Star Wars Fanonpedia

💪 Starcie gigantek trwa!
Oddaj głos na swoją faworytkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Star Wars Fanonpedia
Advertisement
Fanon kanoniczny
kanon
Świat rzeczywisty
Świat rzeczywisty
Srebrny puchar (30 000+ bajtów)
Stacked Story II.png
Rozdziały 1234567891011121314151617
43771 bajtów • Nieco ponad godzina czytania

Sp33dwagon, na którego pokładzie znajdowali się Diego i jego kompani - Kanto, Rico oraz Cul, właśnie wyszedł z nadprzestrzeni. W oddali dostrzec można było planetę o dość osobliwych kolorach. Ni to czerwony, ni fioletowy, wszystkie spowite w mroku, jakby na całej powierzchni utrzymywała się noc, tudzież całość przykrywała gęsta mgła, która tylko miejscami przebijała blaskiem czerwonopomarańczowej skorupy planety. Koraband była starożytnym światem Zewnętrznych Rubieży, niegdyś zamieszkiwanym przez wymarłą rasę Sithów, jednak po tysiącach lat, jedynie wieczne pomniki dawnej potęgi ciemnej strony Mocy przetrwały. W okresie kolonizacji tego regionu Galaktyki wierzono, iż to, co znajdowało się na powierzchni Koraband było święte tudzież przeklęte, zależnie od interpretacji, dlatego jedynie nieduża stacja orbitalna unosiła się ponad wiecznymi piaskami. Natomiast sama stacja nie była zbyt obfita w ruch ze względu na znajdowanie się na mniej uczęszczanej trasie nadprzestrzennej. Diego, chcąc przygotować się do wzięcia artefaktu, czytał "Przewodnik po starożytnych sithańskich świątyniach" pożyczony od Rico Peta, konkretnie w celu znalezienia jakichkolwiek infomacji o tym, jak wziąć kamienną maskę i przy tym nie zginąć. Natknął się wówczas na fragment dotyczący Dartha Karsa:

"[...] dawno, dawno temu, w czasach przed wojnami Jedi i Sithów, potężna rasa z Korriban rozpoczęła ekspansję w inne strony Galaktyki. Jedną z kolonii, jaką utworzyli była ta na Koraband, gdzie Sithowie żyli w spokoju i dobrobycie, gdyż planeta nie została odkryta przez nikogo innego aż do czasów Wysokiej Republiki. Podczas gdy Sithowie z Korriban zostali odnalezieni przez mrocznych Jedi, ci zamieszkujący Koraband żyli w izolacji aż do swojego kresu. W wyniku szybko postępującej ewolucji, zmienili się znacznie od swych krewnych, przystosowując swe życie rolnictwu na żyznych ziemiach w strefie umiarkowanej i życiu jako nomadzi w okolicach równika. Ich wygląd również uległ zmianie. Zdawać by się mogło, iż ta z pozoru pokojowa rasa, korzystająca z potęgi ciemnej strony nie dla chwały, a jedynie dla rytuałów i innych świąt wiodłaby spokojne życie przez długie lata, lecz historia chciała dla nich inaczej...

Oto bowiem jeden genialny umysł pełen ambicji wyłonił się spośród Sithów z Koraband. Zafascynowany ciemną stroną Mocy, poszukiwał sposobu na nieśmiertelność i wielką siłę. Eksperymentując ze swoimi dwoma kompanami, po długim czasie powstała kamienna maska - cudowne połączenie technologii z alchemią Sithów. Dzięki niej Darth Kars, gdyż takie ów niezwykle uzdolniony nosił imię zdobył potęgę, o jakiej nikt inny nie mógł nawet śnić. Jednak inni jego rasy byli pełni niepokoju, gdy dowiedzieli się o poczynaniach Karsa i jego kompanów - Whamuu i Acedece. Mrok ogarnął całą Koraband; planeta pochłonięta została przez wojnę, z której Kars wyszedł zwycięsko. Na cześć swojej wygranej, wybudował on kompleks świątynny, gdzie od teraz spoczywać miała kamienna maska, aby tylko ci nieliczni, wybrani przez niego, mogli skorzystać z cudownego artefaktu. Wziął również w opiekę osierocone dziecko, San'tanae. Niestety, mimo swojego geniuszu, Darth Kars nie przewidział jednego - do wiecznego życia potrzebuje energii innych organizmów. Nieświadom wady swojego tworu, zmarł nagle, podobnie jak jego kompani. Mówi się, iż jego dusza poszukuje zemsty, będąc zamknięta w kamiennej masce. Wodzi ona na zgubę niegodnych, a na wielką chwałę tych, którzy odważyli się z niej znów skorzystać po tych tysiącleciach..."

Gdy Diego skończył czytać interesujący go fragment, oddał książkę Rico. Nastała wówczas cisza, nagle przerwana:

- Ej Diego, zrobimy postój? Jeść mi się chce - narzekał Katarn, jednak jego przyjaciel pokiwał tylko głową z dezaprobatą, co nieco rozczarowało snajpera. Chcąc przekonać Diega do wylądowania wpadł na pomysł: - Rico, bo ty się na tym znasz, hę? Coś na tej stacji ciekawego?

- Chociażby muzeum korków. Znajduje się tam bardzo rzadki egzemplarz limitowanej edycji korka nubiańskiego wina Pikobé rocznik... - przewał mu Diego:

- Nie przylecieliśmy tu oglądać korki tylko zdobyć maskę - poirytowany odpowiedział.

- Słuchaj, wiem jak bardzo zależy ci na Patrishii, ale mój żołądek jest ważniejszy - Kanto nie dawał za wygraną. Nagle wtrącił się Rico:

- W tej broszurze jest napisane, że dzisiaj gra tam Budka Huttów - oznajmił.

- Budka Huttów?! - z fotela z tyłu kokpitu zerwał się na równe nogi Cul. - Postanowione, lecimy tam, uwielbiam Budkę Huttów!

- Naprawdę? Ja też! - ucieszył się Kanto i razem, jakby byli podpici, zaczęli śpiewać jeden z przebojów tej grupy muzycznej pod tytułem Gniazdo Gundarków, starając się zniżyć swój ton głosu i fałszując jednocześnie. - Chuba Bantha poodoo, boska pateesa!...

