FANDOM


Kanon
kanon

Sw logo

Michael2310/Brudnopis

I

Ten stół był wyrobiony z prawdziwego drzewa wroshyr, idealnie wyszlifowanego, nie pozostawiającego po sobie żadnej skazy. Nań obrus z oryginalnego błyszczojedwabiu, tkanego przez galaktycznego majstersztyka, od początku uwrażliwiającego swoim majestatem. Sztućce wykonane z najszczerszego aurodium zaś były ułożone w przypadającej pozycji, dokładnie takiej jak nakazywały, niekiedy nazywane świętymi, zasady dobrych manier towarzyskich Sarmakriańskiej arystokracji – upowszechnionych setki lat później dopiero, na całą galaktykę. Na ceramicznych wyrobu kamionkowego naczyniach, mających wieki swej historii w szlachetnym rodzie, znajdowały się najwymyślniejsze wyroby kuchni wszelkich zakątków galaktyki, ale i tych popularniejszych: ryba burra czy tatar z chirodaktyla, wprost z Dathomiry albo panierowane mięso nerfa.
Przybyli zajadali się przysmakami – w większości mężczyźni, choć część z nich z towarzyszącymi im damami – w przeważającej ilości przyodziani w militarne uniformy galowe, takie jak niemal dekadę temu nosili oficerowie Imperium. Metalowe plakietki z plastikowymi kwadracikami na lewych piersiach każdego z nich, cylindry kodowe w kieszonkach czarnych i szarych mundurów z licznymi złotymi akcentami, wskazywały na stopnie – komandorzy, kapitanowie. Nie były to wysokie statusy w hierarchii. Hierarchii staroimperialnej.
Donośny trzykrotny stukot widelczyka w cieniutki bok szklanego kieliszka, przed chwilą do połowy wypełnionego winem – oryginalnym trunkiem ze słynnych Nabooańskich winnic – uczynił to, co było w zamiarze człowieka wykonującego ruch.
Biały mężczyzna, o lekko przyciemnionej karnacji, z bujnymi włosami, na około 5 centymetrów, aczkolwiek równo przygolonymi po bokach oraz bujnym, długim i zakręconym wąsem wąsem odezwał się. Jego zielone oczy błyszczące od odbicia świateł oczy podkreślały majestat, godność i znaczenie tego człowieka.
– Kochani, przybyli tu oficerowie... oraz przepiękne damy – wypowiadały powolnie, ruszające się z pełnią gracji usta. – Chciałbym wznieść toast za naszą przyszłość, a także przyszłość Imperium. Przedstawiam państwu Projekt Redempcja.
Wszelkie światło w pomieszczeniu zgasło, dając miejsca ciemności, która spowiła każdą sylwetkę osoby wtedy tam przebywającej. Na ścianie, która zakryta nie była żadnym obrazem, zaś pod nią nie stał żaden stolik z rośliną bądź artefaktem, pojawiła się projekcja holograficzna. Czerwone promienie przez nią generowane odbijały się od płaskich powierzchni, przede wszystkim insygniom, wśród których najwyższe wyróżnienie miała ranga moffa, noszona przez mówcę.
– Czas na pierwszy ruch w tej bezczynnej, niezauważonej przez nikogo, zimnej wojnie. Musimy się w końcu wyrwać z Seoul – opowiadał, wskazując około metrowym durastalowym kijkiem na mapę przybliżoną, dokładnie ukazując kilka pobliskich systemów. – Przygarniemy sobie okoliczne punkty, za nosem Nowej Republiki. Zbliżymy się do nich i wyślemy informację na północ galaktyki, do tamtejszych odłamów Imperium, które rzekomo są potężne. Pierwsza linia oporu – tajemniczy, acz widocznie sprawiający myśl szanownego moff przejechał po odcinku systemów: Mephout, Dosuun, Skye. – Pójdzie łatwo. To neutralne planety z prymitywnymi, lecz rozumnymi ludami. Druga faza – ten wskazał na Anoth, Kinooine oraz Zonju. – Będzie trudniej. Tutaj już panoszą się piraci, nie obędzie się bez walki. Jeśli wszystko przejdzie pomyślnie, zagarniemy też pozostałe pobliskie systemy. To nie wszystko – dodał mężczyzna przy wizualnym akompaniamencie aktywowanych świateł i gaszonego projektora. – Bowiem technologia komunikacji opracowywana w laboratorium Czerwonej Nebuli pozwoli nam na bezpieczne przesłanie wiadomości, wprost na północ, przez tereny Nowej Republiki. Dziękuję za wysłuchanie.
Po niewielkim skinięciu głowy ku gościom, geście wyraźnie okazującym im szacunek, został otoczonymi rzadkimi brawami. Mimo ciszy, wszyscy uraczyli go chwilowym powstaniem, będącym uprzedzeniem powrotu do czynności sprzed kilku minut. Wystąpienie na zadowoliło przywódcy tych ludzi, którzy nie otoczyli go konieczną i zasłużoną sławą.

