Star Wars Fanonpedia

💪 Starcie gigantek trwa!
Oddaj głos na swoją faworytkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Poziom 3 (15 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
19176 bajtów • Około 30 minut czytania

Potwór zbliżał się do pola grawitacyjnego Kashmarr'ka. Braw Neck wyglądał zza okna, natomiast Gienna siedziała cicho. Próbując przerwać ów niezręczny moment, Braw rzekł:

- Zobacz, jesteśmy już blisko domu.

- Przeca widzę, melodzieńcze - odparła staruszka. - To ja żem widzieła razy kilka jakżem...

Luc, pilotujący wówczas republikańską kanonierkę przerwał rozmowę swoich towarzyszy.

- Obawiam się, że mamy problem - powiedział wskazując palcem na komputer pokładowy. - Kontynent, na którym znajduje się nasz cel nawiedzają potężne burze. Lądowanie w pobliżu jest zbyt niebezpieczne.

- Od kiedy burze stanowią problem w lądowaniu? - spytał nieco sarkastycznym tonem Braw.

- Znajdujemy się na wysłużonym statku, w dodatku wzmocnionym złomem. Przekierowanie piorunów z tego co widzę nie działa, i choć szanse na to są małe, to możemy zostać usmażeni żywcem.

Proponuję wylądować gdzieś dalej i przenocować, a do celu dotrzemy jutro - zaproponował Luc.

Braw Neck oraz Gienna przystali na takie rozwiązanie mimo wielu wątpliwości. Kanonierka weszła w atmosferę omijając burze, które jej zagrażały. Ze względu na to lądowanie nastąpiło w szczerym polu, z dala od miejsca docelowego. Zbliżała się tam noc, toteż niedługo po wylądowaniu i zjedzeniu kolacji z niewielkiej ilości prowiantu, jaki znajdował się na pokładzie, załoga Potwora zanurzyła się w śnie.

Border.png
Ilustracja przedstawiająca Braw Necka.

Braw Neck

W okolicach godzin porannych, Braw Necka zbudził przeszywający szum, tudzież łopotanie. Ciężko mu było opisać dźwięk, który zakłócił jego sen, albowiem jedną nogą był jeszcze w krainie marzeń sennych. Intuicja podpowiadała mu jednak, że nie mogło to być nic dobrego. Nie zważając na swoich śpiących kompanów, wziął w torbę i spakował w nią resztki kolacji, a także pistolet blasterowy, w razie jakiegoś niebezpieczeństwa. Będąc tak przygotowany, zaczął iść w kierunku, z którego wydobywał się ów odgłos. Przemierzał monotonny krajobraz, składający się głównie z szarej ziemi, kamieni i gdzieniegdzie kępek trawy i krzaków, którym niemal brakowało liści. Patrząc na takie pustkowie, Braw zastanawiał się, któż, bądź cóż miał na nim jakikolwiek interes. Po niedługiej chwili odgłos, którego poszukiwał ustał nagle. Wraz z odzyskaniem świadomości po nagłym wybudzeniu, Braw zdał sobie sprawę, iż musiał być to statek kosmiczny. Będąc coraz bliżej, czuł obecność kilku form życia, co znacznie pomogło mu w odnalezieniu celu. Dotarł w końcu do sporego krateru, gdzie za czasów wojen klonów wybudowana została fabryka Separatystów. Było to opuszczone miejsce, pozbawione ducha swej dawnej świetności. Wydawać by się mogło, że fabryka została porzucona nagle, produkcja nigdy nie została dokończona, wiele kontenerów wciąż stało w hangarach; wyraźnie było widać, że ktoś to miejsce użytkował. Nie było to też tak dawno temu... Na jej obrzeżach istniało również lądowisko, niemalże opuszczone poza jednym pojazdem.

- To musi być to, czego szukam - powiedział do siebie Braw Neck i podszedł bliżej, ukrywając się za stertą kamieni tak, aby móc wyjrzeć, co dzieje się na lądowisku.

Spostrzegł tam dwoje osób, wyglądających na mężczyznę i kobietę. Ciężko było dostrzec, co robili. Uwagę Braw Necka przykuł jednak sam statek. Gabarytami był on dość zbliżony do frachtowca, to co go jednak wyróżniało to sam kształt. Przypominał on łódź, zwłaszcza przednia część, stanowiąca swojego rodzaju pokład, a mimo to nic się na niej nie znajdowało. Od pokładu odchodziły dwa silniki, przynajmniej tak można było je opisać z tej perspektywy. Całość zwieńczał eliptyczny mostek, umieszczony na górze wieńczący całość. Braw Neck nie widział nigdy wcześniej podobnego stylu okrętów, przypuszczał jednak, iż mógł to być przerobiony sporych rozmiarów statek morski, który miał już swoje lata.