- Przestańcie! - zdenerwował się Diego. - Nie lecimy na żadne koncerty, na żadne korki. Dosyć tego. Musimy lecieć na Koraband... I pamiętać o pilnowaniu tamtych łowców nagród. Osiłek nieźle się wnerwił jak ze mną przegrał więc mogą zwiać w każdej chwili... Albo i mnie złapać - Diego nieco posmutniał, przycichł i usiadł na swoje miejsce. Nastała cisza...

- Możemy chociaż posłuchać muzyki? - spytał Kanto próbując poprawić sytuację. Nie słysząc jednak żadnej odpowiedzi, sam postanowił włączyć radio z nadzieją, iż usłyszy swój ulubiony zespół.

Sp33dwagon i lecący nieopodal Tarkus ominęli więc stację orbitalną nad Koraband, kierując się bezpośrednio na powierzchnię planety.

Border.png

U samych "wrót piekieł" Palmera jeszcze raz poszargały wyrzuty sumienia "jakim cudem dał się namówić na poszukiwania artefaktu Sithów". Jego wiedza o Sithach nie była wielka, zasadniczo tak jak i przeciętnego mieszkańca Galaktyki, coś jednak świtało mu w głowie, iż nie mógł być to dobry pomysł. Negatywne myśli potęgowało złamanie jego przysięgi co do dawnych nawyków. Tuż po bitwie o Onthar popadł bowiem w alkoholizm i niejednokrotnie przegrywał zakłady, lecz próbując wziąć się w garść odłożył dawne uzależnienia w niepamięć, popijając drinki raz na obrót sfer niebieskich dookoła słońca czy znajdując sobie w miarę dobrze płatną profesję najemnika. Upodobania do hazardu jednak dalej dawały o sobie znać, najpierw, gdy dał się uśpić Vrush, a teraz gdy przegrał w oczywiście nieuczciwym pojedynku z Diegiem. Jolene widząc jak negatywne myśli nękają jej kompana próbowała temu zaradzić:

- Wiesz, mam pewien plan choć dość ryzykowny - zaczęła. - Gdybyśmy tak się wzbogacili i na separatyście i na kamiennej masce? Wiem, że to idiotycze, ale warto spróbować! L4, sprawdź za ile na czarnym rynku idą artefakty Sithów.

Droid L4-K3, pilotujący wówczas Tarkusem wyciągnął swą mechaniczną rękę, by wklepać polecone pytanie w komputer pokładowy, aby wyszukać odpowiedź w Holonecie. Jak można zakładać, informacje na temat czarnego rynku raczej nie znajdują się na pierwszych stronach, więc droid korzystając ze swojej znajomości galaktycznej sieci spędził pół minuty na poszukiwanie tej informacji, w końcu stwierdzając:

- Dużo.

- No widzisz? - powiedziała Jolene po krótkiej chwili. - Opłaca się.

- Nie opłaca się. To zbyt niebezpieczne - odpowiedział jej Palmer próbując się nie narażać na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

Tarkusem zatrzęsło, kiedy L4-K3 oznajmił, iż pomyślnie wylądowali na piaskach Koraband, dogodnie, blisko piramidy, która była ich celem. Obok stał już Sp33dwagon, z którego wyszli kolejno Diego, nagle dumny ze znalezienia się tak blisko swojego celu, Rico Pet, trzymający w rękach "Przewodnik po starożytnych sithańskich świątyniach", a na samym tyle sutener Cul i Kanto Katarn, którzy dalej nucili przeboje Budki Huttów. Na wprost wejścia do świątyni stanęły po chwili pełne załogi obu statków. Od jego samego dzieliło ich w przybliżeniu pięćdziesiąt metrów. Ustawieni w jednym rzędzie, lecz z Diego na przedzie, każdy wahał się postawić pierwszy krok. W powietrzu wyraźnie dało się wyczuć unoszący się niepokój. Miejsce, którego nikt przez tysiące lat nie odwiedzał - starożytna świątynia przepełniona ciemną stroną Mocy - wydawała się górować nad piaszczystą doliną, emanując siłą pradawnych wojowników. Wejścia strzegły również monumentalne podobizny Sithów jak Darth Whamuu czy Darth Acedece wykute w filarach po obu stronach wnęki prowadzącej wewnątrz. Nad ową wnęką natomiast wykuta była scena batalistyczna przedstawiająca Dartha Karsa w walce przeciwko wieloma innymi Sithami. O co mogło pójść - wie jedynie historia... Diego stał zachwycony tą pradawną architekturą, w końcu jednak wziął się w garść i postanowił poprowadzić załogę po to, po co przyszli. Wtem, Rico trzymający przewodnik go ostrzegł:

- Tu napisali, że wewnątrz może znajdować się wiele pułapek. Radzę zachować ostrożność.

- Może... Tu przez tysiąclecia nikogo nie było - odparł Diego, biorąc mocny wdech, a z wydechem stawiajac pierwsze kroki w stronę świątyni. - Jak w środku będą żywe trupy jakichś Sithów, to po prostu ich wystrzelamy.

Stwierdzenie jakiego dokonał Diego wprawdzie nie przekonało nikogo, każdy wahał się przed wejściem do środka, w końcu jednak pozostali członkowie ekipy uznali, iż jednak warto za nim iść. Wnętrze świątyni spowił mrok, gdzieniegdzie przerywany drobnymi smugami i kolumnami światła dostającego się do ogromnego korytarza przez szczeliny w suficie, dlatego też na prowadzenie wysunął się droid L4-K3, który użył mechanizmu latarki umieszczonego blisko jego sensorów wzrokowych. Choć sam ich nie potrzebował, mając oczywiście dostęp do noktowizji, znacznie ułatwiło to poruszanie się po piramidzie wszystkim żywym. Tuż za droidem przodował Diego, pewny siebie i pełen determinacji. Za nim szli jego towarzysze - Kanto oraz Cul - skupieni i bez jakichś zbędnych emocji. W przeciwieństwie do nich, nieco oddalony od grupy Rico musiał robić co chwilę postój, będąc zafascynowanym wiekową architekturą, bacznie obserwując każdy kamień i wypatrując jakichś płaskorzeźb lub innych przejawów wymarłej kultury. Jedynie proboty zapuszczały się w odmęty Koraband w ostatnich stuleciach i to dzięki nim wiadomo było cokolwiek o tym miejscu, z tego powodu Rico musiał korzystać z każdej chwili na dogłębną analizę tego, co znajdowało się w środku. Wreszcie na samym końcu szli Jolene i Palmer, dogłębnie obmyślając plan, jak zgarnąć zarówno Diego jak i kamienną maskę dla siebie; dostatecznie cicho, by nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak.

