok — teraz nic nie mogło go powstrzymać, by dotknąć stopą suchego lądu. Panna ukucnęła, worek wzięła w usta, a ręce odgięła do tyłu, po czym wyskoczyła jak z procy i szczęśliwie osiągnęła cel.

Odwróciła się. Statku już tam nie było.

— Że niby… — pomyślała sobie dziewica — wszystko to sobie zmyśliłam?

Następnie podporucznik udała się w górę kopca, a znalazłszy się na jego szczycie, w dole dostrzegła Krzyk Rozpaczy. Radości nie było końca. Czym prędzej zeszła na dół, a korzystając z tego, że właz pozostawał otwarty, weszła do środka. Nie marzyła o niczym innym jak o wzięciu świeżego prysznica i z tego też powodu od razu udała się do góry, z nikim się nie witając.

Coś jednak przykuło jej uwagę, gdy miała wejść do łazienki.

Nie ruszaj się! — usłyszała swój głos z kokpitu. Trochę ją to przeraziło. Czyżby ekipa miała substytuować jej brak jakąś inną Yagną? — W imieniu Imperium Galaktycznego jesteś aresztowany przez podporucznik Yagnę za jej współuprowadzenie!

— Ej, to ja! — uradowana dziewczyna wskazała ręką na nagranie.

W tej chwili oglądające je staruszki obróciły się, a włosy im dęba stanęły.

— To duch! — zająknęła się Gienna i w okamgnieniu schowała się za plecami równie przestraszonej towarzyszki.

Yagna natomiast nie do końca wiedziała, co jest na rzeczy.

— Ziemia jest kwaśna… — wyszeptała Vrush Ka, odpinając od pasa niewielki nóż. — Powstała z martwych. Pewnie miejsce, gdzie zakopano jej ciało… słyszałam o tym — skierowała te słowa do Gienny. — Trzeba ją teraz uśmiercić, bo w przeciwnym razie ona śmierci nas.

Gienna jednak zupełnie inaczej zapatrywała się na zaistniałą sytuację.

— A tam, pierCenzura.pngsz, Vrush — machnęła ręką. — Bajków się jakiś naczytałaś czy co? Toż to Yagna! Ona żyje!

To oznajmiwszy, rolniczka-emerytka podeszła do nowoprzybyłej tęgiej damy i uściskała ją serdecznie. Choć początkowo skonfudowane, z dziecko czasem dziecko odwzajemniło uścisk staruszki.

Tymczasem na nagraniu archiwalnym dostrzec można Filíp, która kazawszy Yagnie skuć się, podeszła do sterowników i wyłączyła kamerę.

Border.png

FAMILY REUNION (Kaldok)

Tęgie dziewczę dość pokracznie opuściło pokład Krzyku Rozpaczy. Na planecie zdążyło się już rozpogodzić, tak że nie było już żadnej burzy ani innych oparów atmosferycznych, a jedynie gdzieniegdzie utrzymywały się kępki mgły. Nie miało określonego celu — po prostu poinformowane przez Giennę i Vrush Kę, że „pan Braw” dokądś poszedł, postanowiło niemalże po omacku udać się jego tropem, niepomne w ogóle, dokąd właściwie poszedł.

Yagna rozejrzała się dookoła. Mgła była widoczna, aczkolwiek oddalona na tyle, by nie zaszkodzić tęgiej damie. Dziewuszka nie wiedziała, czy winna była teraz podążać w jej stronę.

W mgle niebawem uwidoczniły się kontuty dwóch sylwetek. Początkowo przerażona obecnością kogoś obcego, dziewica stopniowo promieniowała, rozpoznając w jednym z nich osobę Braw Necka. Łysy mężczyzna prowadzony był przez Luca, podpierając się ramieniem na jego karku. Imperialna oficer popatrzyła na obydwu panów, widząc konsternację i dezorientację w oczach obydwu. Jedi spojrzał w stronę Twi’leka, otwierając oczy szeroko prawie tak szeroko, jak i on.

Panienka rozpromieniła się niebywale, a kąciki jej ust poczęły wykrzywiać się ku górze z każdą mijającą sekundą.

— Panie Braw!!! — krzyknęła w końcu z błyskiem w oku. — Panie Braw!