Stojąca przy statku dwójka wymieniała ze sobą jakieś zdania, ciężko było jednak cokolwiek usłyszeć. Braw nie wiedział więc, co planują i jakie mają zamiary. Chcąc się dowiedzieć, spróbował podejść bliżej, mimo niemal braku możliwości schowania się za czymkolwiek. Przemknął jednak niepostrzeżenie i skrył się za latarnią. Stamtąd również nie było zbyt dobrze słychać rozmów, toteż musiał dostać się bliżej. Wiedząc na jakie ewentualne niebezpieczeństwo się pisze wahał się nieco, jednak ruszył. Zatrzymał się tuż przy samej burcie statku, a jednak dalej nic nie słyszał. Wychylił nieco głowę próbując zasięgnąć widoku...

- Mam cię! - wtem Braw Neck usłyszał żeński głos pełen hardości i rozweselenia jednocześnie.

Odwróciwszy głowę dostrzegł młodą zygerriańską kobietę celującą mu między oczy.

- Gadaj, czego tu szukasz... - wypowiedziała ostro nie zdejmując palca ze spustu swojego pistoletu.

- Ja.... Ja od dawna plądruję tą fabrykę ze wszystkiego, co się ostało... - odparł Braw nieudolnie próbując zachować zimną krew.

- Niezbyt mi się chce w to wierzyć - powiedziała zygerrianka. - Jak się nazywasz?

- Voe. Nazywam się Ladir Voe - wymamrotał Braw Neck, po czym powtórzył swoje "nazwisko" bardziej klarownie.

- Palmer! Mamy gościa! - kobieta wreszcie opuściła blaster, jednocześnie wołając swojego towarzysza.

Braw nie zdążył odetchnąć z ulgą, w jego pobliże przyszedł wysoki i umięśniony, łysy mężczyzna z protezą prawego ramienia, wyglądającą jak mocno przerobiona ręka droida BD-3000. Swoją posturą nieco przyćmiewał Necka. Po dwóch sekundach ciszy, odezwał się:

- Skąd się tu wziąłeś?

- Jestem z wioski... - odpowiedział Braw Neck.

- W pobliżu nie ma żadnej wioski. Są jedynie zgliszcza jednej, to tyle.

- Byłem z tej wioski aż nie została spalona. Zgubiłem się i nie mogę trafić do swoich... O ile żyją.

Border.png

Słońce już wstało. Gienna i Luc zauważyli, iż ich przyjaciel zaginął.

- Ruszył bez nos? - spytała Luca Gienna.

- Na to wygląda - odpowiedział Luc. - Przeskanuję okolicę w poszukiwaniu form życia...

Jak powiedział, tak wziął z pokładu odpowiedni przyrząd i zaczął skan. Na ekranie ukazało się łącznie pięć kropeczek w dwóch skupiskach. Tak jak podejrzewali - Braw oddalił się w celu odnalezienia innych.

- Co za hultaj tak byz nos iść! - krewko oznajmiła staruszka. - Toć my bezeń żodnygo byśmy nie odnaleźli.

- Myślę, Gienno, że powinniśmy do niego pójść. Może znalazł jakiś trop.

Zabrawszy najpotrzebniejsze klamoty, Luc wyruszył wraz z Gienną na poszukiwanie Braw Necka. On tymczasem spożywał swoje śniadanie.

- To... Kim jesteście. Ja się przedstawiłem, czas na was - próbując nawiązać kontakt z nowo poznaną parą powiedział Braw.

- Palmer, były komendant straży planetarnej Onthar.

- Onthar... Coś o niej słyszałem, to tam była jedna z bitew wojen klonów? - spytał Braw Neck.

- Bitwa, w której brałem udział ja i cała straż. Z naszej strony w zasadzie tylko straż... Mimo notorycznych próśb naszego gubernatora, nigdy nie dostaliśmy wsparcia od Republiki. Było nas koło dwustu, ich ponad dwa tysiące. Nigdy nie widziałem tyle sprzętu Gildii Kupieckiej... Dziękować, że chociaż teraz ktokolwiek się nami interesuje. Brat mi mówił, że Imperium dało naszym rybakom spore dofinansowanie. Nie to co ta biurokracja i Jedi, ślepo zapatrzeni w Moc. Szmoc, we łbach im się poprzewracało, władzy im się zachciało. Galaktyka zeszła na psy, co nie Jolene?

