Autor: Zyksyf
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Złoty puchar za min. 50 tys. bajtów
ZŁOTY PUCHAR (50 000+ bajtów)

Stacked Story II.png
Rozdziały 123456789
Każdy rozdział tworzy kolejny użytkownik! Więcej →
zobacz czołówkę

Plan Luca zgodnie z jego założeniami wszedł w życie. Nie był szczególnie skomplikowany, jednak jak na przypadkowego mechanika, jednak na pewno wymagał nieco większego przemyślenia niż mogłoby się wydawać. Podczas gdy mistrz Jedi udał się boczną drogą w kierunku statku najemników, Luc poszedł w przeciwną stronę, w miejsce gdzie się udał podczas swojej nieobecności. Byłoby to kłamstwem gdyby ktoś stwierdził, że poszedł wtedy srać, poszedł wtedy oddać mocz. Wcześniej podczas swojej przechadzki zauważył w tamtym miejscu niewielkie skupisko złomu, najpewniej ze starych, zapomnianych czy też rozbitych statków. Jego talent mechanika umożliwił mu wykorzystanie tych pozornie bezużytecznych i nikomu już nie potrzebnych odpadów, by przerobić je na coś znacznie, znacznie lepszego.

- Hę. Już mam plan jak to wykorzystać... nie spodziewają się mojej małej niezapowiedzianej niespodzianki, heh! - Powiedział do siebie Luc, nie mogąc się doczekać aż wykorzysta swoje najnowsze dzieło w praktyce.

Jednak zanim cokolwiek zrobi, w tym samym czasie Braw Neck musiał wymyślić jak odwrócić uwagę Palmera, Jolene oraz Vuodecka, którzy we trójkę kręcili się wokół obu statków. Dwójka najemników preferowała trzymać się przy Potworze, zaś Vuodeck czuwał przy wejściu do Tarkusa. Neck rozejrzał się, nigdzie wokół nie było widać Gienny, ani zwłok Halinci. Zwłokami pewnie już zajęli się mieszkańcy Międzydrzewia. Dzięki swojemu chwilowemu i niezbyt częstemu przebłyskowi geniuszu Jedi wywnioskował, że Giennę muszą trzymać na jednym ze statków. Kolejny przebłysk geniuszu zasugerował mu, że najemnicy pewnie ją zabrali na pokład własnego statku. Wejście do niego w tej sytuacji poskutkowałoby pewnie strzałem w plecy i lub twarz, jednak przebłyski geniuszu u Necka się skończyły. Postanowił wbić do środka tak czy owak, wedle planu. Jedyną przeszkodą był Vuodeck... ale to nic z czym moc by sobie nie poradziła. Wykorzystując ją, Neck był w stanie powoli podnosić Vuodecka mocą w powietrzu tak, by sołtys nawet tego nie zauważył.

- Dorwę go! Dorwę mordercę mojej Halinci! Co z tego, żem ją lał, łobuz kocha najmocniej! Jam za młodziaka miał najwięcej krzepy z ich wszyskich! A i łeb miałżem jeszcze twardszy! - To z głową było szczególnie trafne. Drwal nie był najbystrzejszą osobą w galaktyce, oj nie. Nawet nie zauważył kiedy znalazł się na dachu pobliskiego budynku. Nawet gdy zaczął się obracać rozglądając, nie zauważył różnicy w swoim położeniu, a tym bardziej tego, że Neck już zdążył dostać się do środka statku.

Będąc w środku, Neck poszedł odnaleźć kokpit, by wystartować i zwrócić tym samym na siebie uwagę Palmera i Jolene, by dać Lucowi czas na zabranie Potwora. - Powinienem też zobaczyć co z Gienną... pewnie jest na nas, zwłaszcza na mnie, zła za zostawienie ją na niepewną śmierć. Co ona teraz musi czuć... - Przemierzając pokład statku nie musiał długo czekać na odpowiedź. Napotkał sekcję z przetrzymywanymi "zdobyczami". W osobnych celach leżeli nieprzypomni Alzado oraz właśnie Gienna. Staruszka miała opatrzone rany. - Tyle dobrego. Muszę tylko ją uwol-

Nim jednak zdążył wykonać jakikolwiek ruch, przy celach napotkał patrolującego state droida L4-K3'a. Humanoidalny pomocnik Jolene i Palmera wyglądający jak połączenie droidów typu HK i K-2SO w swojej posturze potężnego droida natychmiast po zauważeniu nieproszonego gościa natychmiast swoim wbudowanym komunikatorem zawiadomił o położeniu intruza.

- Hej, znalazłem Jedi. Rozpoczynam przechwytywanie delikwen- - Zaczął swoim robotycznym, chłodnym głosem przekaz. Spanikowany Neck popchnął go mocą i instynktownie wybiegł ze statku pozostawiając leżącego droida na ziemi, który skomentował ucieczkę Brawa jak zawsze niezmiennym tonem głosu. - Czemu zawsze mi to robią?

- Niech to! Już przejrzeli mój plan! Muszę ich odciągnąć jakoś inaczej... - Pomyślał Neck. Co prawda mógł iść do kokpitu i odlecieć statkiem, jednak była zbyt duża szansa na to, że najemnicy by do niego weszli przed odlotem i go dopadli. Zaraz po wybiegnięciu ze statku cała trójka oponentów go dojrzała. Vuodeck od razu po zauważniu go ruszył w jego stronę.

- Jest tu! Mam go mam- - Jednak gdy tylko zaczął bieg, zorientował się, że został przeniesiony na dach pobliskiego mieszkania. Gdy tylko postawił krok poza dachem, upadł bardzo boleśnie na ziemię. - A... ała... podstępny Jedaj, użył swoich sztuczek!

- Za nim, Jolene! Idę po śmigacz! - Krzyknął do swojej kompanki Palmer. Wiedział, że będą potrzebowali szybszego środka transportu by zatrzymać Jedi, który przecież może zasuwać dalekie i bardzo wysokie susy z użyciem mocy, co działa mocno na ich niekorzyść, ale jako zaprawieni w łowach najemnicy doskonale wiedzieli jak zamienić swoje słabości w największe atuty, a byli bardzo kreatywnymi łowcami. Kobieta pobiegła za uciekającym Jedi przeskakując przez ogrodzenie które akurat stało jej na drodze do celu. W tym czasie mistrz Neck postanowił wykorzystać dawną technikę ucieczki której poprzednio używał na tej planecie. Skoki mocą po dachach. Jednak czekała go niemiła niespodzianka.

- Jedi są... tacy przewidywalni. - Mruknęła pod nosem Jolene, wyciągając z kieszeni nóż do rzucania. Przewidując dokładnie na który dach skoczy Neck, rzuciła mu owe ostrze wprost pod stopę, przez co jej ofiara na niego nadepnęła, nabijając sobie na nim stopę.

- Ach! Do ch- - Jednak nie miał zbyt wiele czasu na narzekanie. Musiał szybko reagować, to wytrącenie z równowagi mogłoby doprowadzić do tego, by spadł z dachu, co było dla niego skutkiem wielce niepożądanym. Wziął się zatem w garść i chwytając się w ostatniej chwili krawędzi dachu pomógł sobie nogą wejść na pochyły dach, zarzucając ją na niego, wturlując się na powierzchnię dachu. Lekko sycząc z bólu wyciągnął ostrze ze stopy, a następne zręcznym ruchem miecza świetlnego odcinając sobie kawałek rękawa, by zawiązać bolącą część nogi. Najemniczka nie przyglądała się bezczynnie, Jolene już szykowała się do strzału ze swojego karabinu przycelowując, a następnie oddając krótką serię w kierunku Jedi. Ranny mistrz odbił niemalże całą serię poza tym jednym jedynym wybrańcem, który trafił go w prawe przedramię. Z racji tego, że trzymał w prawym ręku miecz, z powodu odniesionych obrażeń upuścił swoje świetlne ostrze, które następnie spadło z dachu.

