Star Wars Fanonpedia

💪 Starcie gigantek trwa!
Oddaj głos na swoją faworytkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Brązowy puchar (20 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
24012 bajtów • Około 37 minut czytania

Kurz utrzymywał się w powietrzu, a niesione przez wiatr krzyki przerażonych mieszkańców rozlegały się nad spaloną ziemią i poprzewracanymi maszynami budowlanymi. Gdzie nie gdzie tlił się ogień, topiąc skruszone odpadki metalu. Większość z nich skupiona była w kępkach, tak jak wyładowywano je przez lata istnienia wysypiska. Spomiędzy jednej z nich wyłoniła się ręka, a po chwili słychać było głośne dyszenie oraz jęki kobiety usiłującej wydostać się z potrzasku. Wtedy nie wiedziała jeszcze, że pomoc przybędzie nie prędzej niż za kilka godzin, a do tego czasu zmuszona będzie patrzeć, jak ognień zbliża się w jej stronę, modląc się do wszystkich bogów, jakich potrafiła wymienić, by zachowano jej życie.

Filíp przyglądała się ognisku. Za każdym razem, gdy przyrządzała sobie jakąś strawę, zmuszona była patrzeć na ten przeklęty żar. Przywoływał on multum wspomnień, które przy całym szacunku do swojej osoby wolałaby wyplenić z pamięci. Ogień, który strawił jej dom, jej miejscowość – w zasadzie wszystko, co dotąd znała. Ale nie jej syna.

Filíp wiedziała, że Kai zdążył się ewakuować. Przerzedziła bowiem każdą cegłę w miejscu, gdzie kiedyś stał jej dom. Brak ciała chłopca nie byłby jednak zbyt przekonywający – ogień, ten szkarłatny żywioł, mógł przecież spalić go doszczętnie, tak że nie poznałaby go rodzona matka. Ale bardziej intrygujący był brak statku, który Kai rekonstruował przez ostatni rok. Wiedziała, że gdy tylko nadarzy się okazja, jej syn umknie do ojca – z nią czy bez niej, nie miało to znaczenia. I tego właśnie się obawiała.

O świcie Filíp udała się do Kamieniowa, jednej z nielicznych ocalałych miejscowości w pobliżu. Weszła do baru i podeszła do lady.

— Nowe wieści jakieś są? — zapytała swoim męskim głosem. Barman, który polerował kieliszki, wolał chyba jednak nie raportować jej niczego.

— To, co zwykle? — zapytał.

Ubrany był w białą koszulę z kołnierzem, między który wpleciona była mucha. Całość zakrywała czarna kamizelka.

— Tak. Ale tym razem trzy.

— Dobra — odparł Barman, po czym zawołał — Kashia! Dwa browary na już!

Filíp podniosła brwi. Siwy mężczyzna, jakim był barman, owszem, czasem zachowywał się złośliwie, ale żeby aż tak?

— Chciałam trzy — powiedziała zobojętniała.

— Dostaniesz dwa — odparł ekspedient. — Za dużo pijesz.

— Mhm — zgodziła się Filíp. — Może nie miałabym powodu, gdybyś wreszcie załatwił mi ten pieprzony transport i mogłabym polecieć szukać Kaia.

Barman zrobił wydech powietrza i odłożył kieliszek, po czym sięgnął po paczkę papierosów i wyjął dwa, jeden dla siebie i jeden dla rozmówczyni.

— Wystaw się bardziej — powiedział, podkładając zapalniczkę pod usta klientki. — Nie chce zapłonąć.

Kiedy papieros wreszcie się zapalił, a pierwsze partie popiołu wylądowały w popielniczce, barman kontynuował.

— Filíp, przecież wiesz dobrze, że twój syn nie żyje — odrzekł.

Kobieta nie spieszyła się z odpowiedzią, tylko wzięła kolejny buch.