Border.png

Mistrz Ya Nush stał z zapalonym żółtym mieczem świetlnym na przeciw dwojga inkwizytorów z wyraźnie skupioną miną. Nie mógł pozwolić na utratę tak cennego źródła informacji, jakim byli. Choć pilot do sterowania obrożami był zniszczony, Ya Nush zakładał, iż znajduje się w znacznie lepszej pozycji od inkwizytorów przez sam fakt, że jako jedyny w tym starciu miał czym atakować, a Marr Chinn miał obie ręce w gipsie. Pewny swojej wygranej, pognał ile sił w nogach w ich stronę, biorąc spory zamach mieczem, jakby miał ich zaraz przeciąć wpół. Na nic się to jednak zdało, gdyż odskoczyli oni chwilę przed zadaniem ciosu. Nagle Calista spostrzegła przez dziurę w jednej ze ścian twierdzy wózek z miotłą, używany wówczas przez second-in-command konserwatorki powierzchni płaskich Krystyny, Edytki. Sama Edyta stała nieco dalej próbując ogarnąć bałagan jaki spowodowało zbombardowanie bazy i będąc skupiona na swojej pracy, nawet nie zwróciła uwagi jak Calista zabrała miotłę z wózka.

- Odważne, ale jakże głupie... - odezwał się Ya Nush, który pozwolił jej na ten ruch. - Przecież klinga miecza świetlnego z łatwością przetnie kij od szczotki!

Korzystając z czasu, który inkwizytor spędziła na podbiegnięciu w kierunku wózka, Ya Nush zbliżył się do Marr Chinna, bynajmniej nie w celu zgładzenia go, a wzięcia jako zakładnika. Był on wart dla niego zbyt dużo, i niemniej dla samego Imperium, więc przetrzymywanie niezdolnego do walki wydało się dla Jedi jakże korzystną opcją. Mimo to, Calista Tasnerk nie była skora do negocjacji. I nagle! Strzał z turbolasera rozproszył wszystkich wokół. Marr Chinn zdołał się wydostać, a Ya Nush skierował swój miecz w stronę Calisty. Ta z kolei przybrała pozę obronną, trzymając kurczowo kij w obu dłoniach.

- Akurat ciebie nie mam skrupułów zabić - stwierdził Ya Nush nieco ochrypiałym głosem. - Wyciągnąłem z ciebie wszystko, co było mi potrzebne. Oh tak, wyświadczyłaś mi już dostatecznie wielką "przysługę" - podśmiał się pod nosem i z głośnym "GRAAAAA" wydobywającym się z gardzieli rzucił się na inkwizytor.

Calista odbiła ten atak kijem od miotły. Odbiła.

- Niemożliwe! Przecież to drewno! - przeraził się Nush.

W rzeczywistości kij był czymś więcej niż tylko kijem. Krystyna, w obawie o bezpieczeństwo sprzątaczek, zamówiła na czarnym rynku serię kijów od szczotki zrobionych z cortosis i pomalowanych tak, aby przypominały drewno. Dodatkowo znaczna część z nich została przycięta tak, aby przypominała ostrze. Do tej grupy zaliczał się również kij, którym posługiwała się Calista. Drewniana była w nim tylko obudowa skrywająca ostrze w środku.

- Wprawdzie to nie miecz świetlny, ale tego Ya Nushu się nie spodziewałeś! - powiedziała Calista.

- Ale... ale skąd wiedziałaś!? - Ya Nush dalej nie mógł uwierzyć własnym oczom.

- Bo ten kij jest za ciężki na drewno - pochwaliła się Calista.

Ze stanu niedowierzania Ya Nush wreszcie się ogarnął i dokonując obrotu wokół własnej osi znów zaatakował. Ten atak również został udaremniony. I trzeci! I czwarty! Gdy toczyli ze sobą pojedynek, Marr Chinn postanowił przeznaczyć ten czas na ucieczkę. Choć miał złamane dwie ręce, siła ciemnej strony Mocy uśmierzała ból jaki temu towarzyszył. Calista i Ya Nush zaś przemierzyli całkiem spory szmat drogi wewnątrz walącej się twierdzy, wzbogacony piruetami, blokami i unikami, a dźwięk buczenia miecza świetlnego co jakiś czas przerywała eksplozja i trach spadającego gruzu.

Border.png

Minęło trochę czasu, aż Diego z ekipą zaszli do znacznie ciaśniejszego korytarza, tuż za kamiennym ołtarzem na końcu nawy połączonej z głównym wejściem.

- Ostrożnie! Tu mogą być kolce - ostrzegł idących przed i za nim Rico.

Faktycznie, w korytarzu znajdowało się parę mechanizmów aktytujących pułapki ze wszystkich czterech stron. Mimo wszystko, dało się je niespodziewanie łatwo ominąć korzystając ze sprytu. Oprócz tego, wyraźnie miało się wrażenie, iż większość pułapek mogła zostać aktywowana już wcześniej, przez tych, którzy próbowali się dostać do środka jeszcze za czasów panowania Sithów.

Początkowo wydawało się, iż mógł być to labirynt, w rzeczywistości jednak przejście to, choć pełne zakrętów, prowadziło wprost do sali w samym centrum piramidy. Była ona znacznie bardziej oświetlona niż poprzednie pomieszczenia, z dziurą na samej górze, którą przedostawała się kolumna lekkiego światła, kończąca się na piedestale z kamienną maską. Do owego piedestału prowadziły eliptyczne schody, których kształt jedynie nieznacznie wybiegał od idealnego koła. z czterech stron tego koła natomiast, zwrócone w stronę kamiennej maski usytuowane były cztery obeliski. Sala natomiast nie była na planie kwadratu, bowiem jedna ściana była bliżej środka; była to również ściana z płaskorzeźbami lorda San'tanae i mrocznych lordów Acedece, Whamuu i Karsa. Natomiast! przy samym wejściu do sali na podłodze znajdowała się płyta naciskowa. Idący na przedzie droid stanął na nią, co spowodowało zarwanie się części podłogi, która odkryła ogromną wyrwę z kolcami na dole. Cała ekipa musiała nagle stanąć. Wydawało się, że nie ma wyjścia z tej sytuacji. Wtem, Kanto spostrzegł kilka podpór, które utrzymywały podłogę i które zapewne nie runęły w wyniku aktywowania pułapki.