- No już, nie utrudniaj mi roboty, Jedi! Oddaj się w nasze ręce, a może dostarczymy Cię żywego, zależy w sumie od ceny. - Braw Neck ani myślał słuchać się przeciwniczki. Spróbował użyć mocy by podać sobie upadły miecz, jednak niemal się to skończyło dziurą w dłoni z broni Jolene, więc szybko odrzucił ten pomysł i wszedł na drugą stronę dachu dla dodatkowej osłony i większej ilości opcji na drogę ucieczki. Jolene widząc to pobiegła sprintem po jego miecz, a następnie wyskoczyła po drugiej stronie budynku tak, by widzieć stronę dachu na którą uciekł Neck. Nikogo tam jednak nie zastała. - Gdzie ten dupek polazł... - Powiedziała zirytowana Jolyne. Długo nie musiała czekać na odpowiedź, Neck był na sąsiednim dachu. Przeskoczył na niego akurat wtedy kiedy najemniczka była pod dachem zabierając jego miecz, kiedy miała zasłoniętą akurat tam wizję. - Tu jesteś! Uśmiech do karabinu! - Krzyknęła posyłając kolejny grad pocisków w jego stronę.

Natychmiastowa reakcja Brawa doprowadziła do odskoczenia od dachu, który został mocno uszkodzony od pocisków z broni Jolene. Mężczyzna wylądował na ulicy między dwoma budynkami. Nie poprawiło to jego sytuacji ani trochę. Teraz nie dość, że znalazł się na wprost Zygerrianki, to z drugiej strony ulicy przyjechał Palmer na śmigaczu który wyciągnął z Tarkusa, istna sytuacja między młotem a kowadłem. - Dawno się nie widzieliśmy, Jedi! Ha! - Powiedział Palmer widząc Necka na wprost jego śmigacza, gotów go staranować.

Nie było innej opcji, Neck musiał ponownie wskoczyć na dach. Stamtąd będzie mógł znacznie skuteczniej się bronić. Jego wcześniejsze próby pozycjonowania się na wyżynach nie robiły różnicy dla wrogów posługujących się bronią na zasięg większy od jego miecza świetlnego. Jednak teraz wpadł na pewien pomysł, jednak to było wątpliwe, że skuteczny. Jego skok wymierzył w budynek znacznie różniący się od reszty, z płaskim dachem. Czuć było od niego jakąś mistyczną energię... jednak nie to było teraz istotne. Jolene wskoczyła na śmigacz obok Palmera i widząc pozycjonowanie Jedi wpadła na pomysł.

- Hej, wykorzystajmy tamten niski pochyły budynek obok w charakterze rampy. Wyskoczymy wprost na niego.

- Dobry pomysł, to go zniechęci do tego ciągłego skakania, he, he! - Po czym ku zaskoczeniu Necka, dwójka ze śmigaczem odjechała, jakby... uciekając? Korzystając z chwilowej przerwy, mistrz rozglądał się za swoim orężem, nieświadomy jego zniknięcia w kieszeni Jolene.

Gdy dwójka najemników szykowała się do swojego skoku, na obrzerzu lasu pojawił się długo wyczekiwany Luc... z własnoręcznie zbudowanym moździerzem. - Czas na test mojego maleństwa, hę! - Powiedział zadowolony. Patrząc na trajektorię "rampy" po której mieli przejechać najemnicy, oraz na swoją obecną odległość od nich, zdołał obliczyć, trochę z pomocą swoich konstruktorskich gogli, odpowiednią odległość na którą ma polecieć pocisk z jego cudeńka. Włożył bombę do środka i wystrzelił! Nikt nie spodziewał się tego co nadejdzie już lada moment!

Najemnicy mieli niewiele czasu na reakcję. Już wyskoczyli na prowizorycznej rampie, gdy wtem podczas lotu Jolyne usłyszała niepokojący huk. Obróciła się by zobaczyć co to i dostrzegła... bombę wystrzeloną z moździeża lecącą wprost na nich! - Palmer, uważaj!

- Co do... O MÓJ B-

Nastąpiła potężna eksplozja która strąciła śmigacz w powietrzu i powodując powstanie wielkiej chmury pyłu! Po Palmerze i Jolene nie było ani śladu. Płonące odłamki śmigacza poleciały jednak na Brawa Necka, który zaskoczony eksplozją pozostał w bezruchu. Poprzez wrak pojazdu uderzający w dach budynku na którym stał, Neck wpadł do środka budynku przez powstałą w ten sposób dziurę.

- Luc: jeden. Najemnicy: zero! Hę! - Pochwalił sam siebie Luc, a następnie pobiegł w miejscu gdzie nastąpiła eksplozja, w nadziei, że zastanie tam gdzieć mistrza Necka.

- C... co się stało... - Powiedział oszołomiony Jedi, podnosząc się z podłogi. Wpadł do tego tajemniczego, mistycznego domu, co do tego nie było wątpliwości. Cała akcja działa się tak prędko, że trudno było o wystarczająco szybką reakcję z jego strony. Wokół niego było pełno unoszącego się w powietrzu kurzu, który pomimo tego relatywnie szybko opadł. Przed oczami ujrzał siedzącą w fotelu chudą, wręcz kościstą starszą kobietę z rasy Tholothian, która trzymała w ręku drewnianą laskę. Na głowie miała drewnianą tiarę z dziwną, zieloną perłą na środku, oraz była ubrana w czarną szatę z brązowymi dodatkami. Jej twarz pokrywały jakieś białe paski, najpewniej malowania jakiejś znachorki.

- Witaj, mistrzu Braw Neck. Czekałam na Ciebie... - Powiedziała spokojnym tonem kobieta, nie zakłócona tym całym chaosem który właśnie miał miejsce na dachu jej domu. Zdawała się odprawiać jakiś tajemniczy rytuał, w pełnym spokoju.

- Vrush Ka? Więc naprawdę istniejesz...


Border.png

Na pokładzie Śmiałka w mesie oficerskiej siedział Ralf Vanders wraz ze swoim oficerem sztabowym Ossc Arem. Vanders był w niecodziennie dobrym humorze, w końcu udało mu się wraz ze swoimi sprzymierzeńcemi z Imperium pochwycić kolejnych Konfederackich żołnierzy, nie wspominając już o tym, że poszło to o wiele łatwiej niż większość większych pojedynków tego typu. To było dewastujące zwycięstwo dla Imperialnych i jeszcze bardziej dewastująca przegrana dla Separatystów, dla których nie ma szans, by kiedykolwiek się zorganizowali na taką skalę jak wtedy ponownie.

- Ach, jądra bestii Dalgo. Wspaniały przysmak, zwłaszcza z przyprawami z Kashmarr'ku. Swojskie, przypomina mi o domu... - Skomentował swoje danie Vanders. Na jego rodzinnej planecie eksportowali przyprawy z Kashmarr'ka, podobnie jak i wiele innych rzeczy z innych planet.

- Smakuje panu potrawa? To specjał naszego szefa kuchni, uwielbia nam serwować doprawdy nostalgiczne smaki. - Zagadał do Vandersa nie kto inny jak kapitan okrętu, Harvey Drayen-Yarg wraz ze swoim komandorem-porucznikiem Laze. Mężczyzna zwołał tu zgromadzenie trójki ważnych graczy w zdobyciu Unconquerable, by świętować ich wspólne zwycięstwo. Nie mieli ostatnio dużo wolnego czasu, więc taka wspólna chwila wytchnienia była do tego idealna. Admirał Barr Teck był obecnie zajęty innymi sprawami i nie zjawił się na spotkanie, jednak miał dołączyć później.