— Psiakrew, ile możemy o jednym i tym samym pierdzielić? — podniosła się z krzesła wyraźnie poirytowana. — Dobrze wiem, że żyje — sapnęła spokojnie, siadając ponownie. — Żyje i jest gdzieś tam u góry u swojego ojca.

Barman sięgnął po kieliszek i ścierkę.

— W takim razie… nawet jeśli, to grunt, że nie stanie mu się krzywda — powiedział, ponownie sięgając po papierosa.

— Gadaliśmy o tym pierdyliard razy, Ferr! — Filíp krzyknęła, jednocześnie strzepując pył. — Lepiej dla niego, by nie żył, niżby żył otoczony Jedi — nastąpiła cisza. — Nie po to przez czternaście lat ukrywałam go przed Republiką i tym pieprzonym zakonem, by teraz… no wiesz.

Ferr, 45-letni mężczyzna o siwawych włosach, rzeczywiście wiedział — nie była to pierwsza rozmowa, jaką stoczył z Filíp.

— Wiem. A przynajmniej tak mi się wydaje — Ferr również strzepnął popiół z papierosa. — Jedi…

— Jedi jest jak nasrane w tym personelu wojennym, czy jak to tam teraz zwą. Barr go nie ochroni, prędzej sam im go wyda, niż…

— Ale Barr nie zawsze taki był, nie? — Ferr Deck przerwał wypowiedź interlokutorki, jak gdyby chciał zmienić temat. — Przecież byliście udanym małżeństwem.

— Byliśmy, ale on wybrał Republikę. A nie musiał. Na Alphanor jego kariera wojskowa mogła się zakończyć. Ale nie, przyszły wojny klonów i musiał postawić na szali losy swojego syna — Filíp wzięła bucha. — Zresztą… żeby tylko samo jego zniknięcie spędzało mi sen z powiek… ale jest coś jeszcze.

Ferr Deck spojrzał na kobietę spode łba, nadal polerując wnętrze kieliszka.

— Kochana, to się przeradza w jakąś obsesję — stwierdził stanowczo. — Ty wszędzie widzisz tych Jedi. Zobacz! — barman wystawił mały palec i położył go blisko oczu zbieraczki złomu. — Ten paznokieć dam sobie uciąć, że nigdy na tej planecie żadnego Jedi nie było! A już na pewno nie w dniu zaginięcia Kaia.

Filíp wzięła kolejny buch, po czym schyliła się i spod sąsiedniego krzesła barowego wyjęła tkaną torbę.

— Nosił to — powiedziała. — Sama zaczęłam ci wierzyć, że zwariowałam, więc szukałam jeszcze intensywniej. Co to ma być, cholera, jak nie tunika Jedi?

Ferr Deck przestał poruszać dłonią wewnątrz kieliszka i z uwagą przyjrzał się podartej szacie. Niewątpliwie należała ona do Jedi.

Border.png

Tymczasem w ciemnej komnacie imperialnego krążownika sylwetka dość wysoko postawionego członka personelu uważnie wpatrywała się w odbiornik mieniący się niebieską poświatą, mimo że nie ukazywał on żadnej sylwetki. Interlokutor przebywał obecnie w swoim pojeździe i najwyraźniej nie chciał ukazywać swojego oblicza w tak niedogodnej pozycji, jaką było pilotowanie myśliwca Jedi.

— Z wielkim trudem zaznajomiłem się z pańskim raportem, admirale Barr Teck — odezwał się Wielki Inkwizytor, a Barr Teck relatywnie głośno przełknął ślinę. — Wyrażam głębokie ubolewanie faktem, iż za tak wielkim niepowodzeniem stoi osoba podległa mnie.

Wyznanie to uradowało Barr Tecka; w głębi ducha, jakimś dziwnym i niezrozumiałym dla siebie trafem, szykował się na zgoła inny obrót spraw, jak gdyby doświadczał swoistego deja vu.

— Niemniej — kontynuował interlokutor — jako wyraz chęci nieprzekreślenia dalszych losów Marr Chinna z pańskiej strony odczytuję kontakt ze mną, a nie z lordem Vaderem.