- Hej Diego! Możemy użyć tych skarp, by się dostać na drugą stronę - zaproponował. - Tylko droid będzie musiał zostać po drugiej stronie.

- W porządku - odezwał się L4.

Tym razem grupie przewodził Cul, ze względu na to, iż mimo swojego wieku, był najbardziej wysportowanym ze wszystkich. Przedostanie się na drugą stronę nie było tak trudne, jak można było pierwotnie zakładać. Nie minęło wiele czasu, a wszyscy poza L4-K3 znaleźli się na schodach prowadzących do piedestału, gdzie też postanowili się zatrzymać. Był to bowiem moment kluczowy, a na momenty kluczowe trzeba mieć siłę! Diego i Kanto przysiedli na samej krawędzi, przy czym Kanto zdecydował, iż spożyje prowiant.

- Właściwie czemu stanęliśmy? - spytał on Diega. - Myślałem, że weźmiesz maskę i tyle tu po nas.

- Wiesz... - zaczął Diego. - Dużo nad tym myślałem i czuję, że nie jestem gotowy. Tak bardzo chcę pokonać Imperium... - Diego przystanął, mając wrażenie, że ktoś go może podsłuchiwać. Nie mógł pozwolić na to, aby prawda wyszła na jaw. Po chwili bardziej spoważniał, przypomniało mu się po co tu naprawdę jest. Podniósłszy się z podłogi, począł podchodzić w stronę piedestału z kamienną maską. Wychwycił to kątem oka Palmer i wyciagając swój pistolet blasterowy, wycelował nim w Diega.

- Nie myśl, że możesz nas tak łatwo zmanipulować, separatysto! - oznajmił.

Diego momentalnie zorientował się, że nie tylko Palmer ma go na celowniku. L4-K3, choć bardziej dbający o swoich panów, stał z wyciągniętym karabinem, który niósł na plecach na wypadek pojawienia się zombie Sithów, za to Jolene zdążyła się w międzyczasie niepostrzeżenie wdrapać na jeden z obelisków, obejmując polem rażenia cały krąg dookoła kamiennej maski. Po krótkiej chwili swoją broń wznieśli również Kanto i Cul, tym razem mierząc w Palmera i Jolene. Jedynie Rico nie miał w tej sytuacji blastera. Cokolwiek by się nie działo, była spora szansa, że ktoś zejdzie z tego świata. Była to prawdziwa sytuacja patowa, gdzie tylko jedna opcja miała szansę na powodzenie. Diego natomiast próbował uspokoić zaistniałą sytuację:

- Ej spokojnie! Obiecałeś, że nam pomożesz znaleźć maskę, prawda?

- No i słowa dotrzymałem - wyjaśnił się Palmer. - Stoisz dokładnie przed nią. Swoją drogą, Jedi obiecał mnie do ciebie zabrać, żebym mógł wziąć za ciebie nagrodę i patrz gdzie teraz jesteśmy! Chyba coś mi się wreszcie od życia należy.

- Dzięki tej masce dostaniesz wszystko to, o czym pragniesz! Pieniądze, władza i sława, a wszystko to na wyciągnięcie mojej ręki! Mojej! - Diego próbował wykorzystać swój naturalny dar manipulacji, by jakoś przekonać Palmera do swojej racji.

- Nie opłaca mi się to - powiedział przemądrzale Palmer, nie zdejmując Diego z muszki. - za samą maskę i za twoją głowę będziemy ustawieni do końca życia!

Diego wahał się przed zagarnięciem maski. Choć dzieliło ją od niego jedynie kilka stóp, ryzyko bycia zastrzelonym zdecydowanie powstrzymywało go przed swoim celem. Nikt jednak nie strzelał. Wszyscy patrzyli na siebie czekając na to, aż ktoś wykona pierwszy ruch.

Border.png

Calista i Ya Nush przeszli ze swoim pojedynkiem aż do hangaru, gdzie ostatni żołnierze ruchu oporu kierowali się do ucieczki. Wkrótce dobiegł tam również Marr Chinn. Mistrz Jedi rzucał ciosami na prawo i lewo, jednak do tej pory nie był w stanie przebić obrony Calisty. Nie był on już pierwszej młodości, toteż jego ruchy wyraźnie uległy osłabieniu w ostatnich latach. Każda taktyka, jakiej próbował zawiodła, Calista bowiem zdawała się przewidzieć każdy ruch, jaki wykona. Również ataki pani inkwizytor zdawały się być przez Ya Nusha dobrze znane, co pokwitował prostym "Kolar nieźle cię wyszkolił, ale wciąż musisz się wiele nauczyć. Złość w Caliście wzmogła, dała ona susa nad mistrzem Jedi i wyladowała tuż za nim, jednak zanim zdążyła zadać mu jakąkolwiek krzywdę, on zdążył się obrócić.

- Za wolno! Za wolno! - krzyczał przepełniony pychą Nush.

Calista coraz bardziej chciała, aby ta walka dobiegła wreszcie końca sprawiając, iż jej kolejne ataki stawały się coraz mocniejsze. Doszli tak do jednego z byłych separatystycznych promów z domalowanymi republikańskimi insygniami, który z kolei był częścią genialnego planu ewakuacji Ya Nusha.

- Już czas. Żegnam panią - oznajmił ów mistrz Jedi wspinając się po trapie wahadłowca. Wtem przystanął, odwrócił się i Mocą cisnął jeden z odpadających fragmentów hangaru na Calistę. Marr Chinn, zauważywszy to jednak skoncentrował całą swoją Moc na powstrzymanie gruzu przed spadnięciem.

- Niech cię sto tysięcy gundarków! - wykrzyczał wkurzony Ya Nush. - Jak widzisz chciałem darować ci życie, inkwizytorze, a ty mi się tak odwdzięczasz!

W tym momencie skierował odpad nie na Calistę, a na Chinna. Calista jednak uratowała inkwizytora przed rychłą śmiercią.