- Tak, smakuje, w rzeczy samej. Tu jest zdecydowanie lepsza kuchnia niż na moim statku. - Skomentował kuchnię u Yarga. To był jeden z powodów dla którego tu przyszedł, a nie został na własnym okręcie.

- Można jedynie pozazdrościć panu takiego wykwintnego człowieka. Ha, cieszę się, że Woo Kash już z nami nie służy.. Pewnie zabrałby nam całe jedzenie i znowu był bezużyteczny przez kolejny tydzień. Nie wyobrażam sobie mieć takiego współ-oficera jak on. Na szczęście Marr Eck taki nie jest. Wzorowo wypełnia swoje obowiązki oficera sztabowego, z nim nasza wygrana była pewna. - Ossc Ar wyraził się negatywnie o byłym oficerze sztabowym Vandersa z oponą większą od tira, oraz pozytywnie o Marr Ecku, który nie dość, że nie zajmował aż tyle miejsca, był całkiem kompaktowy. No i wiele pań podlizywało się nowemu oficerowi sztabowemu by dostać się na większe stanowiska.

- Ha, ha. Ja się po prostu cieszę, że nie muszę się borykać z takimi dziwakami jak wy. A właśnie, po zdobyciu Unconquerable coś mało słyszałem o Woo Kashu. Wiesz może co z nim się stało? - Powiedział Laze. Spytał w sumie z ciekawości, nie obchodził go los grubego oficera.

- Teck krótko go trzyma. Chyba nie był mentalnie przygotowany na takiego gościa. Dał mu urlop na trzy miesiące. Biedny nie mógł tego znieść. - Zaśmiał się pod nosem Vanders. Nie życzył oczywiście ani Kashowi ani Teckowi źle, takie sytuacje po prostu w wojsku się zdarzają. Należy się trochę z tego pośmiać dla rozluźnienia atmosfery i od razu się człowiekowi lepiej robi.

- Szkoda gościa. No nic, poczekamy więc sobie na niego. Tymczasem lepiej zastanówmy się, co teraz zrobić z tymi Separatystami... - Zaczął temat Harvey i obaj przeszli do dyskusji, oczekując na pojawienie się Tecka.


Border.png

Diego przyleciał na planetę Gambl-55 wraz z Rico Petem. Była to planeta zbliżona wystrojem do Coruscant, jednakże w przeciwieństwie do obecnego Imperialnego megapolis znajdowały się tu dość liczne i bujne tereny zielone. Klimat planety był zróżnicowany, im bliżej równika planety tym chłodniej było, przez co w samym środku planety powstał wielki lodowy pas, niezamieszkały przez absolutnie nikogo. Sama planeta podróżowała trajektorią przewróconej ósemki między dwoma słońcami, przez co nie było szans na odwilż lodowatych terenów. Północ planety to był rejon silnie zindustrializowany, zaś południe miało o wiele więcej natury. Na biegunach planety zaś było najgoręcej i znajdowała się tam okazjonalna rzeka lawy i jeden czy dwa wulkany. Doprawdy dziwactwo nad dziwactwami, idealna planeta dla ryzykantów... i Hazardzistów. Rico Pet, będąc czymś na styl archeologa był zafascynowany tym widokiem, w końcu był on jeden na milion w całej galaktyce.

- Łał... to dopiero bardzo intrygujący widok... ale zaczekaj, czy nie powinniśmy lecieć w drugą stronę po tę twoją rzecz? Przecież... - Zaczął zaniepokojony Pet.

- Uspokój się, jesteśmy tu przelotnie. Sami przecież nie damy rady zdobyć sam-wiesz-czego. Potrzebujemy małego wsparcia. I znam kogoś stworzonego do tej roboty. - Chłopak poleciał w kierunku wschodniej części planety, do miasta zwanego New Moridor. Z poprzednim miastem miało to dość interesujące połączenie. Najpierw powstał ten na Zuomiarrze, co jest dość oczywiste. Jednak kiedyś byli nieco bardziej zaawansowani technologicznie, dopiero później wszystko im się zepsuło i planeta posypała się w gruzy, jednak nie pamiętają tego nawet najstarsi mieszkańcy. I owi kolonialiści ze Zuomiarry skolonizowali nową planetę i by miała swojski wydźwięk nazwali ją jak już istniejące miasto, dodając tylko, że jest "Nowe". Ludzie ze Zuomiarry jednak już od dawna zapomnieli o swojej kolonii na Gambl-R, głównie ze względu na brak zastosowania jej dla siebie.

I zatem wylądowali na miejscu parkingowym w pobliżu znajdującego się niedaleko kasyna. Miasto w którym się znaleźli było pełne neonów z napisami w różnych językach, co może sugerować, że organizacja nie należy do topowych priorytetów tej planety. Nawet ruch uliczny był ledwo ogarnialny, nie przywiązywano większej wagi do połączenia ulic. Miasto znajdowało się bardziej na północy, więc w oddali można było zauważyć wulkaniczne widoki zupełnie jak z planety Mustafar, gdzie panował największy bałagan. W tym samym czasie w środku kasyna pewien przyjemniaczek miał zaskakująco wielkiego farta. Jego przeciwnikiem był Woo Kash, który dopiero co rozpoczął swoje wakacje był... Woo Kash.

- U-u-u-h! Ja-ja-jak to?! A-ale to była cała moja pensja! - Krzyczał mocno spocony Woo Kash. Jednak tym razem nie ze strachu, a z czystej furii. Właśnie stracił wszystkie swoje kredyty które dostał za pracę w Imperium, oraz resztę dobytku. Stać go było wyłącznie na zakup biletu na taryfę na Coruscant. A ograł go nie kto inny jak...

- Ha, ha, ha! Naprawdę liczyłeś, że pokonasz mnie w moją ulubioną grę?! W Sabacca?! Nie rozśmieszaj mnie! I tak, kłamałem ze "szczęściem początkującego". Nie patrz się tak na mnie, zgodziłeś się na grę z własnej, nieprzymuszonej woli! Ha! - Zawołał zadowolony Kanto Katarn, który właśnie okantował kolejnego Imperialnego naiwniaka. To była dla niego łatwa zdobycz, aż trochę mu było żal jego przeciwnika ale cóż, według niego, naiwniacy są stworzeni do bycia oskubanymi z kasy.

- Cie-ciesz ś-śe, że je-jestem tu w cywilu! I-idę sobie! Wr-wrócę do flo-floty! Idę! I nje... nie wracam! - Powiedział zfrustrowany Woo Kash odchodząc z niemal pustymi rękoma. Akurat gdy spasły Imperialista zbliżał się do wyjścia z kasyna zauważył wchodzącego Diega i Rico Peta. - H-huh? - Pomyślał sobie Imperialny widząc Separatystę. - Czy ja go skądś nie kojarzę...? - Mijając chłopaków obrócił się by lepiej się przyjrzeć Diegowi, jednak po chwili wzruszył ramionami i wyszedł na zewnątrz.

- No! Kto następny chciałby się ze mną zmierzyć?! Wysokie stawki, wysokie nagrody i jeszcze większe przegrane! Aha, ha, ha, ha! - Kanto był w bardzo dobrym humorze. Siedział przy stole na kolejną potencjalną partyjkę z kolejnym typem wystarczająco głupim który liczył na wygraną z nim. Ku jego nieświadomości, potencjalny kandydat w końcu się zjawił.

- Hej, Kanto. Co powiesz na partyjkę? - Diego zagadał do młodzieńca niewiele starszego od siebie w brązowych spodniach i kurtce pilota koloru khaki podchodzącego bardziej pod zielony. Rozpoznał bez problemu swojego dawnego znajomego przez jego charakterystyczne ułożenie długich włosów w sterczące strzeliste coś na styl płomienia włosy, kozią bródkę i oliwkowe oczy.