Admirał nie tego się spodziewał. Podczas gdy w rzeczywistości chciał jak najgorzej dla swojego współpracownika, jego zachowanie zinterpretowano w zupełnie odmienny sposób.

— Co dokładniej ma pan na myśli, inkwizytorze? — spytał.

— Może gdyby tak dać Chinnowi szansę na rehabilitację… ale taką, która naprawdę dowiedzie jego zdatności do dalszej służbie Imperium?

Teck potrzebował chwilę na przemyślenie sugestii Pau'anina.

— Jest taki mistrz Jedi Ya Nush… — napomknął użytkownik ciemnej strony.

— Ya Nush… To ten wąsaty rycerz-kosa z żółtym mieczem i obsydianową zbroją, który…

— Proszę nie marnować mojego czasu na stwierdzanie tak oczywistych faktów, admirale — wtrącenie admirała wyraźnie zdenerwowało Wielkiego Inkwizytora. — W każdym razie jego aktywność wykryto w Sektorze Guoadarr'k.

— Czyli dokładnie tu, gdzie jesteśmy — oficer zbliżył palce do podbródka.

— W rzeczy samej.

Nastał moment ciszy.

— Cóż… wierzę, że jest o wiele lepszych inkwizytorów, którzy mogliby się tym zająć… chociażby Calista Tasnerk…

— Ona miała już swoją szansę — odparł Pau'anin. — Calista Tasnerk nie żyje. Poległa przed dwoma dniami na Kaldarnodar, zabita przez mistrza Jedi Ya Nusha na Kaldarnodar — kontynuował.

— Hmmm… — Barr zastanawiał się dalej, usiłując ukryć emocje targające nim na wieść o śmierci kolejnego inkwizytora. — Naprawdę nie jestem pewien, czy dawanie szansy komuś oskarżonemu o dezercję jest dobrym pomysłem…

— W pobliżu nie ma nikogo innego. I proszę mi wierzyć, admirale Teck, że samo… wyjście z walki z Nushem zmyje z Chinna tę hańbę — Pau'anin sprawiał wrażenie, jakby się uśmiechał. — Nie chodzi o pokonanie go, a o spowolnienie, zanim ktoś inny nie zdoła przylecieć na Kaldarnodar.

— Oczywiście — mężczyzna wyprostował się rozentuzjazmowany. — Przekażę Marr Chinnowi wieści o Ya Nushu. Jednak z drugiej strony… — zawiesił się — istnieje szansa, że Braw Neck przeżył zdobycie Unconquerable, co oznaczałoby…

— Braw Neck to zdobywca drugiego i trzeciego miejsca w zawodach szermierczych świątyni Jedi na Coruscant równo przed jedenastoma i dziesięcioma laty — tym razem to Wielki Inkwizytor wszedł w słowo mężczyzny. — Poradził sobie z Mi Howem, poradziłby sobie z Calistą, gdyby ta nie dała spalić sobie twarzy, a potem żywcem się rozczłonkować. I poradził sobie też z Chinnem, choć niewątpliwym atutem, jaki Chin posiadał w walce z Neckiem, była ich niewiarygodnie bliska relacja. Ją również zdawał się zmarnować… dlatego lepiej, aby trzymał od Jedi z daleka, chyba że nagłe okoliczności wymagałyby inaczej.

— Zatem proponuje pan, aby zaprzestać poszukiwań? — oficer dowiadywał się dalej.

Inkwizytor odchrząknął.

— Jeżeli przeżył, zapewne znowu osiedli się gdzieś na stałe. Wtedy nasz wywiad powinien bez problemu ustalić jego lokalizację i odpowiednio się nim zająć. Jednak równie dobrze mógł zginąć i w efekcie jego dalsze poszukiwania byłyby z góry skazane na niepowodzenie — odparł, jednak nie otrzymując informacji zwrotnej, kontynuował — czysta logika, admirale. Nie mamy informacji o Braw Necku, niemniej posiadamy kilka o Ya Nushu. Nasze działania muszą być oparte na faktach, a nie domysłach.