- Tak jak powiedział, nazywam się Jolene. Pochodzę z Zygerrii, o niej coś już musiałeś słyszeć. Najbardziej znani handlarze niewolnikami w Galaktyce. Ale to nie siedzi w mojej głowie, zwłaszcza po śmierci królowej Scintel. Podobno sam Tarkin zwrócił się niedawno o pomoc przy budowie czegoś.... Była też taka jedna historia, dość ciekawa, ale to na inny moment. Tak jak mówiłam, nie zajmuję się tym, czym większość nas się zajmuje.

- W takim razie... - zaczął Braw

- Najemnictwo wszelkiego rodzaju, tam gdzie są pieniądze, jesteśmy my - przerwał mu Palmer odpowiedzią. - Nie pogardzimy kredytami za czyjąś głowę, ale bardziej przyziemne zadania też się znajdą.

Ilustracja przedstawia Palmera i Jolene.

Palmer i Jolene

- Dzień dobry - z pokładu zszedł wysoki droid. - Widzę, że znaleźliście sobie towarzystwo.

- To jest Ladir Voe. Zatrzymał się u nas - wytłumaczyła Jolene. Możesz zająć się Tarkusem kiedy nas nie będzie, L4?

- Tarkus to wasz statek? - spytał zaciekawiony Braw Neck.

- Zgadza się - odpowiedział Palmer. - Wprawdzie to wysłużony kuter, ale skrywa trochę niespodzianek.

Droid L4-K3 wrócił do wnętrza statku.

- Wracając do naszej rozmowy, może ty nam powiesz coś o sobie? - grzecznie poprosiła Jolene.

- Nazywam się Ladir Voe... No ale to już chyba wiecie. Od urodzenia mieszkam na tej planecie. Widziałem jej wzloty i upadki. Podczas wojen klonów sporo podróżowałem... - Braw Neck przystanął na chwilę, mając przed oczyma wizje wszystkiego tego, co stało się w ostatnich latach. Od bitew, które stoczył, przez rozkaz 66 aż po to, co wydarzyło mu się niedawno. - Gdy dowiedziałem się o tym, że wioska, w której się wychowałem spłonęła, postanowiłem wrócić, by odszukać ocalałych. No i tak to z grubsza wygląda.

Wtem rozległ się krzyk starszej kobiety:

- Tu jest! Tu jest! Olaboga, znalazłże się!

Była to Gienna i Luc, którzy podążając za znacznikiem dotarli wreszcie do swojego przyjaciela. Wywołali niemałe zamieszanie swoim nagłym pojawieniem się.

- O, wrócili po mnie! - Braw Neck próbował uspokoić sytuację. - Jednak ktoś z wioski żyje.

- Oczywiście żem żywa! - odparła Gienna. Cojam, nieboszczyk jaki? Widzita mnie, co?

Luc pierwszy zbliżył się do trójki jedzącej śniadanie.

- Musimy się zbierać, najlepiej jakbyśmy znaleźli pozostałości wioski przed zachodem słońca.

- Właśnie, może nam pomożecie? Sam sobie nie poradzę z odnalezieniem wszystkich.

- Pomóżta nam, bo jo nawet za Vuodeckiem tęsknię!! - powiedziała Gienna.

- W porządku.... - przystał na ofertę Palmer. - Jest tylko jeden warunek; musicie nam pomóc w odnalezieniu takiego jednego gościa, podam wam później szczegóły.

- Widzę, że ta planeta dobre miejsce na schowanie się - powiedział Braw Neck przypominając sobie swoją i Diego historię. - Zgadzam się na taki układ.

Wszyscy weszli więc na pokład Tarkusa, gdzie na jego mostku stanął Palmer.

- Komputer, włącz skaner form życia - rzekł.

Po lewej stronie pulpitu z różnymi kontrolkami zapalił się żółty ekran wyszukujący znacznie więcej, niż podobne urządzenie własności Luca.

- Spojrzyj tutej! - powiedziała Gienna wskazując na skupisko czerwonych kropek. - Tu jacyś są!

Faktycznie, była to spora grupa, znajdująca się stosunkowo niedaleko od miejsca, gdzie niegdyś znajdowała się wioska, w której mieszkali.

- No to macie swoją zgubę - powiedziała Jolene. - Teraz nasza część umowy.

- Poczekaj - powiedział Braw Neck. - Skaner obejmuje całą planetę, prawda?

- No tak, sugerujesz coś? - zapytał Necka Palmer. Wtedy Braw poszerzył pole widzenia w pulpicie. Okazało się, że były tylko dwa skupiska ludzi na całej planecie.