Dziewczę w te pędy ruszyło w stronę Jedi. Zarówno on, jak i Luc byli bardzo zdezorientowani jego widokiem coraz bardziej, gdyż obaj pewni byli jego zgonu plecy na Kashmarr’k. Jak się jednak okazało, tłusta panienka miała się bardzo dobrze i była w pełni sił. Gdy znalazła się w odległości około metra od swojego przyjaciela, ukucnęła i stopami swymi odbiła się o ziemię, aby rzucić się mu w ramiona. Pech chciał, że „pan Braw” był o tyle osłabiony, że aż ugiął się pod ciężarem niewiasty. Skondundowany bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, po prostu runął w tył, odczuwając ból w klatce piersiowej nie tylko na skutek długiego przebywania w trującym gazie, ale też na skutek niebywałej wagi pani podporucznik.

— Panie Braw… — 29-latka aż z radości roniła łzy, ocierając je o ramię mistrza Jedi. — Tak bardzo się cieszę! Wróciłam z Kashmarr’k!

Neck przytulił tęgą Yagnę, jakkolwiek zdezorientowany. Także się cieszył, jednak nie do końca wiedział, co dokładnie działo się na jego oczach. W przeciwieństwie do Luca i Vrush Ki, a podobnie do Gienny, przez jego głowę ani na moment nie przewiła się myśl o jakimś tajemniczym „powstaniu z martwych”. Potuliwszy się wystarczająco, Jedi chciał wkrótce puścić dziewuszkę, ale ta nie dawała się zostawić. Ostatecznie udało mu się odsunąć od niej nieznacznie, nadal trzymając panienkę za ramiona.

— Przyleciałaś tu… sama? — spytał zmieszany; nie wiedział, od czego innego zacząć ten z pewnością wiekopomny moment.

— Yhm — potwierdziło dziewczę. — Sama, samiusieńska! I wie pan co? Ja myślałam, że Imperium jest dobre, ale jednak nie chcę być po jego stronie. Jest do kitu.

Braw patrzył w oczy tęgiej damy i zaczął czuć coś jeszcze. Coś, co po raz ostatni czuł na Stacji Przestrzeni Fide’a, a potem na ułamek sekundy i w lodowej jaskini na Sandau. Jednak szybko odrzucił tę myśl na bok.

— A pomoże mi pan znaleźć tatę? Jemu też trzeba powiedzieć, że Imperium jest złe!

Łysawy mężczyzna w żadnym wypadku nie nadążał nad słowotokiem swojej podopiecznej. Cieszyło go jednak, że wypowiedziała posłuszeństwo Imperium — wcześniej bowiem była mu niezwykle lojalna.

Nim mistrz Jedi odpowiedziałby na pytanie, czy byłby w stanie pomóc w odszukaniu ojca dziewczącia, wpierw musiałby poznać szczegóły; z tego powodu od razu zmienił temat.

— Ale nadal nie rozumiem, jak to się stało… myślałem, że cię pochowałem… — zawahał się. Kogo w takim razie pochował?

— To musiała być jakaś inna gruba baba — Yagna wzruszyła ramionami.

I rzeczywiście coś w tym musiało być. Ta inna baba miała głowę przeszytą prętem, tak że jej twarz była praktycznie nie do poznania. Dopiero teraz Braw uświadomił sobie, że praktycznie wcale się jej nie przyjrzał; unikał tego widoku, jak tylko mógł, i z tego też względu zapakował kipiące tłuszczem cielsko do worka tak szybko, jak było to możliwe.

Z Krzyku Rozpaczy tymczasem wyszły Gienna i Vrush Ka. Widząc, jak Yagna namiętnie obściskuje Braw, ta pierwsza stwierdziła, że „robi się przytulaśnie”, po czym sama podeszła do pary i także ich objęła. To samo zrobiła również Vrush Ka, a na koniec do ekipy dołączył i Luc. W sercach ciepło zrobiło się także klonom, mianowicie Sealowi, Boarowi i Cleaverowi, którzy obserwowali ten dziwny happening. Jeden z nich zaproponał, aby także podejść i dołączyć do masowego tulenia się, jednak Seal na to nie pozwolił, twierdząc, że byłoby to niedopuszczalne i „wysoce nieprofesjonalne”.

Jeszcze przed odlotem Braw zabrał Yagnę do prowizorycznego grobu jej „doppelganger”, gdzie złożył jej spopielone ciało. Pomodliwszy się do znanych sobie bogów czczonych na Naboo, tęgie dziewczę dopisało jedno „a” na drewnianej tabliczce, pośmiertnie nadając tej drugiej „grubej babie” imię „Yagnaa”.