Rozmowa zakończyła się. Teck z trudem przyjął śmierć kolejnego inkwizytora, jednak największy ból z pewnością sprawi ona Sharkowi, pomyślał. Przecież w czasie wojen klonów stoczyli razem niejedną bitwę; ona, padawanka Agena Kolara, i on, jeden z żołnierzy klonów z jego oddziału, rozdzieleni dopiero parę dni przed końcem wojny. Admirał jednak w duchu cieszył się, że nie musiał widzieć jej spalonej żywcem twarzy i ostatecznie poćwiartowanego ciała. Ya Nush, 59—letni wojownik, był radykałem jeszcze w czasach zakonu i to właśnie z tego względu jego kandydatura do Najwyższej Rady Jedi nigdy nie była traktowana poważnie. Jak widać, rozkaz 66 musiał odcisnąć na nim jeszcze większe piętno, skoro nie zawahał się poćwiartować kobiety. Optymistyczne jednak było to, że i Chinn miał już niebawem podzielić jej los i tym samym na zawsze zniknąć z pokładu Bezwzględnego. Bynajmniej z powodu kolejnej dezercji.

Border.png

Minął kolejny dzień. Mieszkańcom wsi na Kashmarr'k udało się odbudować już dwie chaty, ulokowane najbliżej kamiennej budowli po środku placu, gdzie kiedyś znajdowała się ich osada. Napotkani przez Jedi najemcy okazali się bardzo pomocni, jako że przetransportowali potrzebne materiały na pokładzie swojego okrętu, a ich droid L4, wykorzystując siłę swoich metalowych ramion, samodzielnie układał deski, tak by postawić nowe domostwa z jak najdokładniejszą precyzją.

Wieczorem zabawa trwała bez końca, manifestując się ludową muzyką oraz skocznymi tańcami. Mieszkańcy Kashmarr'k byli bardzo związani ze sobą, toteż przybycie Gienny nie mogło nie wiązać się z przyjęciem powitalnym. Także i sama zainteresowana cieszyła się ze swojego powrotu i sprawiała wrażenie, jakby zupełnie zapomniała o żylakach okalających jej łydki, gdyż skakała z nogi na nogę, wymieniając partnerów jeszcze częściej niż Diego swoje kobiety.

Vuodeck był lekko podchmielony, tak że zamiast tańczyć, siedział skulony pod drzewem, obracając w ręku pewien metalowy przedmiot, nieco przypominający jakieś łącze. Zastała go tak jego żona Halinca.

— Co tak miętolisz między tymi palcami? — powiedziała. — Potańczyłbyś, to byś może schudł!

Vuodeck popatrzył w górę.

— W ogóle wdzięczności mi nie okazujesz, krowo ty, żem cię sam, tymi ryncami, spod jarzma Imperium wyniósł! — krzyknął.

— I pewno im kolejne pół lasu dałeś! Tfu, tu już lasu nie ma, pijaku ty!

W czasie gdy małżeństwo zajęte było kłótnią, Palmer i Jolene rozmawiali o czymś na boku i co jakiś czas donośnie się śmiali. Neck był nimi pozytywnie zaskoczony – nie tylko pomogli rekonstruować budynki, ale jeszcze bezinteresownie wspomogli mieszkańców w polowaniu, jakkolwiek nieudanym. Martwił go jedynie ich stosunek do upadłego zakonu Jedi.

Gienna otarła ręką czoło. Tyle potu nie czuła nawet, gdy uciekała przed wybuchem na Zuomiarrze. Aby odpocząć, podeszła więc do Braw siedzącego na kłodzie z boku, a po drodze ręką zdjęła kawałek mięsa z ogniska.

