FANDOM


Legendy
legendy
Sw logo

Michael2310/Brudnopis

Prolog


Thrawn zawiódł niemal dekadę temu. Powrót imperatora napawał pozostałości dawnej hegemonii w radość, dumę oraz spokój i wiarę. Było to jednak przedwcześnie. Nie minął rok, a sukcesja królowania ponownie została oddana w ręce odrodzonej Republiki, która poprowadziła skuteczny kontratak na imperialne rejony, doprowadzając do sromotnej porażki wielu wybitnych dowódców – zginął wielki moff Andros Dorvin, a wraz z nim zbiegły komodor Crix Harrus. Imperium nie mogło dłużej znosić tego wstydu – kampania Orindy, a później Imperium Odrodzone na czele z lordem Hethrirem, pod nim Desannem oraz admirałem Fyaarem, po których śmierci rolę przejęła Tavion Axmis, z osobna, zapowiadały się rewelacyjnie. Przywiało to jedynie kolejne porażki. Losy wojny były już właściwie rozstrzygnięte.
We mgle porażek rozkwitła nowa iskra zapalająca knot zwycięstwa. Nad wyrywkiem niedobitków pełne zwierzchnictwo przejął Claudius Rodney, moff, który ukrywał się, czekając na odpowiedni moment do szturmu. Kolejna imperialna kontrofensywa, poprowadzona z centrum nadsektoratu Haiyan, zgodnie z tradycją, rozpoczęła się serią sowitych sukcesów, odbierając rejony dochodzące aż do Naboo. Szybko jednak rozpoczęła się obrona Republiki, która zdołała się ocknąć przed porażką. Skuteczna, mimo podziału na dwa fronty w Galaktyce.


I
– Hjarnanie... Ileż ja bym dał, aby zapuścić się jak najdalej od tego burdelu. Aby położyć się na wygodnym piasku, na słonecznej plaży, nie będąc strudzonym całą tą wojną, której los jest przesądzony. Która przesądzi los Galaktyki – wypowiedział człowiek, którego insygnia na piersi wskazywały osadzenie w randze komodorskiej chwalebnego Imperium. Spoglądał na mgławicę, w kosmos zabrudzony purpurową skazą, pyłem rozpowszechnionym w rejonie, w jakim się znajdował. Mówił jednak jedynie do cienia. Cienia samego siebie. – Hjarnanie, gdybyś tylko tu był.
Oficer, stępując odwrócił się, przemierzając metry podłogi pomieszczenia dowodzenia. Na całym statku nie było nikogo żywego. Był tu tylko Michael Ardinn – człowiek, którego życie po ponownej śmierci prawdziwego, jedynego godnego chwały imperatora zniszczyło i dobiło. Zatrzymał się przed grodzią, która ociężale się rozsunęła, ledwo zipiąc na resztkach zasilania, usłyszawszy charakterystyczny dźwięk, jakby uderzenie, któremu towarzyszyły wibracje. Zacisnął mocno zęby i zmrużył oczy, a następnie odwrócił się, zauważając biały, trójskrzydły pojazd. Ruszył dalej, schodząc setkami stopni, jadać kilkoma windami do sekcji hangarowej, naczelnego imperialnego gwiezdnego niszczyciela.
"Znowu to samo" – pomyślał zażenowany, widząc lądujący pojazd w hangarze jego jednostki. Pomieszczenie ledwo trzymało się kupy, wszelkie oświetlenie znajdowało się na skraju działania, wszędzie latał kurz, a za barierą energetyczną dało się zauważyć typowe uszkodzenia spowodane przez energożerne Mynocki.
– Komodor Michael Ardinn. Lecisz z nami – zawiadomił głośno, schodząc po trapie jasnego promu, człowiek, którego majestatyczne ruchy, umundurowanie oraz eskorta wskazywała na wysokie postawienie w szeregach resztek Imperium.
– Nie ruszam się stąd – odparł z dozą ignorancji komodor.
– Zamilknij albo osobiście rozstrzelam cię tutaj, na miejscu. A twoje ścierwo i twój żałosny okręt zostawię kosmicznej szkaradzie na pożarcie.
Ardinn nie odparł słowem na zdanie pełne pogardy. Kilkanaście sekund całkowitej ciszy zapieczętował uśmiech wysłannika, który dopełniły głośnie odgłosy tupania po metalowej powierzchni, wprost spod butów kolejnego imperialnego. Ukazując swoją twarz na słabe światło, spowodował nagły, nieogarnięty szok w duchu i ciele komodora, który w przypływie nieokiełznanej agresji sięgnął po pistolet. Jego ruchy przerwała niespodziewana wiązka, wygenerowana przez podobny model broni, przebijająca jego tułów. Człowiek upadł na kolana przed ludźmi, którzy w uśmiechu odwrócili się, wchodząc spowrotem do białego promu. Trap schował się za nimi. Z wypalonej rany zaczęła ciec w niewielkich ilościach gęsta krew. Siła silników pojazdu odepchnęła oficera w tył. Zdradzony człowiek, resztkami sił, krzyknął pełnią swojego głosu.
– Twentile!


II
– Bez Pellaeona u boku, nie mamy o co grać. Potrzebujemy silne i zjednoczone państwo, które zatopi Republikę pod swoim ciężarem. Wspólne, przemyślane i uzupełniające siebie manewry to podstawa, tymczasem ci na górze dają sobie powoli spokój i czas na odpoczynek. Poddają się – wywodził się naczelnik jednego z pozostałych państw imperialnych, przywódca Związku Dla Przywrócenia Imperium Galaktycznego, moff nadsektoratu Haiyan. Claudius Rodney. Człowiek, o którego przeszłości nic nie wiadomo, jest mglista jak głębiny Dac.
Do pomieszczenia wkroczyła dwójka osób, tych które wcześniej przyczyniły się do zakończenia żywotu komodora Ardinna, zwracając uwagę reszty zgromadzonych w ciemnym, czystym pomieszczeniu.
– Pavulon, Twentile. Gdzie Ardinn, macie informacje o Evornie? – zapytał do przybyszów główny rozmówca trwającego spotkania.
– Ardinn nie żyje. Szturmowcy w akcie obrony musieli go zastrzelić, bowiem zagrażał życiu mojemu i życiu adiutanta. Bardzo mi przykro z tego powodu... To był dobry przyjaciel i wybitny dowódca. W związku z tym nie byliśmy w stanie udzielić pytań o admirała Evorna – odparł Hjarnan Twentile, udając zażenowanie zaistniałą sytuacją, nie czując przy tym ani odrobiny wyrzutów przez kłamstwo.
– Niekompetentni. Twentile, Pavulon, jesteście imbecylami. Siadajcie na swoich miejscach.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.