II

Dziób ponad dwukilometrowego okrętu każdym rankiem wyłaniał się zza horyzontu dla oczu mieszkańców miasta stołecznego planety Seoul. Masywna trójkątna bryła, z lekkim tylnym wcięciem, gdzie umieszczone było 9 silników, z parą bliźniaczych mostków, otoczony był rozmazanymi kłębami gwiazd, sunąc w wymiarze nadprzestrzennym z niewyobrażalną prędkością. Jednostka ta była godnym następca Venatora, opracowanym jeszcze za wojen klonów. Gwiezdny niszczyciel, niekiedy nazywany krążownikiem liniowym czy po prostu lotniskowcem, Secutor był wzorcem i symbolem potęgi floty wojennej Imperium. Dziś niewiele z tych wspaniałych maszyn się ostało. Rozebrane na części przez Republikę, zniszczone w trakcie wojny bądź zniwelowane przez starość. Nie są dostępne w demobilu, w opozycji do setek innych dawnych imperialnych okrętów, choć tu mocno wkradały się przepisy Nowej Republiki, której celem – choć nie głównym – wciąż było wyplenienie wszelkich wspomnień o Imperium.
Za szybą, wręcz pancerną, iluminatora ogromnej jednostki rozpostarła się zielona planeta z wyróżniającymi się zbiornikami wodnymi. Obecność w tym miejscu wywołała zdziwienie wśród ludności mostka okrętowego, w końcu pierwszym celem miało być Mephout, nie Dosuun.
– Sir, czy naszym celem nie była bagienno-pustynna planeta? – zakwestionował w formie pytania decyzję pewien komandor. – Mieliśmy podążać w linii...
– Komandorze, proszę baczyć na słowa. – Przerwał niezadowolenie, jednak podekscytowany sytuacją moff. – Dosuun jest najlepszym wyborem, ze strategicznego punktu widzenia... tyle lat siedzieli pod naszym nosem. Cierpliwości, człowieku, na Mephout wysłałem krążownik konsularny, być może tamtejszy lud zgodzi się na nasze warunki.
– Kto siedział pod...
– Powiedziałem coś, komandorze.
Niemrawy mężczyzna odsunął się, przełykając ślinę, stając w tej samej pozycji, co uprzednio – przed krótkim dialogiem, czyli wyprostowany, trzymając splecione ze sobą dłonie z tyłu. Przed wygłoszeniem kolejnego monologu, moff wziął głęboki wdech z następstwem wydechu powietrza poprzez spiczasty, choć prosty, nos.
– Imperialni. Kilkanaście lat świetlnych od nas. A izolacja nas od nich oddzieliła. Oni mają... niszczyciel Victory z serii karmazynowej komendy – rzekł, wskazując palcem na niewielki, różowy punkt usytuowany tuż nad globem. – Jeśli uda nam się zawrzeć z nimi sojusz, będzie łatwiej nam zdobyć kontrolę nad sektorem, a co za tym idzie, przygotować zemstę. Dopełni się pożoga Rebeliantów, gdyż oni są zbyt słabi, aby rządzić Galaktyką.
Secutor powolnie pełznął w przestrzeni, oczekując ewentualnych ruchów gospodarzy systemu bądź własnego dotarcia doń i bycia zauważonym. Karmazynowy ciężki krążownik, zgodnie z klasyfikacją opracowaną przez Anaxeńską Akademię Wojenną, powszechnie zaliczany do szeregu niszczycieli, nie mógł nie wykryć radiacji spowodowanej badaniem wszelkich sygnatur przez oddalony o setki kilometrów lotniskowiec. W ramach kontry natychmiast wysłano wiadomość komunikacyjną, a do gotowości wezwano działonowych oraz lotników, w końcu nie tylko szczątki mogły dorwać stare okręty wojenne Imperium.


Obok dawania możliwości tworzenia swojego własnego świata Gwiezdnych wojen celem Star Wars Fanonpedii jest gromadzenie twórczości znanej jako fanfiction. Opowiadań pisanych rozdziałami, które tworzymy od ponad trzech lat, jest już ponad 407, jednak ich liczba stale wzrasta.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.