— Coś mizernie wyglądasz, kawalerze — uśmiechnęła się. — Weźta to i nie dąsajta się tak. To mięso z ptoka… jak on się zwał? A! Catchka, mamy ich tu bardzo dużo. Znaczy mieliśmy, bo ostatnio… same spadają z nieba!

Braw Neck również się zaśmiał, jednak mniej naturalnie niż jego interlokutorka. W przeciwieństwie do niej doskonale zdawał sobie sprawę z położenia, w jakim znaleźli się mieszkańcy wsi. Zwierzyna na planecie się kończyła i wkrótce mogło być tak, że po prostu nie starczy jedzenia. Być może warto byłoby więc rozejrzeć się za nową osadą dla tych góra czterech tuzinów ocalałych, najlepiej na innej planecie.

— Nie, dziękuję — powiedział. — Zachowaj to dla siebie, ja jadłem wczoraj u naszych nowych przyjaciół.

— E — Gienna machnęła ręką. — No nic, więcej dla mnie — dodała, po czym wgryzła się w mięso.

— Swoją drogą — Jedi kontynuował — macie tu jakiegoś sołtysa, z którym mógłbym porozmawiać?

Gienna odsunęła usta od catchki.

— Nie ufata mi już? — zdziwiła się. — Teraz chceta z jakimiś biedasołtysami gaworzyć? Przecież Vuodeck to pijak i złodziej! — oburzyła się, dodatkowo wszędzie na około ciosając ślinę i nieprzełknięte resztki jedzenia.

— Przepraszam. Nie chciałem, żebyś tak to zrozumiała — Neck wycofał się, odpowiednio gestykulując. — Porozmawiamy rano.

Gienna ponownie wgryzła się w mięso, podczas gdy Braw Neck splótł ręce, opierając łokcie na kolanach, i wpatrywał się w ogień. Tak samo patrzył na niego pewnej pamiętnej nocy na Zuomiarrze. Planeta ta wiązała się z wieloma wspomnieniami, ale nie tyle bolesnymi, co osoby z nimi związane. Mianowicie Kai Teck i Julie Taa. Jedi chciał myśleć, że chłopiec naprawdę nie żył, jednak wiedział, że ten sposób rozumowania w szerszym rozrachunku zwiedzie go na niewłaściwy tor. Przecież liczy się prawda, a nie komfort psychiczny. Teraz jednak dawny generał Republiki był w kropce i nie za bardzo mógł pozbierać myśli.

Jeżeli zaś chodzi o Julie Tę, miłość do niej wbrew pozorom nie przeminęła. Z każdą kolejną godziną Jedi żałował pozostawienia jej samej z dala od domu. Oczywiście nie zrobiłby tego, gdyby ona sama nie wyraziła na to zgody, jednak mimo wszystko w tamtej chwili zdawał się zapominać, że nie zawsze dobre jest to, co wydaje nam się dobre. Pewnym jest, że Julie Taa sama nie wróci na Kashmarr'k, gdyż żaden transport międzyplanetarny nie odwiedzał tak licho zaludnionych planet. Oczywiście mogłaby wynająć sobie przemytnika albo skorzystać z jakiegoś innego środka, ale to kosztuje, a suma ukradziona przez Diego raczej nie pokryłaby kosztów.

Zresztą Julie Taa przejawiała objawy syndromu sztokholmskiego. Nie ma co się łudzić — romans między nią a Diego był faktem, a nie przypuszczeniem. Jednak pytaniem otwartym pozostawało, czy gospodyni naprawdę chciała tak płomiennej i namiętnej relacji z 23-latkiem. Wtedy na Zuomiarrze Neck miał jednak błędny obraz samego separatysty — przecież tamten miły i uprzejmy chłopak nie mógł więzić przywódczyni Koła Gospodyń Wiejskich u siebie na statku. Teraz jednak ta zasłona upadła i Jedi był pewien, że Diego bezdusznie wykorzystywał gosposię, a on nie miał — co tu dużo mówić — jaj, by tego zauważyć.