- To by oznaczało, że wasza zguba jest gdzieś wśród wieśniaków...

- Trafne spostrzeżenie - wskazała Jolene.

Palmer włączył silniki Tarkusa, a po chwili statek ruszył w stronę celu wyznaczonego przez Giennę.

Border.png

Docierając do celu, zobaczyli sporą grupę ocalałych mieszkańców wsi. Tarkus wylądował blisko nich, a po chwili wyszli z niego Braw Neck, Palmer, Luc, Gienna i Jolene, w kolejności wymienienia ich.

- Gienna! Kopę lat ty stara małpo! - krzyknął Vuodeck na widok swojej współwieśniaczki.

- Znów tyś? - już znudzona jego widokiem Gienna żałowała stwierdzenia, iż za nim tęskniła.

- Zmieniłem si! Jo si zmieniłem! Już nie bijem kobity! - Vuodeck próbował przekonać staruszkę.

- Już jo wim co ty robisz czego ni robisz. Pamintosz ty jak si zlynkłam jakżeś z tą swoją bułą do centrali pojechoł, po moim chodził, cały las wycion, to wszystko twoja wina, sukin ty synu, twoja i tego separatysta! Rozumisz? Obrażam się na ciebie jakem Gienna!

Gienna, jakby złożyła śluby milczenia, nie chciała się już odezwać tak długo, jak w jej pobliżu był damski bokser, drwal i łotr znany jako Vuodeck. Ciszę tą przerwał Braw Neck:

- To który to ten wasz cel?

- Właśnie nie wiem - odparł Palmer. - Wiem tylko, że to Jedi...

- Jedi? - Braw stanął jak wryty, wiedząc, że tylko on był tu Jedi.

- Nie no, żartuję! Choć chciałbym położyć łapska na jednym, za to, że połowa mojego oddziału zginęła w obronie stolicy, a żaden nawet negocjować się nie pojawił, to nie. To był tylko żart... Choć ty zachowujesz się nieco podejrzanie. Czemu cię ten Jedi tak wzruszył?

- Eeeeeee, tak po prostu. Dużo o nich słyszałem, że Imperium ich ściga za zdradę i takie tam - Braw spojrzał w tym momencie na Luca. Luc natomiast gotów był wydać losowego, półprzytomnego po alkoholowej libacji osadnika, jakby tylko się okazało, że to głowa Necka miała wysoką cenę.

Braw Neck począł wtedy dochodzenie w sprawie tego, kogo szukała załoga Tarkusa.

- Naprawdę nic nie ma? Żadnych wytycznych?

- Absolutne zero... - odpowiedziała Jolene.

Mimo to, ona i Braw próbowali znaleźć kogoś, kto wystawał z tłumu. Czy był to jakiś kosmita, ktoś o odmiennej fryzurze czy ubraniach, po sam sposób mówienia kończąc. Nie było to jednak tak łatwe, bowiem każdy osadnik się czymś wyróżniał. Nie byli to tylko ludzie, a znalazł się też otyły Twi'lek, dwójka Sullustan, a nawet Toydariański kupiec, mocno poobijany, po tym, jak i tym razem, został oskarżony o to, co spotkało wioskę. Żaden wieśniak nie przejmował się zbytnio byciem przeszukiwanym, żaden też nie przyznawał się do niczego.

- Gienno, pomogłabyś? - poprosił staruszkę Braw Neck.

- Toć ja przecie odparła, że się nie odzywom! - odpowiedziała Gienna.

- Właśnie złamałaś swoje postanowienie.

- Niechże ci byndzi! To ten - babcia wskazała stojącego w tłumie, wysokiego mężczyznę, zakrywającego twarz. - Tegom nigdy nie widziała tak długo, jak jo wy wsi tyj żyję.

Ów mężczyzna mocno się wystraszył i zrzuciwszy z siebie szaty okrywające jego ciało, wyciągnął dwa blastery celując nimi w Braw Necka i Jolene.

- Nie zbliżajcie się do mnie, bo strzelę! - wykrzyczał ostro. - A wy tam z tyłu nie próbujcie sztuczek.

- Możesz chociaż powiedzieć, kogo szukaliśmy?