- Widzę, że sytuacja się ani trochę nie zmieniła. Poza tym, że znów mam ochotę uczynić z tego tu swojego niewolnika to tajnych przez poufne informacji - uśmiechnął się Ya i zszedł z trapu znów nawalać swym mieczem w Calistę. Zepchnął również Mocą Marr Chinna, aby ten mu nie przeszkadzał. Sam inkwizytor odleciał na kilkadziesiąt metrów, doznając wstrząśnienia mózgu po kontakcie ze ścianą.

- A teraz, Calisto, szykuj się na śmierć - oznajmił pogardliwie Ya Nush koncentrując całą swoją siłę w jeden, zdawałoby się decydujący cios, który miał właśnie zadać. Wtem, przeraźliwy ból doznał całą trójkę. Miecz Ya Nusha upadł na ziemię; dało się wyczuć silne zaburzenie Mocy.

- C-co się dzieje? - zakłopotana Calista wydukała.

- Niemożliwe! - kolejny raz Ya Nush nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Border.png

- Dosyć tego! Stanę się potężniejszy niż każdy człowiek jest w stanie sobie wyobrazić! Wyrzekam się swojego człowieczeństwa! - wykrzyczał rozentuzjazmowany Diego, wyraźnie pochłonięty przez potęgę ciemnej strony.

Kontrolował nim wówczas duch samego Dartha Karsa, który niczym przewodnik czy też nauczyciel, instruował go, co w tym momencie było najstosowniejsze... Diego sięgnął rękoma po kamienną maskę i przyłożył ją sobie do twarzy. Nic się nie stało, jednak prowadzący Diego duch Dartha Karsa znów dał o sobie znać, na chwilę dając mu nadludzką siłę. Diego wbił się pazurami w rękę stojącego najbliżej do niego Kanto, obdzierając skórę aż do krwi. Krwi, której tak bardzo wówczas potrzebował do dokończenia rytuału. Katarnowi wypadł z ręki blaster, gdy jednocześnie zawył z bólu i złapał się krwawiącej kończyny. Diego zaś przejechał zakrwawionymi palcami po masce, ostatecznie kończąc rytuał. Kolce wystające z maski wbiły się w czaszkę młodego separatysty, a otwory na oczy wydały z siebie biało-fioletowy blask. Ostre światło wypełniło całe pomieszczenie. Diego dopiął swego, śmiejąc się diabolicznie ze swojego dzieła.

- Koniec! - wrzasnął Palmer wystrzeliwując całą serię ze swojego blastera prosto w Diego, po czym ten padł na ziemię.

Nim Cul zdążył zareagować, jego pistolet wytrąciła mu z ręki celnym strzałem Jolene. Zdawać by się mogło, że łowcy nagród wygrali tą bitwę. Choć Diego był martwy, nadal wart był sporo; dodając do tego fant w postaci kamiennej maski, Palmer i Jolene rzeczywiście mogli żyć teraz w luksusach... Jednak gdy miał wziąć maskę z truchła separatysty - ciało zniknęło.

- Co jest? Wpadł do dziury? - zdziwił się Palmer rozejrzawszy się kilka razy po sali.

- ... Na suficie! - zauważył nagle Rico, po czym z owego sufitu doszedł cichutki dźwięk "Urryyyy..."

W tym samym momencie Diego zeskoczył z sufitu wprost na Palmera nawalając w niego pięściami za to, co przed chwilą zrobił. Wbrew jego oczekiwaniu, powalił tym łowcę nagród na łopatki, czy dokładniej w tej sytuacji na brzuch. Jolene i L4-K3, którzy mieli zajęte doskonałe pozycje strzeleckie otworzyli ogień w stronę Diega, praktycznie go nie przerywając do momentu aż ten nie zostanie ogłoszony martwym. Sam Diego jednak nie robił sobie nic z wiązek blasterów ciosanych w jego stronę, gdyż jedyne, co zdawały się robić to zostawiać dziury w jego ubraniu, a także nieco podrażniać skórę. Droid znajdował się poza zasięgiem separatysty, toteż uznał, iż zdjęcie Jolene będzie dla niego korzystniejsze. Diego niczym zawodowiec wspiął się po obelisku kładąc ręce i nogi na wystających cegłach i nim Zygerrianka zdążyła się obrócić, był on już na szczycie. W celu obrony Jolene wyciągnęła nóż, wbijając go jednocześnie w bark Diego. Ten jednak raz jeszcze nic sobie nie zrobił z obrażeń, zwyczajnie wyciągając nóż z rany, która po krótkim czasie się zagoiła. Zauważywszy to Jolene nie mogła dać temu wiary i w ramach obrony wykonała salto w tył, bezpiecznie lądując na schodach prowadzących do piedestału.

- Diego! Opamiętaj się! - Rico próbował uspokoić swojego towarzysza.

Cul natomiast zajął się w tym momencie Jolene. Wprawdzie jego masa mięśniowa była duża, jednak nie zwrócił uwagi na to, iż została mu podstawiona noga. Sutener wywalił głową w cegłę, stając się praktycznie niezdolnym do prowadzenia dalszej walki. Na "ringu" zostali tylko Diego i Jolene, jako że Katarn, Palmer oraz Cul nie byli w stanie nic zrobić, Rico Pet nie pałał się do bicia po mordach, a L4-K3 dalej był zajęty próbami zastrzelenia Diego bez większych efektów. Nie chcąc dalszego rozlewu krwi, Rico raz jeszcze przemówił Diego do rozumu:

- Opamiętaj się wreszcie! To że próbowali cię pojmać nie oznacza, że musisz ich za to zabić.

Tym razem, z doprawdy dziwacznego powodu... to zadziałało.

- Rzeczywiście - odpowiedział Diego dziwnie świadom swoich akcji. - Powinniśmy się stąd wreszcie zrywać.

Powiedziawszy to, zeskoczył na ziemię i skierował się ku wyjściu. L4 przestał w tym momencie strzelać, dalej mając Diego na celowniku.

- A reszta? Przecież ich tu tak nie zostawimy! - poskarżył się Rico.

- To wasza sprawa, ja mam już to, po co tu przyszedłem - spokojnie, acz będąc przepełnionym pewnością siebie odpowiedział Diego podnosząc z podłogi kamienną maskę.

- Diego! Nie zostawiaj nas! - krzyknął Kanto próbując powstrzymujać ból.