Dla zachowania przejrzystości informujemy, iż w tym miejscu następuje retrospekcja zdarzeń nieuwiecznionych w poprzednich rozdziałach

Żar nie dawał spokoju ekipie Braw Necka. Wózek widłowy wykonany był z łatwo nagrzewającego się metalu, tak że nie trudno było o oparzenie. Powoli trzeba było gdzieś rozbić obóz, by się przenocować.

— Neck — zawołał Diego, idący po drugiej stronie pojazdu — spójrz w górę.

Niszczyciel Imperium nie był tym, co Jedi chciał w tamtym momencie zobaczyć. Zresztą w zasadzie nigdy nie chciał takich widzieć. Gienna i Julie Taa, siedzące w szoferce, usiłowały się wychylić, by także rzucić okiem na niebo, jednak po tym, jak ta grubsza wypadła z powodu swojej tężyzny — tak działa grawitacja — starsza z nich zrezygnowała z tego pomysłu.

— Przepraszam — zmieszała się Julie, po czym usiłowała wstać. Braw zatrzymał się i pomógł jej się podnieść, a następnie starannie otrzepał ją z kurzu.

— To nic — powiedział Jedi. — Każdy ma czasem gorsze dni.

— Moje dni zawsze są złe — lamentowała gosposia, pociągając nosem. — Zniknęłam z wioski, a nikt nawet nie zauważył, że mnie nie ma. Nawet moja najlepsza przyjaciółka Gienna.

— Wcale nie… — przekonywał ją Neck.

— Ależ tak! — Julie rozpłakała się na dobre. — Niech pan spojrzy na Diego i Giennę, nawet nie poczekali. Jak my ich dogonimy?

— Nie poczekali, bo są pod wpływem alkoholu — uśmiechnął się Jedi i otarł łzy tęgiej niewieście, po czym położył ręce na jej ramionach. W jej oczach było coś niesamowitego. Neck czuł się, jakby grubaska darzyła go taką samą sympatią, jak on ją. Puścił ją jednak. Nie, to było zakazane dla Jedi.

Z drugiej strony Braw Neck chciałby, by o nim też tak ktoś zapomniał. Fakt, że przeżył rozkaz 66, był cudem. Zaraz po tym, jak Marr Chinn został wykluczony z zakonu — raczej nie do końca legalnie, jak zresztą sam sądził — Braw brał udział w bitwie o Kaldarnodar u boku mistrza Ya Nusha, walczącego na powierzchni planety, nomen omen bliskiego przyjaciela jego własnego mistrza. Razem z grupą klonów Neck dokonał abordażu na okręt separatystów. Chcąc ochronić swoich postronnych, rzucił się do przodu, pozostawiając oddział za sobą oraz ryzykując swoim życiem. Wkrótce jednak statek najwyraźniej został rozpołowiony — Braw nie potrafił tego wyjaśnić — a co się stało z klonami, nie wiedział. Domyślał się jednak, że zapewne uznały go za martwego, skoro zaprzestały dalszych poszukiwań. On natomiast z trudem przedostał się do strefy ewakuacyjnej, skąd wydostał się na pokładzie kapsuły. Na Kashmarr'k zaleciał prawie nieprzytomny i gdyby nie rychła pomoc Gienny, zapewne byłoby już po nim. Na szczęście do pełni sił wrócił już po apelu Obi-Wana Kenobiego, by nie wracać do świątyni — w przeciwnym razie również byłoby już po nim.

Border.png

Barr Teck jak z procy wszedł na mostek.

— Woo Kash! Proszę iść wypuścić Marr Chinna.

Woo Kash na samą myśl o zetknięciu się z inkwizytorem aż podskoczył. Sprawy nie polepszał także pot spod jego pach. Był on nie tyle dostrzegalny, co wyczuwalny przez pozostałych członków personelu. Teck nie był zadowolony z jego obecności — myślał, że przydział kogoś, kto uprzednio należał do wielkiego komandora Ralfa Vandersa, będzie atutem. Jednak wygląda na to, że Vanders pozbył się niekompetentnych podwładnych, takich jak potliwy Kash. Zamiast robić cokolwiek, oficer ten preferował obgryzanie paznokci, niekiedy nawet przy jednoczesnym noszeniu rękawiczek.