- Z przyjemnością się przedstawię. Jestem Robert Krix Alzado, znany jako Złotowłosy z Korelii. Obecnie nagroda za mnie żywego lub martwego wynosi 40 tysięcy imperialnych kredytów. Nagrodę tą wyznaczył Szkarłatny Świt, po tym jak doprowadziłem do przerwania transakcji z Czarnym Słońcem. Musiałem to jednak zrobić, gdyż poważnie zagrażało to całemu syndykatowi. Vos oczywiście nie był zadowolony i po blisko pięciu miesiącach... znajduję się tu - bez wzruszenia wypowiedział tą formułkę mężczyzna, po czym odwinął nadgarstek swojej czerwonej tuniki. - Nie wierzycie mi? Oto tatuaż Szkarłatnego Świtu.

- Czemu mielibyśmy cię puścić wolno? - zapytał Palmer.

- Bo dobrze postąpiłem.

Wtem wiązka blastera uderzyła blisko Roberta Alzado.

- Nie wiem co planujecie, ale to się nie skończy dobrze! - wykrzyknął w tym momencie. Spostrzegł wtedy droida L4-K3 stojącego na pokładzie Tarkusa z karabinem snajperskim. Zamiast strzelić, uderzył Braw Necka swoją bronią w rozjuszeniu. Niewiele mu to dało, bo w tym samym momencie Jolene spróbowała go złapać, co niemal by jej się udało, gdyby nie Vuodeck, na którego niechcący wpadł Alzado. Został wtedy pochwycony przez Braw Necka, który ocknął się po uderzeniu. Robert próbował się jeszcze miotać i bronić, jednak na daremne.

- Pochwyciłem cel - powiedział Braw Neck.

Border.png

Wieczorem przy ognisku zebrała się cała populacja wsi, a także drużyna Braw Necka i załoga Tarkusa. Alzado zaś spoczywał w celi pod pokładem statku czekającego na odprawę. Siedzący przy ognisku ludzie opowiadali różne historie z życia, w końcu poruszona została kwestia Jedi.

- Bo mnie się zdaje, że ci cali Jedi to dobrzy byli. Nigdym żadnego nie spotkał, ale podobno bronili pokoju i takie tam sprawy - powiedział jeden z wieśniaków.

- Polemizowałbym - odparł z niechęcią Palmer.

- Myślę, że czas Jedi się skończył. Mieli jedno zadanie, którego nie wypełnili, dlatego przejął je ktoś inny - Imperium - dodała Jolene. Braw był przeciwny temu wszystkiemu, ale zamiast okazywać swoje niezadowolenie, wolał przysłuchiwać się trwającej rozmowie. Wtedy Jolene dodała:

- Ale Imperium raczej nie odwiedzi tej planety, przez to, że nic już na niej nie ma, poza tymi ludźmi. A ty, Ladirze Voe, wyglądasz na kogoś odpowiedniego, by się nimi zająć. Słyszałam, że w Galaktyce jest sporo takich samozwańczych szeryfów, zwłaszcza w Zewnętrznych Rubieżach, gdzie ludzie są pozostawieni sami sobie, zwłaszcza w tych czasach chaosu, gdzie każdy chce czegoś dla siebie.

- Ciekawa propozycja, muszę przyznać - powiedział Braw Neck. - Muszę też przyznać, zżyłem się z ludźmi tej wioski dostatecznie bardzo, by dzierżyć tak odpowiedzialne zadanie.

Jednocześnie Braw Neck był świadom tego, jak niebezpieczne byłoby zostanie w tym miejscu, po tym, co się wydarzyło w jego życiu. Chcąc odciąć się od przeszłości, ta co jakiś czas musiała dawać o sobie znać. Najpierw separatyści i klony, później jego dawny uczeń... Pewne było jedno, pozostanie na Kashmarr'ku było zbyt ryzykowne. Mimo to, te kilka dni, choćby dla Gienny musiał tu zostać. Nagle do ogniska przybyła grupa wieśniaków z workami kamieni i desek oznajmiając, że nie wolno tracić czasu, trzeba budować nową wioskę. Dołączyli do nich pozostali, poza Gienną.

- Myślę, że się już zbieracie? - spytał Palmera Luc.

- Nie, nie spieszy nam się z odebraniem nagrody. Myślę, że zostaniemy tu jeszcze trochę, zwłaszcza, że trzeba uzupełnić zapasy na statku. Tymczasem dobranoc, jest już późno.

- Jak coś nie zależy mi na procentach od pomocy wam! - pożegnał go Braw Neck.

Palmer wrócił na pokład Tarkusa, niedługo później również Jolene. Z czasem wszyscy, poza wieśniakami i Luciem posnęli. Sam Luc ruszył z powrotem do zaparkowanego w szczerym polu Potwora, kontemplując to, co wydarzyło się minionego dnia....

Advertisement