- Nie zostawiam was - odparł Diego. - Mówiłem tylko, byście sami się ogarnęli ze wstaniem z podłogi. A co do tej rany... poświęcenie musiało zostać dokonane.

Diego własną ręką, choć z trudem, powalił jeden z obelisków, tworząc z niego most do przejścia. Jak to zrobił, nawet narrator nie jest w stanie powiedzieć... Natomiast Rico i Jolene wzięli pod barki Kanto i Palmera. Na samym końcu salę z kamienną maską opuścił Cul, przeklinając pod nosem, iż dał się pokonać "kobiecie z długimi uszami".

Border.png

Również Braw Neck poczuł zakłócenie Mocy.

- Czyżby... - zdążył wyszeptać.

- Panie Jedi, co się dzieje - zaniepokojony spytał Luc.

Braw Neck upadł na podłogę, będąc jednak cały czas przytomnym. Nie był pewien, czy jego teoria była prawdziwa, toteż wolał zachować milczenie, by nie straszyć bez potrzeby swoich towarzyszy.

- Może niech Jedi się przespi? Mi to pomaga na ból głowy, hę? - Luc zaproponował.

Braw Neck przyznał Twi'lekowi rację, po czym skierował się do świetlicy i położył się na fotelu, próbując nie myśleć o tym, co mogło zajść. Z tego powodu zaproponował:

- Wylądujcie na najbliższej planecie, nie lecimy już na Koraband!

Tak też miało się stać. Luc pilotujący Krzykiem Rozpaczy szykował się do wyjścia z nadświetlnej jak tylko będą mijać jakąś planetę. Tymczasem Braw Neck, relaksujący się na fotelu i szykujący się do snu, usłyszał niespodziewane odgłosy. Szuranie i walenie zdawało się wydobywać z stojącej blisko niego szafy. Nie mogąc się zdrzemnąć przez irytację dźwiękami, otworzył mebel, z którego wypadła Yagna. Ścierając rękoma kurz ze swojego munduru przywitała się:

- Dzień dobry.

Braw Neck zerwał się na równe nogi, zdziwiony obecnością Yagny na statku i tym bardziej zdziwiony tym, iż siedziała ona w szafie.

- Nie zwracajcie na mnie uwagi, dobrze? - poprosiła grzecznie Yagna.

Luc jednak nie posłuchał jej porady, wyraźnie pytając, skąd ona się wzięła na pokładzie.

- Cała załoga się ewakuowała, więc nie miał mnie kto gonić... - zaczęła Yagna. - Wślizgnęłam się tutaj niezauważenie. Ale bałam się, że ktoś mnie znajdzie. Więc weszłam do szafy...

Krzykiem Rozpaczy zatrzęsło, gdy wyszedł z nadprzestrzeni. Znajdował się na kursie do szarej planety.

- Luc, gdzie jesteśmy? - spytał Braw Neck.

- Komputer podpowiada mi, że lecimy w kierunku planety Sandau.

- Ej a co z Filíp? - zwróciła uwagę Yagna.

- Właśnie! Co z Filíp? - Braw Neck też zwrócił uwagę. - Przecież nie możemy zostawić jej samej.

- Poradzi sobie - usprawiedilwił się Luc. - Najpierw wylądujmy na Sandau, może nas znajdzie.

- Nie podoba mi się to... - zaczął Neck. - Myślę, że powinniśmy po nią wracać.

Powiedziawszy to, Braw Neck wrócił na fotel i zasnął, podczas gdy Luc, zdziwiony decyzją Jedi szykował się do powrotu tam, gdzie zostawili Filíp.

Border.png

Ruch oporu Ya Nusha kontrolował całą planetę Kaldarnodar. Było to możliwe dzięki używaniu gubernatora jako marionetki i mimo tego, iż w czasach, gdy Imperium pacyfikowało większość światów przeciwnych absolutnej władzy Palpatine'a, pomoc Jedi dla Kaldarnodar była nieoceniona. Samo Imperium również wydawało się też bardziej interesować Ya Nushem niż ustanowieniem władzy na tak odległej od jądra i nieznaczącej w ogólnym rozrachunku planecie zakładając, że gdy zginie Ya Nush - rebelia upadnie. Sami rebelianci byli jednak innego zdania wierząc, że wsparcie mistrza nie było konieczne i sami byli w stanie stawić czoła najeźdźcy.

W jednym z transportowców, którym stacjonujący w pałacu Ya Nusha ewakuowali się przed atakiem ISD, rebelianci dyskutowali na temat przyszłości ruchu oporu. Wśród nich, jeden wyłonił się na przód swoimi żywymi, ognistymi przemowami. Był to nikt inny jak Firmus Oyanagi, syn samego gubernatora Kaldarnodar. Młody mężczyzna, podchodzący pod trzydziestkę, ubrany w schludny mundur wywodzący się jeszcze sprzed wojen klonów był zwolennikiem zmian w formacji:

- Jeśli chcemy przetrwać, musimy zapomnieć o mistrzu Jedi - mówił. - sprowadził na nas to nieszczęście samą swoją obecnością.

- Ya Nush niejednokrotnie wykazał się geniuszem taktycznym! - przerwał mu Dante Lion, jeden z osobistych strażników mistrza Jedi. - Od wojen klonów aż po jego nowsze kampanie.

- Ten starzec pewnie leży teraz pod gruzami swojego pałacu. Potrzebny nam nowy lider i ja z dumą zgłaszam swoją kandydaturę - odpowiedział mu Firmus.

Na to, znacznie starszy i wprawiony w boju oficer, Mantrell Zhu, podniósł się z siedzenia:

- Zgłaszam sprzeciw. Nie masz żadnego doświadczenia w prowadzeniu wojska! - wyraził swoje niezadowolenie.

- Może pan nie wie, ale zdałem szkołę oficerską z najwyższymi stopniami w klasie - pochwalił się Firmus, chcąc tym samym zaimponować innym żołnierzom i uciszyć Mantrella. Nie spodziewał się jednak riposty z jego strony:

- Ciężko jest nie dostać najlepszych wyników będąc synem samego gubernatora... - złośliwie stwierdził.

Firmus Oyanagi zrozumiał wówczas, że musi znaleźć inny sposób na zdobycie władzy po, jak mu się zdawało, nieżywym Ya Nushu. Przypomniało mu się wtedy zdarzenie, które mogło nadszarpnąć reputację Mantrella.