— A! I jednocześnie przyślijcie mi tu oddział szturmowców. A w ogóle to odbezpieczcie kapsuły ratunkowe — dla Barr Tecka byłaby to ostatnia deska ratunku, gdyby Marr Chinn postanowił się na nim wyżyć. A to w zasadzie bardziej niż prawdopodobne. Zresztą było coś jeszcze: jeżeli to, co jego żona twierdziła o ich synu, było prawdą, to obecność inkwizytora blisko Kaia stawiała chłopca w wielkim niebezpieczeństwie. W końcu inkwizycja trudziła się zabijaniem takich, jak on.

— Sir! — odezwał się podporucznik Adrii Ann, chudy jak szkapa, a do tego pryszczaty. — Odbieramy sygnał od niejakiego Vuo… Vuoa… Nie, nie wymówię tego.

— Do rzeczy — Barr Teck kazał mu mówić.

— Ten chłop z Kashmarr'ku, z którym dobił pan targu, twierdzi, że Jedi wrócił na miejsce.

Tak, był taki chłop. Barr pamiętał go dokładnie… To z nim dobił targu przed paroma dniami, gdy porucznik Shark przetransportował mieszkańców na jego statek Bezwzględny. Targ ten spowolnił też jego przylot nad powierzchnię Zuomiarry, gdzie wyczekiwał go komandor Ralf Vanders. Zresztą sam deal z Vuodeckiem był pomysłem dość spontanicznym — admirał w ostatniej chwili wstrzymał skok w nadprzestrzeń, a sama rozmowa i przekonywanie pijanego sołtysa spowodowało, że do punktu zbornego zaleciał spóźniony jakieś sześć godzin, równocześnie z otwarciem ognia w stronę Moridoru i miasta stołecznego.

Border.png

Jak Braw Neck siedział tak sobie dalej, przysiadła się do niego pewna tęga kobieta, rozprzestrzeniając aromat potu. Braw nie zauważyłby jej, gdyby nie specyficzna woń unosząca się w powietrzu. Obrócił głowę w swoje prawo, gdzie jeszcze niedawno siedziała Gienna, konsumując mięso.

— Mmmmusi być wam zimno — powiedziała, jąkając się, i objęła Necka rękoma, chwytając za prawe udo i przesuwając dłoń w górę. — Mmmuszę pana ogrzać.

Braw Neck śmiał się pod nosem. Tężyzna Halinci, w przeciwieństwie to tężyzny Julie Ty, nie fascynowała go jakoś specjalnie, a jej nieudane gody wywoływały w nim odrazę. Całe to zajście zauważył jednak Vuodeck, tańczący z Khamillą.

— I znowuż! A potem jest, że babe bije, ale jak mam nie bić, jak mi się puszcza z każdym na około! — krzyknął Vuodeck, momentalnie puszczając kobietę, z którą dotychczas tańczył.

— No bo bijesz, pijaku ty! — krzyknęła Gienna, która w międzyczasie poszła oddać mocz za krzaki. — Bijesz i pijesz!

— No a jak tu nie bić i nie chlać, jak to chwila nieuwagi, a ona mi się puszcza z tym dżedajem z ziemianki nad lasem!

Braw Neck, którego sytuacja do tej pory nieco bawiła, podniósł głowę. Kątem oka zobaczył zdziwienie na twarzach Palmera i Jolene, którzy skończyli rozmowę i teraz wpatrywali się w twarz „Ladira Voe”. Ten również na nich spojrzał i szybko upewnił się, że — o ile para najemników naprawdę zdecyduje się postawić na szali łączącą ich, jak mogłoby się wydawać, przyjaźń — nadal ma blaster w kieszeni. Ale go tam nie było.

Advertisement