- D-D-Diego?! - Odezwał się mocno zdziwiony Kanto. Nie spodziewał się dziś zastać takiego widoku. - Ty żyjesz?! Joł, joł! Przysiądź sobie, śmiało! I jak widzę jest z tobą Rico! - Po przywitaniu się, obu chłopaków przysiadło się do stołu. - Siadaj i opowiadaj co u ciebie słychać, chłopie!

- Panowie grają? - Spytał droid rozdający.

- Dziwisz się, że żyję? Skąd niby nasunęły Ci się takie wnioski? - Spytał Diego. Nie dzielił entuzjazmu Kanto, widać było na pierwszy rzut oka, że przybył tu wyłącznie w interesach. Pochylił się nad stołem, opierając się o niego łokciami.

- Widziałeś tego grubego typka który przed chwilą wyszedł? Trudno nie zauważyć, w końcu był szerokości dwóch drzwi. No to zacznę od tego, że go ograłem oraz, że typek był z Imperium. Podczas gry w nerwach zaczął trochę sypać, więc posłuchałem tego i tamtego... Unconquerable zostało naprawdę zdobyte, co? - Powiedział ze smutkiem w głosie Kanto. Jego rozmówca z miejsca był bardziej zainteresowany rozmową.

- Panowie grają? - Spytał droid rozdający.

- Dowiedziałeś się? Czy... czy wiesz cokolwiek o ocalałych? Cokolwiek?! - Mówił przejęty Diego. Obawiał się najgorszego, zwłaszcza śmierci swojej jedynej prawdziwej miłości.

- Ta... wszyscy poza tobą spośród Separatystów albo zostali pojmani albo nie żyją. Nie musisz się martwić o Rish. Żyje, na razie. Ale... o Leppelinie nie mogę powiedzieć tego samego. - Powiedział Kanto, wpatrując się w środek stołu. Wieści o śmierci ich lidera przybiły go równie bardzo co samego Diega.

- Leppelin nie żyje?! Zed Leppelin?! TEN Zed Leppelin?! Ale jak to? Myślałem, że byłby dla nich zbyt cenny by go od tak zabić.. - Dopytywał z niedowierzaniem Diego. Nastrój jednak został nagle przerwany.

- Panowie grają? - Spytał jeszcze raz droid rozdający.

- OCH! Zamknij się! Do jasnej... ach! - Kanto ze złości uderzył z pięści w stół. Droid jakby stracił chęci na dalsze zadawanie tego pytania. - Tak... strzelił sobie w łeb, a przynajmniej tak słyszałem. Pewnie nie mógł znieść porażki, znając go musiał być pewien zwycięstwa, jednak musiało się coś rypnąć i proszę bardzo, katastrofa gotowa. Gościu... zaczynam żałować, że tak rzadko pod nim służyłem... - Mówił z żalem w głosie Kanto.

- Zawsze znajdowałeś wymówkę by nie brać udziału w bitwie. To było oczywiste, że kłamałeś na faktyczny temat swojej nieobecności. Wszystko po to by przyjść tutaj i grać w karty. Jednak każdy musiał przyznać, że z Ciebie kanciarz niemal tak dobry jak strzelec... dlatego potrzebuję twojej pomocy. Chcę odbić Patrishię... i innych. -

- Chcesz ich odbić? No i to rozumiem! Jaki masz plan? Zamieniam się w słuch! - Diego więc pochylił się nad Kaito i powiedział mu na ucho nazwę reliktu którego szuka. Kaito wzdrygnął jak tylko usłyszał jego nazwę. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie, chyba największe jakie tylko miał w życiu. - Głupi jesteś?! Już lepiej będzie, jak pójdziemy do Imperialnych bez przygotowań i damy się rozstrzelać! W życiu na to nie pójdę! Nie, nie, nie! Nie ma mowy!

- M-mówiłem mu, że to wcale nie jest taki dobry pomysł... zwłaszcza przez jego prześladujący go ostatnio pech. Najpierw zgwałciła go jakaś gruba baba gdy upił się z jakąś staruszką. A potem jeszcze wieści od Cula od niej. Gdy tu docieraliśmy, odebrałem wiadomość, że jej zwłoki podobno gdzieś zniknęły. - Odezwał się od dłuższej chwili Rico Pet. Zanim tu przybyli to miał okazję wysłuchać jakiego Diego miał ostatnio pecha w życiu, więc by biec z motyką na słońce, to byłby słaby pomysł.

- Mów za siebie, Rico. Przebierasz się za jakiegoś starego maga czy coś i to mi sugerujesz bycie przegrywem. - Po czym Diego zwrócił się do Kanto - Dlatego chcę zagrać z tobą partyjkę Sabacca. Jak wygram, będziesz musiał mi pomóc. - Rzucił wyzwanie hazardziście. Wiedział, że jego honor hazardzisty nie pozwoli mu nie przyjąć wyzwania, co może być jednak mieczem obosiecznym. Podczas gry z nim musiał się trzymać na baczności.

- Ha, ha, ha! No dobra! Jak widać, nadal pamiętasz o moim honorze. Dobra, skoro muszę cię oskubać ze wszystkich oszczędności, byś darował sobie ten głupi plan, niechaj będzie! - Zaśmiał się z Diega, po czym zwrócił się do droida co go wcześniej irytował. - Panowie grają!

- Panowie grają! - Ucieszył się droid, po czym po spytaniu o imię młodszego Separatysty rozpoczął tasowanie talii siedemdziesięciu sześciu kart. Diego i Kanto usiedli naprzeciwko siebie, z czego Katarn siedział po lewej od droida, a Diego po prawej.

Diego miał przy sobie obecnie tysiąc kredytów, zapewne trochę zwinął pewnej grubej babie a trochę "pożyczył z baru. Kanto zaś dwieście tysięcy. Panowie otrzymali po trzy karty. Warunki zwycięstwa były proste. Któryś z panów musi mieć sumę wartości kart równą dwadzieścia trzy, lub tę samą liczbę, lecz na minusie. Istnieje również trzecia opcja wygranej zwaną układem idioty. W razie nie spełnienia jednego z tych trzech warunków rundę wygrywa ten z wynikiem bliższym numerkowi dwadzieścia trzy lub dwadzieścia trzy na minusie i gra toczy się dalej.

Diego dostał przyzwoitą rękę. Jedenastkę Mieczy, Jedynkę Pałek oraz Czwórkę Monet. Kanto miał niepokojąco dobre rozdanie, Kapitana Flaszek, Czwórkę Mieczy a także Szóstkę Flaszek. Bez zbędnego przedłużania, Kanto rozpoczął licytację.

- Wiesz, Diego? Chciałbym jednak trochę pograć, zacznijmy od małych sumek, dobrze? - Po czym przysunął ręką na środek stołu trochę kredytek. - Stawiam pięćset kredytów. Twoja kolej, Diego. - Powiedział to w miarę neuratlnym tonem by nie wzbudzać podejrzeń. Młodszy Separatysta zaczął się zastanawiać ile postawić... gdy wtem dojrzał podejrzany ruch ze strony Kanto.

- Hej, Kanto. Odłóż swojego oszusta, co? - Powiedział z wrednym uśmieszkiem na twarzy Diego. Gdy tylko to usłyszał, droid rozdający spojrzał się na Kanto zupełnie jakby miał go wyrzucić z kasyna. Starszy Separatysta wyglądał lekko spanikowanego i podniósł ręce do góry, zupełnie jakby poddawał się policji, jednak chwilę później wrócił do swojej neutralnej postawy.

- Ha, naprawdę myślałeś, że będę oszukiwał? No proszę cię. - Po czym odłączył swojego oszusta od droida, i podał go Rico Petowi. - Założę się, że wygram tę partię nie oszukując w żaden sposób. Hej Rico, weź to dla mnie potrzymaj, dobra?