- Wedle rozkazu Ya Nusha miał pan przewodzić komitetem powitalnym, gdy przybyli imperialni. Czemu więc zamiast nich stawiła się tam sprzątaczka? - spytał dociekliwie.

- Ponieważ zupełnie nieodpowiedzialnym jest wysyłać jednego z najwyższych rangą na bliskie spotkanie ze śmiercią - oznajmił Zhu po chwili namysłu. - Również uważam, że nie każda decyzja Ya Nusha musi być słuszna bądź mądra, ale ty, chłystku, wydajesz się nie wiedzieć nic o pozycji, którą tak pragniesz zająć.

- Ty... - Oyanagiemu odebrało mowę. Czuł się bardzo źle, więc usiadł wreszcie, zajmując miejsce obok Ya Gody. Kątem oka zobaczył również jak jeden z członków ruchu oporu trzyma na podłodze czarny worek, z którego dz iwnie śmierdziało. Bojąc zapytać się, co mogło być jego zawartością, a także będąc zdenerwowanym, iż jego plany przejęcia dowództwa mogą spełznąć na niczym, próbował myśleć o czymś bardziej pozytywnym.

Border.png

Ya Nush miał się za to dobrze. Ocknął się wreszcie po tym, jak walka została gwałtownie przerwana, dlatego wziął miecz z podłogi i ruszył w kierunku leżącego Marr Chinna, aby wziąć go do swojej niewoli. Na początku mu na nim zależało, potem, gdy jego zwycięstwo było zagrożone wolał salwować się ucieczką, jednak teraz, kiedy jako pierwszy odzyskał całą swoją świadomość, znów mógł bez problemu przechwycić inkwizytora, a wraz z nim wszystkie informacje dotyczące Imperium, jakie znał. Gdy już miał sięgnąć po ciało, coś nagle pchnęło go w stronę Marr Chinna. Był to but Calisty, której planem było przewrócić Jedi, po czym gdy ten się obracał, dźgnąć go ostrzem w serce i zakończyć pojedynek. Pani inkwizytor nie przewidziała jednak, że Ya Nush zdąży zablokować cios. Szybko podniósł się też z ziemi, biorąc zamach na Calistę, która ten odbiła, a po chwili również dwa kolejne. Ya Nush, widząc, że jego taktyka nie działa, skierował ostrze swojego miecza na nogi Calisty, jednak ta obroniła się przed nim, zwyczajnie przeskakując nad żółtą klingą. Wykonując jednocześnie obrót w powietrzu, pokierowała końcówką swojego ostrza w Ya Nusha, ten zaś w ostatniej chwili zdołał ten atak odbić. Miecz Calisty jeszcze kilkukrotnie był bliski dotknięcia ciała Ya Nusha, za każdym razem krzyżując się jednak ze złocistą klingą jego miecza.

- Nie zdołasz mnie pokonać - przechwalał się Ya Nush. - Jest w tobie za mało dyscypliny!

Wojna psychologiczna na nic się jednak zdała, Tasnerk bowiem była zbyt zaangażowana w walkę, aby wziąć sobie cokolwiek ze słów mistrza Jedi. Wykonała szarżę w jego stronę, gdzie Ya Nush wreszcie nie zdołał się obronić... Nic się jednak nie stało. Zamiast trafić go w płuco, miecz Calisty ześlizgnął się po zbroi.

- Widzisz, kochana.... To jest zbroja z obsydianu, a cortosis nie jest w stanie jej przebić - Ya Nush zaśmiał się przy tym szyderczo.

Calista musiała znaleźć inny sposób, by jakkolwiek go zranić. Atak skierowany w szyję odpadał, gdyż podwójny podbródek mistrza Jedi skutecznie osłaniał ten słaby punkt, a i sam Ya Nush prowadził zawziętą gardę tego punktu we wcześniejszej części walki. Jedynym, co zdawało się nie być chronione przez obsydianowy pancerz były dłonie i niektóre stawy Ya Nusha, części ciała, które w walce dość ciężko było zranić. Po chwili namysłu, Calista postanowiła wycelować w dłonie Jedi. Było to o tyle trudne, iż jego nadgarstki wzmocnione były zarękawiem, więc cios musiał być precyzyjny. Calista modliła się w myślach tylko o to, by jej fortel nie został wyczajony przez Ya Nusha, bo, oczywiście, podejrzanym było, że nie atakowała go w tym momencie. W końcu on sam wykonał cios z góry skierowany w inkwizytor, jednak ta szybkim ruchem w dół uniknęła go i jednocześnie obracając się wokół Ya Nusha, stanęła tuż za nim zadajac mu cios w plecy, który miał być zmyłką. Ostrze z cortosisu oczywiście nie drasnęło obsydianowej zbroi, za to zmusiło Ya Nusha do stawiania obrony po swojej drugiej stronie. W momencie, kiedy się obracał, trzymając miecz świetlny w dwóch dłoniach, Calista wykonała kolejny cios, trafiając w lewą dłoń mistrza.

- AŁAAA! - wrzasnął Ya Nush, chwytając żółty miecz świetlny w prawą rękę.

Jego lewa zaczęła krwawić, co osłabiło go, nie tylko z powodu samego bólu ale i utraty krwi, ale też musiał on niezwłocznie zatamować ranę. Mimo tego sporego uniedogodnienia przejrzał on wówczas cały plan Calisty Tasnerk, przysięgając sobie w myślach, że drugiej ręki nie da już sobie skrzywdzić.

- Poczekaj chwilę, dobrze - powiedział Ya Nush.

Wyłączył wtedy swój miecz świetlny, schylając się do swoich sandałów. Zdjął wówczas jeden z nich, a także skarpetę pod nim się znajdującą, której to użył do zatamowania krwawienia w lewej dłoni. Nieco rozbawiło to Calistę, która cierpliwie czekała aż niemłody mistrz Jedi wróci do walki.

- Z czego się śmiejesz!? - krzyknął zdenerwowany Ya Nush gdy skończył obwijać dłoń skarpetą, po czym ruszył na inkwizytor trzymajac jedną ręką miecz.