Border.png

KONFRONTACJA Z LEOSIĄ (przestrzeń kosmiczna nad Kaiwocker)

Zboczone spojrzenie Chortiego było nadwyraz wymowne.

— Wychodzimy z nadświetlnej, mama — oznajmił Chorty, przygotowując się do wyjścia. — Chwyć się czegoś, statkiem może tebotać bardziej niż zwykle.

Statkiem może tebotać bardziej niż zwykle — przedrzeźniała go Bożena. Wciąż miała mu za złe to, co zdarzyło się na Sandau.

Chorty jednak nie zwracał uwagi na marudzenie swojej matki, tylko kontynuował lot. Oczom obojga przed momentem ukazała się asteroida Kaiwocker; para nie była tu zbyt częstym bywalcem, jednak świat ten nie był im znowu tak zupełnie obcy.

Bożena podrapała się po głowie.

— A skąd w ogóle wiesz, że to tu jest ten młodzieniec? — spytała syna, na moment zapominając o swej dumie.

— Jak to skąd? Od Klenko — łowca nagród parsknął śmiechem. — On wszystko wie. Ta kanonierka, którą lata dzieciak, była widziana tu po raz ostatni. A wiesz, co jest ciekawe? — spojrzał na swą macierz. — Że ma ona zupełnie takie same numery, jak statek, do którego kierowany był sygnał, który żeśmy przechwycili nad Sandau.

Dla Bożeny było to zbyt wiele, więc po prostu przytaknęła. Po chwili ciszy natomiast Chorty odezwał się znowu.

— O w trąbkę! Patrz, mamusia — wskazał palcem przed siebie. — To ten statek! To ta kanonierka!

„Mamusia” już dawno zgubiła wątek, jednak rzeczywiście: w niedalekiej odległości od nich znajdowała się teraz przemalowana kanonierka Republiki.

Nie znajdowała się tam jednak długo, bowiem w okamgnieniu została zestrzelona przez ogień oddany ze statku Chortiego.

Sam Chorty przetarł oczy i delikatnie podniósł się z fotela pierwszego pilota.

— Mamuśka?… — spytał. — Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że pozwoliłaś Villchure’owi wejść do komory strzelniczej?

Bożena speszyła się.

— No to trudno — Chorty usiadł ponownie. — Przez ciebie i tego twojego nowego „tatę” nie będzie ani hajsu, ani seksu!

Mężczyzna zrobił minę, jak gdyby wpadł na jakiś pomysł.

— Chyba że… — spojrzał intrygującym wzrokiem na swą matkę. — Nie, jednak nie — szybko zmienił zdanie.

Przypisy

  1. Fragment z rozdziału 10:
    Tymczasem Yagna brzuchata od samego rana buszowała w szafach Stasha, licząc na znalezienie jakichś fajnych artefaktów. Wśród rzeczy osobistych swojego dawnego właściciela znalazła niewielką latarkę w kolorach błękitu, będącą niczym breloczek do kluczy. Gdy się ją nacisnęło, wydawała z siebie charakterystyczne brzęczenie, dość donośne. Panna wyjęła jeden z dwóch noszonych przez siebie cylindrów i rozejrzała się, czy przypadkiem nikt jej nie obserwował, a wtedy wsunęła niewielkie urządzenie do kieszeni zamiast niego. Podobnie zrobiła ze scyzorykiem, na który natknęła się niebawem.
    — Ciekawe rzeczy trzymał ten Stash, hi hi — zaśmiała się, przypinając nóż do pasa.
    Natknęła się wtedy na holofotografię jego żony i wnuczki. Pamiętała je dobrze, ale tylko z opowieści. Przewracając między palcami niewielkie metalowe dyski, odtwarzała sobie w pamięci, jak to Stash przybył do gangu z Sebby, aby je wykupić; kiedy jednak zobaczył, jaki los miał spotkać Yagnę — że jest wystawiona na aukcji jako prostytutka — właśnie ją postanowił wybawić z opresji, wiedząc, iż Barbara i Pietruszka były przetrzymywane w nie najgorszych warunkach i że nikt nie miał zamiaru ich sprzedać, tak jak brzuchatej oficer. Yagna do końca nie wiedziała, co to znaczy być prostytutką i jaki musiałby być zakres jej obowiązków, więc początkowo nie była ukontentowana przybyciem sędziwego handlarza; to właśnie jej awanturnictwo zmusiło go do zamknięcia jej w miejscu, w którym teraz przebywała.
Advertisement