- Co za dziwaczne urządzenie... - Powiedział pod nosem Pet. Nie znał się ani trochę na Sabaku, jednak dotarło do niego, tak jak do Diega, że Kanto dopiero się rozkręca.

- Zacznijmy od początku, dobra? By było sprawiedliwie, co ty na to? Żadnych oszustw. Słowo kanciarza. - Uśmiechnął się jak niewiniątko Kanto. Naprawdę liczył, że Diego nie porzuci gry. W zasadzie to nie mógł, za bardzo potrzebował wsparcia hazardzisty.

- Zaczynajmy. Droidzie, proszę od nowa. - Powiedział krótko Diego. Próba oszustwa postawiła go na baczności. Obaj mężczyźni oddali swoje karty i talia została przetasowana ponownie. Kanto był pod wrażeniem, że Diego wykrył jego szwindel tak szybko. W sumie, że w ogóle wykrył. Jego poprzedni przeciwnik nie miał tyle szczęścia, więc był idealną okazją na okantowanie. Diego był inny, nie pozwoliłby się tak łatwo dać pokonać. Nastąpiło zatem kolejne rozdanie. Diego dostaje Szóstkę Flaszek, Dziewiątkę Pałek i Idiotę. Kanto z kolei dostał do rąk Jedynkę i Piątkę Monet oraz Siódemkę Mieczy. Starszy z nich postanawia pomimo dość słabej ręki blefować.

- Stawiam tyle ile poprzednio. Ha, chyba dopisuje mi szczęście, wiesz Diego? - Po czym przysunął ponownie pięćset kredytek. To mogło być dość mylące z uwagi na podobną sytuację co wcześniej. Kanto jednak nie oszukuje, więc Diego postanowił podbić stawkę.

- Pięćset pięćdziesiąt. - Krótko powiedział Diego, cały czas z neutralną miną. Nie planował jej zmieniać do końca gry, nie mógł pozwolić Kanto by cokolwiek z niego wyczytał.

- Siedeeeeeemset. - Powoli przysunął kolejną sumę na środek Kanto, wyglądający na bardzo zadowolonego. Jego gra umysłowa już weszła w życie, planował blefować do końca, byle Diego się poddał. Nie miał nic do stracenia, przynajmniej póki nie przejdą do większych sum, a bardzo go kręciła taka zabawa, bo mimo to chciał się najpierw pobawić ze swoją ofiarą. Był świadom swojej możliwej porażki w tej rundzie, jednak dla niego gra dopiero się zaczęła. Widząc ten nagły skok, Diego przestraszył się w myślach, czyżby jego przeciwnik miał nie wiadomo jak dobre karty? Bał się mimo wszystko zaryzykować, Kanto mimo wszystko ma o wiele więcej kasy od niego, Diego podejrzewa, że jego kumpel się z nim bawi.

- Pas.

- No to sprawdzamy. - Dodał Kanto, a Diego mu przytaknął.

Diego miał tym razem farta. Niewiele brakowało, a jego łączna piętnastka poległaby o dwa punkty mniejszym wyniku Kanto. Diego posiada obecnie tysiąc siedemset kredytek.

- Dałem Ci fory, Dieguś! Nie martw się, odzyskam co swoje. Z nawiązką! - Powiedział pół żartem pół serio Kanto. Nadal chciał trzymać swojego przeciwnika w niepewności jego losu. Diego zaś poczuł, że zaczyna powoli mu sprzyjać szczęście. - Gramy dalej.

I tak oto rozpoczęła się następna runda. Obu panów dostało nowe trzy karty. Wtedy kiedy Diego pomyślał, że mu się przyfarciło, czekała go niemiła niespodzianka. Piątka Mieczy, Dziewiątka Flaszek i Dziesiątka Monet... to łącznie Dwudziestka Czwórka. Jeśli przy sprawdzeniu wyjdzie, że ma łącznie liczbę większą niż dwadzieścia trzy, przegra z automatu... na twarzy Diega pojawiło się chwilowe zwatpienie. Niewprawieni by prawdopodobnie to olali, ale nie Kanto. On już wiedział, co się stało, liczby się jego koleżce nie zgadzają. Była jednak jedna jedyna deska ratunku.

- Droid, wymień mi tę kartę. - Po czym wskazał na Dziesiątkę Monet w swojej ręce. Droid ją przejął a następnie wręczył mu inną kartę... było jeszcze gorzej. Jeszcze większa liczba, w dodatku z tego samego koloru. Jedenastka Monet. Czy nie mogło być gorzej? "Co teraz... co teraz..." pomyślał. Było tylko jedno wyjście. Blef. Nie wiedząc w co się pakuje, zaczał tym samym kopać swój grób.

- Więc, Diego? Może już zaczniesz stawiać, hmm? Teraz twoja kolej, pokaż na co cię stać! - Zaczął go nieco ironicznie dopingować Kanto. Oczywiście nie miał zamiaru na tym poprzestać. To miała być całkowita anihilacja jego oponenta. Udało mu się ukryć wredny uśmieszek który pojawił mu się na twarzy, gdy zdał sobie sprawę, gdy Diego jeszcze bardziej się pogrążył, dla takiego zaprawionego w boju kanciarza-karciarza wykrycie takich niepozornych oznak porażki to był pikuś. Teraz wystarczyło postawić wisienkę na przysłowiowym torcie.

- Stawiam dwieście. - Mówiąc to przysunął kredytki. Nie ma bata, musiał wygrać ten zakład.

- No dobrze... dwieścieeee... osiemdziesiąt. -Przysunął swoje kredytki Kanto.

- Trzysta. - Zwiększył stopniowo stawkę Diego.

- Pięćset.

- Pięćset pięćdziesiąt.

- A może by tak... siedemset? - Udawał zawahanie w głosie Kanto. Wiedział, że jeszcze mu trochę brakuje do wygranej. By przypieczętować zwycięstwo, musi udawać, że od tego zakładu zależy również jego życie. By dać złudną nadzieję Diegowi na zwycięstwo.

- Tysiąc! - Impulsywność Diega brała powoli górę. Był przez chwilę pewien, że Kanto się załamuje.

- T-tysiąc... sto...? - Próbował z udawaną niepewnością w głosie podbić stawkę Kanto i jak widać, dawało to efekty.

- Tysiąc dwieście!

- Tysiąc... dwieście pięćdziesiąt?

- Tysiąc pięćset.

- Tysiąc pięćset p-pięćdziesiąt pięć? - Udawana desperacja Kanto powoli zaczynała się opłacać. Została jeszcze chwila i będzie po wszystkim.

- Tysiąc siedemset! - Dał się ponieść Diego. Przez to całe obstawienia zapomniał się, że przecież nie ma sabaka.

- No to... sprawdzamy? - Spytał z "goryczą" w głosie Kanto.

- Sprawdzamy...! - Jednak gdy tylko to powiedział, zadrżał na myśl jaką głupotę właśnie popełnił. - Nie, zaczekaj-

Nastąpiło sprawdzenie. Miażdżące zwycięstwo dla Kanto. Dwudziestka Piatka kontra perfekcyjnej Dwudziestce Trójce. Diego przegrał wszystko co miał. Radość Kanto nie znała radości, czego zresztą nie ukrywał zagarniając całą kasę Diega.

- Ha... ha ha! Nie sądziłem, że tak łatwo cię sprowokować! Ha, ha, ha! Zeszło mi się z tobą o wiele krócej niż z tym Imperialnym! - Mówił uradowany Kanto. Wygrał zakład, zostawiając Diego na lodzie.

- Jak mogłem tak dać się podejść... jak jakiś d- - Zaczął Diego. Nie dokończył jednak, zabrakło mu słów. Złapał się po prostu jedną ręką za głowę i obrócił na bok, próbując zrozumieć co właśnie zrobił.