Zdawać by się mogło, że walka z dzierążcym miecz w jednej ręce była znacznie łatwiejsza, Ya Nush jednak Calista raz jeszcze przesądziła umiejętności starego mistrza, który zawzięcie bronił się i jedną ręką. Starał się on trzymać sztywno swój nadgarstek; za każdym razem jak Calista próbowała podrażnic rękę z mieczem, nie udawało jej się to. Doszli w ten sposób z powrotem do promu. Ya Nush, zmęczony z powodu utraty krwi wreszcie osłabił swoją obronę. Calista raz jeszcze trafiła w jego rękę. Choć było to zwykłe ukłucie, miecz Ya Nusha wypadł mu z chwytu i sturlał się po podłodze lądując tuż przy bucie pani inkwizytor, po czym ta go podniosła, odpalając klingę.

- Wygląda na to, że to twój koniec Ya Nushu. Teraz poddaj się, to omówimy warunki pokoju - Calista odezwała się trzymając oba miecze w pobliżu ciała półleżącego przy promie Ya Nusha.

- Nie, nie, nie nie NIE! Ty się poddasz! - Ya Nush zaczął dusić mocą inkwizytor. Nie było możliwości, aby ktokolwiek ukarał go za ten haniebny czyn, a by znów znaleźć się na szczycie, musiał grać nieczysto.

Calista z trudem znosiła duszenie, zdobyła się jednak na odwagę i machnęłą żółtym mieczem świetlnym, próbując skrzywdzić jej oprawcę.

- Bronisz się, co? - stwierdził Ya Nush, po czym cisnął ją na drugi koniec hangaru tak, jak przedtem Marr Chinna. Dwójka inkwizytorów leżała wówczas obok siebie. Ya Nush, w prawdzie bez miecza, jednak dalej zdolny do korzystania z Mocy wykorzystał tą okazję, aby zrzucić na nich sporej wielkości odłamek bazy, który odleciał podczas bombardowania, które niedawno ustało.

Refleks Calisty jednak pozwolił jej utrzymać gruz na chwilę w powietrzu, po czym opuściła go dwa metry dalej. Ya Nush wiedząc, że nie ma się już czym bronić miał do wyboru tylko dwie opcje - poddać się albo uciec. Mimo że okoliczności w teorii sprzyjały jego ucieczce, postanowił on wybrać jednak opcję poddania się wiedząc, że Imperium nie przestanie go ścigać. Miał jednak w głowie opracowany już cały plan tego, jak zdoła uciec z niewoli. Ya Nush podniósł ręce na znak kapitulacji.

- A więc, Ya Nushu... Zostałeś pokonany - wyznała triumfalnie Calista wstając z podłogi.

- Pamiętasz, co ci mówiłem? Co stanie się, gdy Kaldarnodar straci mnie, swojego wielkiego lidera? - spytał ją sprytny Ya Nush.

- Tak - odparła inkwizytor. - I moja w tym głowa, by do tego nie dopuścić. Gdy tylko wrócę na statek, zlecone zostanie wytropienie wszystkich zdrajców stanu...

Inkwizytor porzuciła ostrze z cortosisu na podłodze, biorąc dla siebie jedynie bardziej skuteczny miecz świetlny Ya Nusha. Zaniosła również nieprzytomnego Marr Chinna na wahadłowiec. Wszedł za nią Ya Nush, jako zakładnik. Na pokładzie znajdowała się para kajdanek, dzięki którym nie mógł on zrobić nic przeszkadzającego w locie. Calista natomiast odpaliła silniki i po chwili wyleciała z hangaru w stronę blokady Imperium...

Border.png

Wracając z Koraband, Diego i jego ekipa zdecydowali, że powinni zatrzymać się na stacji orbitalnej nad planetą. Nie tylko, żeby coś zjeść czy skorzystać z opieki medycznej, ale również dlatego, by Cul oraz Kanto mogli wreszcie posłuchać koncertu Budki Huttów. Wystrój owej stacji nie należał do najnowocześniejszych, ani także do najbardziej zadbanych. Rury były prowadzone przy ścianach, przez co łatwo było o awarię. Miało to też swoje plusy w postaci znacznie łatwiejszej naprawy w sytuacji awarii właśnie. Stacja miała kilka doków i jedno większe lądowisko na kilka statków. Z niego odchodziły cztery korytarze do części handlowej, hotelu, ambulatorium, a także części rozrywkowej z barem, kasynem, a nawet salką teatralną.

Sama Budka Huttów była dość starym zespołem, założonym jeszcze za czasów młodości Cula. Należeli do niej wokalista i lider Xe Kneck, człowiek o szerokiej gamie jeśli chodzi o głos, wirtuoz synth-violu i była gwiazda baka rocka Gammoreańczyk Enru Obso, Besalisk Urrikh Lars grający na perkusji, a także znawca wszelkich instrumentów dętych, a od czasu do czasu basista, Bith Figrin G'Oletz i klawiszowiec Van Jamp rasy Xexto. Sama grupa zasłynęła z wielu mocnych piosenek. Mimo wielu sukcesów przed czasami wojen klonów, a nawet na ich początku, w ostatnich latach ich piosenki nie cieszyły się wielkim powodzeniem, dlatego na koncertach grali tylko stare, sprawdzone hity. Na jeden z takich koncertów przyszli Cul oraz Kanto Katarn, zabierając ze sobą Rico "dla zabawy".

- Okej, zagramy jeszcze jeden guilty pleasure, z naszej czwartej płyty... - zapowiadał kolejną piosenkę Xe Kneck. - Oto "Gniazdo Gundarków"! Łuuuu!!

Van Jamp zaczął naciskać klawisze swojego syntezatora, wkrótce po nim G'Oletz i Obso weszli z głównym riffem. Gdy ten się skończył, Xe Kneck zaczął śpiewać cały tekst po huttańsku.

Chuba Bantha poodoo

Boska pateesa!

Hi chuba du naga

Ooda pon tona!


Kuba kuba chari!

Stuta Maclunkey

E chu ta! E chu ta!

Wanta wanna wanga!

Gdy ten skończył śpiewać mocno ochrypiałym tonem, Enru Obso zagrał krótką solówkę, a potem wrócił do głównego riffu. Piosenka skończyła się niedługo później podobnie jak się zaczęła. Uderzaniem klawiszy przez Van Jampa. Widownia krzyczała i gwizdała z zachwytu tudzież na bis. Następną piosenką miały być "Schaby Jabby", jednak Kanto przypomniał sobie o Diego. Tylko... Gdzie był Diego?

Advertisement