- Stary, słuchaj... zrobiłem to dla twojego dobra. Ta misja o której mówisz to samobójstwo. Nie bądź głupi, nawet dla takiej laski jak Rish nie warto. Znajdziesz sobie inną, zrobicie razem nową frakcję Separatystów czy coś. - Próbował odwlec Diega od jego zapędu na rewanż z Imperium, jednak niewiele to pomagało. Diego podniósł wzrok i zauważył sakwę którą miał przy sobie Rico Pet.

- Chodź, Diego. Chodźmy stąd z resztkami twojej godności.- Radził Pet. Jednak gdy tylko skończył, młody Separatysta zabrał mu sakwę z jego reliktem, który prawdopodobnie należał do jakichś prehistorycznych Rodian, czy coś w tym stylu. - Hej! To moje! - Następnie położył sakwę na stole i rzucił Kanto wyzwanie raz jeszcze.

- Jeszcze jedna rozgrywka. O wszystko. Jeśli przegram, oddam ci wszystko co mam! Statek, a nawet Rico Peta! - Mówił Diego w swojej desperacji. Rico tylko się spojrzał na Kanto i powiedział.

- Ale on nie może...

- Huh. No dobra, Diego! Ostatnia gra! Skoro naprawdę mam cię całkiem spłukać, niech będzie. I nie martw się, Pet. Jak z nim skończę, zostawię te twoje pierdoły, będziesz mógł je zabrać. Chcę po prostu z nim zagrać, jeszcze jeden raz. - Powiedział z pewnością siebie w głosie Kanto, po czym odezwał się do Droida rozdającego. - Weź to zabierz i wyceń ile jest warte.

- Dziewiętnaście tysięcy kredytek. - Odezwał się droid po dokładnej analizie. Było to bogate kasyno, zatem byli wyposażeni w tak zaawansowany sprzęt do wyceny różnego śmiecia, nigdy w końcu nie wiadomo kiedy się trafi taki desperat jak Diego.

- Ostatnia szansa, Diego. Jak przegrasz, nie ma kolejnych partyjek i nie licz na moją pomoc. Diego spojrzał zdeterminowanym wzrokiem na swojego oponenta. Był gotów zrobić wszystko byle wygrać. Poprzysiągł sobie w duchu jedno.

Tym razem nie przegra.


Border.png

Oczekiwanie na pojawienie się Barr Tecka jednakże było daremne. Podczas gdy Harvey, Ralf i Ossc rozmawiali na przeróżne tematy, w tym także o Separatystach, Alyssa Drayen-Yarg podeszła do mężczyzn z wiadomością.

- Właśnie dostałam powiadomienie, że admirał Teck nie przyjdzie na wasze spotkanie. Zresztą, pogadajcie sobie sami. - Po czym włączyła holograficzny komunikator, na którym pojawił się sam Barr, wyglądał na dość poddenerwowanego.

- Teck, no co jest? Mieliśmy pogadać przy dobrym żarciu. Czemu cię nie ma? - Spytał dość nerwowo Ossc Ar. To nie tak, że Teck obiecał cokolwiek, ale reszta pomyślała, że fajnie by było, gdyby raczył się zjawić.

- Wybaczcie mi panowie. Muszę lecieć ponownie na Kashmarr'k. Podobno ten cały Jedi za którym się uganialiśmy ponownie się tam zjawił. Ja nie wiem co go napadło by tam wracać... chyba muszę podjąć stosowne środki w celu uniemożliwienia mu kolejnych powrotów tam. - Powiedział z ledwo zauważalnym smutkiem w głosie, co nie umknęło uwadze Harveya.

- Coś się stało, Teck? Młody sprawia ci problemy, czy Kash? - Spytał o domniemany problem Drayen-Yarg.

- Nie, chłopak ma się zaskakująco w porządku. Gdy tylko usłyszał o tamtym Jedi, natychmiast poszedł do hangaru z myśliwcami. Zaczął nad nimi majstrować, żołnierze próbowali go powstrzymać, ale gdy okazało się, że zainstalował ulepszenia wszystkim naszym myśliwcom. Nasi spece od technologii sprawdzili czy czegoś przypadkiem nie zepsuł i o dziwo, są w pełni sprawne, nie znaleźli niczego co mogłoby sabotować działanie myśliwców i reszty. - Pochwalił się Teck, na tę chwilę poprawił mu się humor. Był dumny ze swojego syna. W końcu Kai znał się na konstrukcji statków, nie robił by bliżej nie sprecyzowanych głupot.

- Więc chodzi o Woo Kasha? - Dopytał Laze.

- Nie jestem już pewien... możliwe. W każdym razie Kash już wraca do służby, podobno jakiś typek na planecie Gambl-55 go ograł w Sabaka i nie ma już kredytów, musiałem go znowu przygarnąć. Ale z drugiej strony miał przydatne informacje, które mogą ci się przydać, Vanders. Kash zauważył na tej planecie ocalałego Separatystę z ataku na Unconquerable. Myślisz, że ci się to przyda? - opowiedział Teck.

- Przekażę tę informację komu trzeba, dzięki. - Odowiedział krótko Vanders.

- Dobrze. To ja się z panami żegnam, bywajcie. - Pożegnał się i rozłączył Teck, a wraz z jego rozłączeniem się, Alyssa wróciła do swoich obowiązków.

- Vanders, nadal ścigasz tego Separatystę? - Spytał Harvey.

- Mam od tego ludzi, spokojnie. Już wiem co z tym zrobić. - Powiedział krótko Vanders, po czym dowódcy wraz z Ossc Arem i oficerem sztabowym Harveya Laze'em wrócili do swoich rozmów.


Border.png

Gra została wznowiona. Diego otrzymuje Siódemkę Pałek, Trójkę Flaszek i Siódemkę Mieczy. Kanto zaś otrzymuje Umiar, Wytrwałość i Jedenastkę Monet. Tym razem numerki idą na niekorzyść Kanto. Karty postaci sprawiają, że jego obeczna liczba znajduje się na minusie, a jedenastka wszystko psuje. Kanto zdecyduje się wymienić jedenastkę na inną kartę. Siódemka Flaszek, zdziebko lepiej. Kanciarz uznaje, że ma teraz numer wystarczająco bliski dwudziestce trójce i stawia.

- Tysiąc.

- Tysiąc pięćdziesiąt. - Diego nie jest gorszy. Wie, że ma bardzo małą szansę na przegraną ze swoimi obecnymi numerkami, więc postanawia sprawić, by były zwycięskie. Obaj idą z zakładami łeb w łeb, aż Kanto dochodzi do sześciu tysięcy.

- Pas. - Kończy Diego, lepiej skończyć przedwcześnie niż stracić więcej, niż stawka jest tego warta.

- Sprawdzamy. - Mówi Kanto.

Rundę wygrywa Diego, przebijając Kanto o dwa punkty. Katarn trochę cieszył się, że Diego zaczął powoli zdobywać jakąś gotówkę, więc pomimo przegranej, z uśmiechem na twarzy przekazał mu swoją kasę. Jednak gra jeszcze się nie skończyła.

Ta rozgrywka trwała o wiele, wiele dłużej od pierwszej, którą rozegrali, jednak opisywanie jej przebiegu to strata czasu. Był to wyjątkowo zażarty pojedynek, zwłaszcza, że Diego zaczął coraz agresywniej zgarniać coraz większe sumy od Kanto. Starszy Separatysta zdążył zauważyć, że jego młodszy kolega szybko zaczął się adaptować do warunków hazardowych, co było mu dość nie na rękę. Doszło nareszcie do momentu, w którym stawki były dość wyrównane. Diego miał w swoim posiadaniu dziewięćdziesiąt tysięcy kredytek, a Kanto sto dziesięć tysięcy. Obaj już mieli zdecydowanie dość tej gry i jak widać, droid rozdający karty podobnie. Byli niemal całkowicie wyczerpani od tej ponad godzinnej rozgrywki. Kolejne rozdanie miało jednak być dla obu tym finalnym.

Kolejne rozdanie po 3 karty. Diego otrzymuje Dwójkę Flaszek, Trójkę Mieczy oraz Jedenastkę Pałek. Kanto okazuje się mieć zwycięską rękę, Dziesiątkę Mieczy, Szóstkę Pałek oraz Siódemkę Monet.

- Stawiam dziesięć tysięcy. - Powiedział Kanto z uśmiechem na twarzy. Teraz go miał, był tego pewien. Dla Diega nie istniała już żadna opcja wygranej... chyba, że.

- Wymień proszę. - Wskazał na Jedenastkę. Droid ją zatem zabrał i wymienił na...

- Stawiam dwadzieścia tysięcy. - Zaczyna Diego, bardzo pewny siebie.

- Czterdzieści. - Podbija Kanto.

- Siedemdziesiąt. - Podbija Diego.

- Osiemdziesiąt pięć. - Kontynuuje Kanto.

- Dziewięćdziesiąt. - Podbija ostatni raz Diego.

- A wiesz co? Stawiam wszystko, Dieguś! Teraz gdy zmusiłem Cię do postawienia wszystkiego, przygotuj się na zaliczenie podłogi! - Po czym podbił całą swoją gotówkę Kanto. - Sprawdzamy!

Karty zostały wyłożone, Kanto już był tak pewien zwycięstwa i już miał powiedzieć do Diega, że przegrał, gdy wtem...

- Wygrywa... Diego. - Oznajmił droid, przysuwając całą pulę do młodszego Separatysty.

- C-c-coooooooo?! - Krzyknął z zaskoczenia Kanto. Ale jak to?! On przegrał?! Jaką rękę on mógł mieć, by przebić jego dwudziestkę trójkę-

Dwójka, Trójka i... Idiota. Układ idioty! Ma on priorytet przed zwykłym Sabakiem. Kanto został spłukany. Z szoku uderzył głową i pięścią o stół, narzekając na wszystko.

- A-a-a-ale... głupi, głupi Sabak! Rzucam hazard! Nienawidzę hazardu! Argh! - Kanto był wściekły. - Nie powinienem był w ogóle w to grać, nosz do- ACH!

- Wygrałem. Zatem kolej na ciebie, Kanto. - Powiedział dumnie Diego, oddając Rico Petowi jego własność.

- Uch, jak mogłeś... - Powiedział cicho Pet.

- Dobra... dobra... to strasznie głupi pomysł... strasznie... głupi - rozżalał się Kanto, i cała trójka skierowała się w kierunku wyjścia.

Przy wyjściu dostrzegł ich pewien mężczyzna... barman. Tak, ten sam z Przestrzeni Fide'a. Miał złamaną rękę, ale pomimo tego gdy tylko zobaczył Diega, podszedł do niego wkurzony i go popchnął zdrową ręką.

- Hej, ty! Co ty sobie wyobrażasz?! Tak napadać na mnie i mój bar?! Tym razem mi tu nie zwiejesz, chłoptasiu! - Krzyknął bardzo niezadowolony barman.

- Panie, zagradzasz mi przejście. - Odezwał się krótko Diego, mając w sumie gdzieś całą gadkę starszego człowieka.

Podczas nieuwagi Diega i barmana, Kanto wyczuł okazję i nieco oddalił się od kłócącej się dwójki. Podszedł do dwóch bramkarzy w kasynie.

- Hej, panowie. Ten starszy typ ze złamaną ręką grozi mojemu przyjacielowi bo przegrał z nim masę kasy. Wiecie co macie z nim zrobić. - Na jego słowo obaj pomknęli by pobić biednego barmana, który nawet nie miał pojęcia za co. Bez większych przeszkód Diego, Kanto i Rico wyszli na zewnątrz.

- Dzięki... Kanto. - Podziękował wciąż chłodnym tonem Diego.

- Masz u mnie dług, ziom! - Po czym udali się w kierunku frachtowca należącego do Kanto: Sp33dwagon'a! - Hej, Diego. WIesz, tak sobie pomyślałem.. nie sądzę, byśmy sami we trójkę dali radę.

- Niby czemu nie? - Powiedział lekko zirytowany Diego.

- No popatrz... dwóch strzelców,w dodatku tylko blasterowych i znawca sztuki...

- Wypraszam sobie, jestem... - wtrącił Pet, jednak Kanto mu przerwał.

- Jeśli naprawdę chcesz się porywać na tamto o czym myślę... będziemy potrzebować porządnego wsparcia. Kogoś, kto będzie się znać na materiałach wybuchowych. - Sugeruje Kanto.

- A znasz jakiegoś? - Odparł od niechcenia Diego. Chciał jak najszybciej wrócić na pokład frachtowca i udać się w drogę.

- A znam. Nazywa się Cul. Był dawnym łowcą nagród, obecnie jednak jest na emeryturze. Znaczy, aż tak stary nie jest, ale gdyby w tym wieku porywał się na pracę łowcy, to prędzej mu by się coś stało. Nadal zna się na swoim fachu, więc mógłby się nam przydać. - Kontynuował Kanto.

- A gdzie on obecnie niby jest...? Streszczaj się. - Pospiesza go Diego.

- No dobra, nie popędzaj mnie tak! Niedawno go schwytali i przewożą do więzienia na tej planecie, poza miastem. Gdybyśmy przechwycili jakoś jego transport i go wydostali... myślę, że byłby łaskaw nas wesprzeć.

- Ech... dobra. Cokolwiek tylko nam pomoże. Chodźmy.

Poszli zatem do frachtowca Kanto. Starszy Separatysta wszedł do środka sam, zabierając z niego śmigacz i karabin snajperski.

- No, to zdecydowanie powinno pomóc! - Zawołał zadowolony Kanto.

- Zawsze wiedziałem, że byłeś lepszym snajperem od hazardzisty. - Zażartował Diego.

- Ha, ha. Dobra, wsiadaj. Ty, Rico, lepiej tu zostań i popilnuj statków. Nie chciałbym byś przypadkiem zginął nam po drodze.

- Dobra... skoro tak. - Odparł smutno Rico. Ale niestety, nie był człowiekiem stworzonym do akcji.

Diego usiadł za Kanto na śmigaczu i pojechali poza miasto przechwycić transport z Culem. To była akcja jak za starych, dobrych czasów...


Border.png

Po uważniejszym rozejrzeniu się, saktuarium Vrush Ki wcale nie było takie mistyczne. Był to po prostu sklep zielarski. Ta cała pseudo-magiczna aura to nic innego, jak zapach palonego zioła, którym obecnie naćpała się Vrush, stąd zresztą ta jej cała gadka o spodziewaniu się obecności mistrza Jedi, zwyczajnie nie kontaktowała ze światem.

- Zaraz... czyli Vrush Ka to po prostu zielarka? Czyli faktycznie nie opłacało się pytać ją o radę. - Powiedział do siebie Neck. Starsza, koścista kobieta nie zwróciła nawet na niego uwagi, była zbyt pogrążona we własnym transie, więc dalsza rozmowa z nią była bez sensu.

Luc w tym czasie został lekko opóźniony przez pewne sprawy, jednakże w końcu dobiegł na miejsce strącenia najemników. Nie widząc Necka na zewnątrz, wydedukował, że musi znajdować się w tym budynku nad którym nastąpiła eksplozja. Nie zwlekając otworzył drzwi.

- Panie Jedi, mamy ich z głowy! Możemy iść odbić Giennę, hę! - Powiedział wchodząc do środka domu zielarki.

- To była twoja robota? No dobra, chodźmy. - Spytał nieco skołowany Neck, jednak nie było na to czasu. Obaj mężczyźni udali się w kierunku Tarkusa by odbić Giennę. Po wyjściu z budynku zauważyli oderwaną robotyczną rękę Palmera... to było pewne, że Luc trafił najemników.

- Jestem pod wrażeniem, Luc... jednak czy ich ofiary na pewno były konieczne? - Spytał Neck, spoglądając na oderwaną rękę Palmera.

- Nie mamy teraz na to czasu, panie Jedi. Wie pan może, gdzie przetrzymują Giennę, hę?

- Na pokładzie Tarkusa. Lepiej się tam udajmy póki czas. - I nie zwlekając, już po kilku minutach znaleźli się przy frachtowcu. Jednak zapomnieli o pewnym małym szczególe.

- Teraz was mam! Zapłacicie za Halincę! - Krzyknął po zauważeniu Luca i Necka Vuodeck, nadal zdziebko poturbowany po upadku z dachu.

- Ja się zajmę tym ciężarnym gościem, panie Jedi! - Po czym wbiegł sprintem wprost na Vuodecka i uderzył go z całej siły z pięści w twarz pozbawiając go przytomności i jednego zęba. Luc przywiązał także nieprzytomnego Vuodecka do latarni liną, by już nie mógł im przeszkodzić, Jedi cieszył się, że wieśniak nie musiał być kolejną ofiarą. Braw Neck wraz z Lucem weszli do środka frachtowca.

Dwójka dotarła do celi ze starszą kobietą. Teraz wystarczyło ją jedynie jakoś otworzyć. Jednak przeszkodą która stanęła między nimi a Gienną był L4-K3 który nie miał zamiaru pozwolić im jakkolwiek zbliżyć się do więźniów.

- Co zrobiliście z moimi kompanami? Czeka was za to śmierć męczeńska! - Podniósł na nich głos droid trzymając w rękach potężny karabin, którym rozpoczął ostrzał. L4-K3 nie był oczywiście na tyle głupi by zniszczyć przy okazji własny statek, więc każdy wystrzał był odpowiednio wycelowany. Gdyby nie szybka reakcja Luca, który wyrwał kawałek metalu w charakterze tarczy, prawdopodobnie i on i Neck zostaliby przerobieni na sito.

- Tym też się zajmę, panie Jedi! Proszę się nie martwić! - Powiedział Luc, zbliżając się powoli z prowizoryczną tarczą w kierunku droida. Po zbliżeniu się wystarczająco blisko droid przestał strzelać, a Luc zdecydował się uderzyć droida tarczą. Jednak gdy tylko wziął zamach, droid najemnik posttrzelił go w ramię i kopnął z dala od siebie.

- Ach! To bolało!

- Ha, ha, ha. Głupi Twi'lek. Giń. - Powiedział to celując w głowę Luca. Jednak zanim zdążył wystrzelić, mistrz Neck użył mocy by owinąć droida tamtą tarczą, po czym wyrzucił go ze statku.

- Cholerny Jedi. - Powiedział do siebie bardzo niezadowolony droid.

Po pozbyciu się problemu, Neck i ranny Luc poszli do cel... jednak ich otwarcie może nie być takie proste.

- Panie Jedi, nie jestem pewien, czy uda mi się siłą otworzyć te cele, a ich wyłączenie innym sposobem może być...

- ... nieistotne. - Odezwał się żeński głos zza pleców bohaterów.

Gdy tylko się odwróćili, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Palmer wraz z Jolene przed nimi stali i trzymali się dobrze. Mogli zauważyć, jak Palmer właśnie wymieniał swoją mechaniczną rękę na nową, cały czas mając ich na celowniku wraz ze swoją kompanką.

- Wy... - Próbował wydusić Neck, jednak zanim on i Luc zdążyli zareagować, najemnicy zarzucili na nich siatkę elektryczną, uniemożliwiając im ruch. - Ach... niech to!

- Sprawiliście nam niemały kłopot, wiecie? I chyba powinniśmy was zabić... jednak nagroda za żywego Jedi jest o wiele bardziej kusząca.

Luc próbował się rozglądać wokół, próbując znaleźć coś, co pomogłoby mu się jakoś uwolnić... i chyba jego bystre oko mechanika właśnie wypatrzyło okazję.

- Czekajcie, czekajcie, hę! Ile... ile bierzecie za tego Jedi? - Spytał pospiesznie Luc.

- A po co ci takie info... a zresztą, ciebie pewnie puścimy, w końcu nie ma za twoją głowę nagrody, a może zapragniesz sam zapolować. Pięździesiąt tysięcy kredytek. - Odpowiedział Palmer.

- Ten separatysta z waszego listu gończego! Tego na ścianie! W-wiem gdzie on jest! Jeśli nas puścicie, pomożemy wam w jego schwytaniu! Sto pięćdziesiąt tysięcy kredytów za "wyjątkowo upierdliwego Separatystę" to chyba lepiej, niż jedna trzecia tej ceny, hę? - Zaproponował Luc. W rzeczy samej, zanim dobiegł do Necka który był u zielarki, dostał cynk od swojego znajomego o położeniu Separatysty. Uznał, że stosowne będzie wykorzystanie teraz tej wiedzy.

- Hmm... no nie wiem, Palmer. Oni pewnie coś kombinują. - Odezwała się Jolene, nie ufając ani trochę słowom twi'leka, co było widać po jej grymasie.

- A wiesz co, Jolene? W sumie czemu nie. Sprawdźmy czy faktycznie mają rację. Jak tylko zrobią coś co nam się niepodoba, rozstrzelamy ich i lecim po nagrodę. Dobra, niech wam będzie, ale tylko któryś coś... i leci kula w łeb. Przyjęliście? - Po czym zdjął z mężczyzn siatkę. Neck i Luc mogli w końcu odetchnąć chwilowo z ulgą...


Border.png

Ze względu na rany odniesione przez Luca i Giennę, Jolene poszła po zielarkę Vrush Kę, by opatrzyła ich rany swoim zielskiem i wraz z nią polecieli na planetę Gambl-55. Luc wraz z mistrzem Neckiem zostali zamknięci w celi, na wypadek gdyby przyszło im coś głupiego do głowy. Pilnowali ich na zmianę L4-K3 oraz Jolene. Korzystając z okazji, Braw Neck spytał Luca o pewną rzecz z ciekawości...

- Hej, Luc... bo nie rozumiem. Dlaczego się z nami trzymasz? Mógłbyś się od nas odłączyć przy dowolnej okazji, czemu tego nie zrobisz? - spytał Neck.

- Nie mówiłem panu, panie Jedi? W każdym razie powiem ponownie. Tułam się po różnych miejscach i szukam swojego miejsca na świecie, hę. Chcę w życiu przeżyć jakąś przygodę, bo w przeciwnym wypadku byłoby trochę nudno. Podróżując tak poznałem już wielu ludzi... Cula, tego barmana ze stacji na której mnie spotkaliście i wielu innych ciekawych ludzi. Trafić na Jedi to naprawdę rzadko spotykane zjawisko. A podróżować z nim i posłuchać jego historii z czasów Wojen Klonów i starszych to zaszczyt, hę! - Opowiadał Luc.

- Hmm... może ci kiedyś opowiem jedną czy dwie. Jednak byłeś gotów mi pomóc odbić Giennę, mimo, że mogłeś przez to zginąć, czemu? - Dociekał Neck, chciał się czegoś dowiedzieć o swoim kompanie.

- Jeśli panu przeszkadzam, to odejdę, panie Jedi. Akurat zmierzamy na Gambl-55... może tam znajdę coś dla siebie. Przydałoby się zostać gdzieś na dłużej, hę... - Powiedział nieco posmutniałym tonem Luc.

- Nie to miałem na myśli... zresztą, nie ważne.

I na tym zakończyli rozmowę, udając się na planetę, gdzie prawdopodobnie mogą zastać Diega i tym samym zyskać sobie przychylność najemników...

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA, o ile nie zaznaczono inaczej.